Czyli Marcin Świetlicki i jego 88 premierowych wierszy
REKLAMA
Marcin Świetlicki – „Jeden”
Pierwsze zdanie: „Plamy śniegu na trawie są śladami olbrzyma, malejącego z dnia na dzień.”
Mój dość intensywny (w przeszłości) kontakt z poezją zerwał się nagle kilka lat temu. I to prawie na dobre. A to prawie czyni głównie Marcin Świetlicki. Co prawda wracam czasami do kilku innych autorów wierszy jak Białoszewski, Podsiadło czy O’Hara, ale Świetlicki to jedyny poeta, którego działalność śledzę na bieżąco, i którego kolejne poetyckie tomiki kupuję w ciemno. Jakby to nie brzmiało, dla mnie to już żywy klasyk i poeta wybitny. Świetlicki-poeta (bo mamy przecież jeszcze Świetlickiego-pisarza i Świetlickiego-wokalistę) milczał aż cztery lata (grubaśnego tomiszcza wierszy zebranych z 2011 r. nie liczę), a wyraźna zniżka formy jaką zaliczył przy okazji wydania ostatniego tomiku pt. „Niskie pobudki” mogłaby sugerować, że znalazł się w kryzysie. Jeżeli takowy był „Jeden” dowodzi, że już się skończył. Bo najnowszy tom poetycki Świetlickiego, to jego najlepsza rzecz od lat, taka, którą z czystym sumieniem można zestawić ze „Schizmą”, „Trzecią połową” czy „Pieśniami profana” – jego najistotniejszymi dokonaniami.
„Jeden” wypełnia aż 88 wierszy, a dotychczas Świetlicki starał się żeby było ich zawsze 44. Co się więc stało że podwoił stawkę? Powodów jest chyba kilka. Wydał przecież dzieła zebrane czyli w jakimś stopniu zamknął swój dotychczasowy dorobek i teraz mógł zacząć niejako od początku. A najlepiej przecież zacząć z grubej rury! Zwłaszcza jak jest wena. A z tego co wyczytałem z wywiadów z autorem, wena była (podobno już się skończyła i znów nastał kryzys) i to potężna. „Piszę teraz/jak chłopiec.Wylewa się/ ze mnie.”
Zdarzało się poecie machnąć nawet siedem wierszy jednej nocy. Ba! Kilkadziesiąt tekstów w ogóle się nie załapało. A te wspomniane 88 naprawdę trzyma wysoki poziom, nie ma tu jakiś zapachaj dziur, zwłaszcza, że konstrukcja tomu konsekwentnie opowiada pewną zwartą historię.
Zdarzało się poecie machnąć nawet siedem wierszy jednej nocy. Ba! Kilkadziesiąt tekstów w ogóle się nie załapało. A te wspomniane 88 naprawdę trzyma wysoki poziom, nie ma tu jakiś zapachaj dziur, zwłaszcza, że konstrukcja tomu konsekwentnie opowiada pewną zwartą historię.
Początkowo te wiersze są mroczne i smutne, bo Świetlicki dosłownie i w przenośni wyprowadza się z dotychczasowego życia, z krakowskiego Rynku. Zostaje sam - „Samotność przeziera. To ona konstruuje ten dzień i ten tydzień.” Co raz bardziej dotyka go starość ("Deszcze. Duszności. Słońce, zgniłe jabłko./We śnie stopę na sercu stawia miasto.”, co raz mocniej odczuwa lęk przed końcem („Sto lat, to lat. Nie żyje, nie żyje nam.”) i zdarza mu się szukać kontaktu z Bogiem, który jakby go unikał „…Bóg tu był, ale to poniechał, patrzy przez palce, czule się uśmiecha…”
Ale mniej więcej od połowy tomu ten mrok zaczyna rozświetlać jasne światło. Pojawia się bowiem dziewczyna. Pojawia się miłość. I tak historia starego, samotnego, targanego różnymi niepewnościami, i mierzącego się z nużącą codziennością podmiotu lirycznego, zmienia się w intymną historię miłosną. I to taką bardzo liryczną i urokliwą.
Ale mniej więcej od połowy tomu ten mrok zaczyna rozświetlać jasne światło. Pojawia się bowiem dziewczyna. Pojawia się miłość. I tak historia starego, samotnego, targanego różnymi niepewnościami, i mierzącego się z nużącą codziennością podmiotu lirycznego, zmienia się w intymną historię miłosną. I to taką bardzo liryczną i urokliwą.
