A w nich: belgijski pisarz o uchodźcach, Herr Rudniki o samym sobie, a amerykański dziennikarz o ludobójstwie w Salwadorze. Będzie więc smutno, dramatycznie i przerażająco ale i bardzo, bardzo zabawnie.

REKLAMA
Dimitri Verhulst – „Problemski hotel”
logo
Pierwsze zdanie: „- Zachowuj się tak, jakby mnie tu w ogóle nie było – powiedziałem do umierającego z głodu dziecka, które starałem się sfotografować.“
Mocne to pierwsze zdanie co? Mocna i cała książka. Cieniutka, do przeczytania w dwie-trzy godziny, ale niosąca ze sobą całkiem niezły ładunek emocji. Opisująca bowiem w formie fabularyzowanego dokumentu codzienną beznadzieję życia uchodźcy. Autor, belgijski pisarz i poeta, spędził klika dni w ośrodku dla uchodźców w Aredonk w Belgii. To co tam zobaczył i czego doświadczył zaowocowało tą książką.
Jej narratorem nie jest jednak sam Verhulst, ale afrykański fotograf Bipul Masli. To on opisuje samych emigrantów, ich trudne historie i życie w obozie z kontenerów. Trafia się tu prawdziwa galeria ciekawych postaci: od zabawnego Pakistańczyka Maqsood’a, który szuka Belgijki w celach matrymonialno-azylowych, poprzez Stipe Prosineckiego, utalentowanego acz smutnego chłopca, który stracił podczas bombardowania kawałek twarzy, aż po dramat Martiny, która chce zabić dziecko jakie „zostawił” jej po gwałcie pewien Albańczyk. Codzienność tych ludzi składa się przede wszystkim z oczekiwania na pozwolenie na legalny pobyt w Belgii. O tym marzą wszyscy bez wyjątku i mają nadzieje, że to właśnie oni będą tymi nielicznymi ze szczęśliwców, którym się udaje. Poza tym przydarzają się im bójki, seks za papierosy, planowanie ucieczki (gdyby nie wypalił legal), handel wymienny, wypełnianie kolejnych wniosków, kolejne nieudane próby przystosowania się do nowej rzeczywistości, strach, rozczarowania, upokorzenia i potężna nuda – „A potem znów będziemy z nudów pielić chwasty, przywalimy komuś z nudów w mordę i będziemy się nudzić z nudów.” I jeszcze rodzaj lokalnego sportu – przechwalanie się kto miał gorzej, kto bardziej się w życiu nacierpiał, kto zasługuje na azyl. I tak rywalizują ze sobą na przykład emigranci z Europy Wschodniej, którzy trafili tu za chlebem z Afrykanami, czy muzułmanami, którzy uciekali by ratować życie.
„Uchodźca ekonomiczny” to tutaj wyzwisko, ponieważ poprawianie jakości życia o dwie wyschnięte na wiór kromki chleba dziennie nie jest uznawane za uniwersalne prawo człowieka. Konwencja genewska ujęła swe postanowienie w ten oto sposób. Wolno umierać z głodu ale nie od kul. A to dlatego, że to ostatnie jest obrazą demokracji.”
Verhulst świetnie i mądrze to wszystko przedstawił. Trochę w podobny sposób jak Krzysztof Jaworski swoje zmagania z rakiem w poprzednio opisanej przeze mnie książce „Do szpiku kości”. Owszem jest dramat, jest ból i rozpacz, ale narrator Masli robi co się da, żeby nie zwariować i przepuszcza rzeczywistość przez filtry czarnego humoru, ironii i niepoprawnego czasami komizmu. I choć w problemskim problemów jest bez liku, jest smutno i przygnębiająco, to można się w nim również zdrowo uśmiać.

Janusz Rudnicki – „Trzy razy tak!”
logo
Pierwsze zdanie: „Gorąco.”
Rudnicki jak to Rudnicki, znów pisze o sobie. Głównie o sobie jako niedocenionym odpowiednio pisarzu, zakompleksionym Polaku i zabawnej nieco pechowo-gamoniowatej postaci, której co rusz przytrafia się coś niesamowitego. Jest więc mocno ironicznie, absurdalnie, śmiesznie czy wręcz komicznie. Bo Rudnicki to autor, który potrafi o sobie napisać na przykład tak: „Ja, menda na jajach literatury polskiej...” Albo zamieścić historyjkę jak zamawiał dwie prostytutki Czeszkę i Słowaczkę, jak spędzając samotnie święta bawił się w odgrywanie swoich najbliższych przy Wigilijnej kolacji, jak zbezcześcił grób, albo jak jadąc autobusem sikał do butelki, a po fakcie zauważył że autobus ma toaletę.
Podobnych zawartych tu historyjek jest bez liku. A większość z nich po mistrzowsku przekazana – z lekkością, potoczyście, dynamicznie, z rytmem (dominują krótkie zdania), barwnie i soczyście językowo. No może jedynie poza pierwszą z trzech części, na które podzielona jest ta książka, bo w niej akurat Rudnicki prezentuje się od strony ciut melancholijnej. Jakby był trochę przygaszony wspomnieniami, po które w niej sięga. Jakby dopiero się na dobre rozgrzewał i rozkręcał przed kolejnymi, brawurowymi dwoma częściami i wieńczącym całość bonusem w postaci siedmiu krótkich opowiastek (genialne zwłaszcza opowiadanko pt. „Klaus!” ).
Mam wrażenie, że pisarstwo Rudnickiego albo się kocha albo nienawidzi. Są pewnie czytelnicy, których szybko poczują się zmęczeni taką dawką megalomanii albo oburzą się na kilka fragmentów gdzie autor mocno szarżuje (np. w scence z Wisławą Szymborską - „Na jej widok serce podskakuje mi do jąder...” itd.) Są tacy których zniesmaczą wulgaryzmy i kolokwializmy. Inni nie będą w stanie zaakceptować dość chaotycznego układu tej książki, tego swoistego patchworku. Mnie to kompletnie nie przeszkadza. Dla mnie to nie pierwszyzna. Ja tam już od jakiegoś czasu należę do miłośników specyficznego acz niewątpliwie sporego talentu herr Rudnikiego. Do takich ładnych zdań jak to: „Bibliotekarka wygląda jak zakładka opuszczona przez niejedną książkę” czy takich obłędnych dialogów niczym z Monty Pytona:
„- Nie widział pan dwóch kotów?
Otwiera usta i już wiem, że powtórzy ostatnie słowo i przyklei do niego znak zapytania. Taki typu tego urok.
- Kotów?
- Kota w zasadzie, jednego kota.
- Kota?
Chce zyskać na czasie, czeka na swój mózg, mózg się spóźnia.
- Tak, kota. Nie widział pan?
- Czy nie widziałem??? A jak wygląda?
Wystarczy tego, biorę rewanż.
- Jak wygląda? Kto?”