3 LIPCA, GDZIE INDZIEJ, W KOSMOSIE
Idzie przede mną po schodach.
Jej nogi lśnią od deszczu.
Wyszliśmy z burzy i gradobić.
Jej nogi lśnią od deszczu.
Wyszliśmy z burzy i gradobić.
To jest specjalne światło.
To są sekundy specjalne,
abym miał za czym tęsknić.
To są sekundy specjalne,
abym miał za czym tęsknić.
Prowadzi do swojego
mieszkania, tam się skryję
na chwilę, potem wrócę
mieszkania, tam się skryję
na chwilę, potem wrócę
w te nawałnice. Lecz teraz
idę za nią po schodach.
Jej nogi lśnią.
idę za nią po schodach.
Jej nogi lśnią.
albo
O.
Tę wąską, czarną gumkę, którą ściąga włosy,
W nocy nosi na ręce, żeby nie zginęła,
Jej nocne obyczaje są zaskakujące,
Długo by można na ten temat.
W nocy nosi na ręce, żeby nie zginęła,
Jej nocne obyczaje są zaskakujące,
Długo by można na ten temat.
Wyjechała, lecz wróci i niech wraca ciągle,
Niech ciągle powracają jej popołudniowe,
Poranne i wieczorne obyczaje, znowu
Mam życie, ona mi je robi.
Niech ciągle powracają jej popołudniowe,
Poranne i wieczorne obyczaje, znowu
Mam życie, ona mi je robi.
Choć Świetlicki nie jest do końca wyzbyty obaw, nie jest do końca pewny tej miłości i w wierszu pt. „Trzeba pytać” zadaje na końcu pytanie najważniejsze „I czy mnie kochasz?”, to jest w tych miłosnych wierszach wiele optymizmu. Są to takie proste, czyste i szczere wiersze. Kompletnie pozbawione tej jego słynnej i po mistrzowsku używanej ironii. Oczywiście w innych tekstach ona jak najbardziej jest obecna, ale te kilka szczerych wierszy, to jednak spore zaskoczenie i jakaś nowa jakość. Nowe otwarcie.
Trzeba też wyraźnie zaznaczyć, że nad tą całą opowieścią i wszystkimi tematami unosi się śmierć. Już w otwierającym książkę wierszu „Przedwiośnie” pada fraza „Przed wiosną idzie śmierć.” Ona się ciągle przewija przez ten tomik bez względu na to czy jest smutno i mroczno, czy autoironicznie, czy miłośnie i optymistycznie.
SWOJA BAJKA
Dzień w dzień układam układankę,
niektóre elementy pasują idealnie,
a inne, wręcz przeciwnie, nie pasują wcale.
niektóre elementy pasują idealnie,
a inne, wręcz przeciwnie, nie pasują wcale.
Ledwo żywa legenda, stwór bajkowy, wampir,
Pinokio z długim nosem, wymierzonym prosto
w wiatraki.
Pinokio z długim nosem, wymierzonym prosto
w wiatraki.
I jeszcze jedno na koniec. To Świetlickiego efektowne i dające wiele możliwości interpretacyjnych pokomplikowane słowotwórstwo „Mrózgocze. Mrózgoczyste mrózgi i mrózgające mrózgliwie mrózgliszcza.” albo takie fajne zabawy słowami, jak w lapidarnym wierszyku pt. „Przeprowadzka”:
z ło
do bro.
do bro.
A do tego jeszcze tu i ówdzie pewna lekkość i melodyka. Ale gdy się ma zespół, to się czasem pisze wiersze, które są gotowymi piosenkami.
Świetny tom. Jak to bywa z bardzo dobrą poezją – do wielokrotnego użytku.
Poetyckie tropy: Świetlicki to Świetlicki, ale jak już, to trochę Mirona Białoszewskiego i Franka O’Hary.
Inne tropy: Jeden z wierszy z tego tomiku, pt. „Niespodzianka”, w surowej jeszcze interpretacji Świetlików
PS. Acha! W niedzielę 16 czerwca w SOHO Factory, przy ul. Mińskiej 25 na warszawskiej Pradze, odbędzie się letni piknik Malemana i naTemat. Gdyby ktoś chciał poznać się i pogadać o książkach lub niekoniecznie o nich, to ja tam będę.