A do jego najnowszej książki mam w zasadzie tylko jedno, za to całkiem poważne zastrzeżenie – po raz pierwszy niczym mnie nie zaskoczyła.

Mark Danner – „Masakra w El Mozote”
logo
Pierwsze zdanie: „Po drodze w wyższe partie gór departamentu Morazan, gdzie w pobliżu granicy z Hondurasem powietrze jest jasne i czyste, przy akompaniamencie drewnianych desek jednopasmowego mostu, klekoczących pod kołami samochodu, podróżny przecina rzekę Torola i wkracza na obszar, który niegdyś był najdzikszą z salwadorskich zonas rojas – czyli czerwonych stref, jak nazywali je dowódcy wojskowi podczas trwającej dekadę wojny domowej – po czym pnie się przez jakiś czas w górę, a następnie porzuca podniszczoną asfaltówkę i przez kilka kilometrów tłucze się wyboistą drogą gruntową opasującą górskie zbocze, by pośród zrujnowanych miasteczek i dawno opuszczonych wiosek, które powoli i z mozołem wracają do życia, niebawem dostrzec maleńką osadę – dziś niewiele więcej ponad usypisko ruin szybko znikających w ziemi, w miarę jak ściany z wysuszonych na słońcu cegieł kruszą się, pękają i ustępują pod naporem chwastów wspomaganych każdego popołudnia przez deszcz, a nocami przez gęstą mgłę spływającą w doliny.”
Po wstrząsającej „Rzezi Nankinu” wydawnictwo Wielka Litera, serwuje nam kolejną książkę o nieznanym albo mało znanym ludobójstwie. Równie przerażającą i dramatyczną. Ameryka Południowa, Salwador. Przełom lat 70 i 80-tych. Trwa właśnie wojna domowa, w której ściera się lewicowa partyzantka z rządową dyktaturą wojskową. W grudniu 1981 roku rusza ofensywna akcja przygotowana przez tych ostatnich, nazwana „Młot i kowadło”. 11 grudnia do miejscowości El Mozote wkracza mający złą sławę batalion Atlacatl, dowodzony przez bezwzględnego pułkownika Monterrosę. Żołnierze oddzielają mężczyzn od kobiet i dzieci. Zaczynają mordować. Najpierw przeprowadzają egzekucję mężczyzn. Później zaczynają zabijać kobiety, urozmaicając sobie tą czynność brutalnymi gwałtami. W ruch idą także maczety. Na koniec zostawiają sobie dzieci. Mordują je niezwykle bestialsko – np. niemowlaki są podrzucane i nabijane na bagnety. W jeden dzień zostają zabici wszyscy mieszkańcy – ponad 800 osób.
Prawie wszyscy. Cudem udaje się bowiem przetrwać tą rzeź pewnej kobiecie. Rufinia wykorzystując chwilowe zamieszanie w drodze po śmierć i ucieka oprawcą. Ukrywa się w zaroślach. Widzi i słyszy te wszystkie okropieństwa. Jest świadkiem śmierci swoich dzieci. To w głównej mierze dzięki niej masakra w El Mozote, wychodzi na jaw. Choć początkowo nikt nie chce wierzyć jej świadectwu i długo próbuje się udawać że takiego wydarzenia w ogóle nie było. Czemu? Bo za tą zbrodnią stoi administracja USA. To Amerykanie popierają i wspierają wojskową dyktaturę. To oni dostarczają jej broń potrzebną do walki z lewicową partyzantką. To właśnie amerykańscy specjaliści szkolili żołnierzy batalionu Atlacatl. Dlatego właśnie jest im to nie na rękę i zarówno prawicowy rząd Salwadoru jak i amerykanie starają się zamieść wszystko pod dywan. Tym bardziej, że akurat trzeba przekonać Kongres o przyznanie kolejnych milionów wsparcia.
Poza tym niemiłosiernie rozwleczonym pierwszym zdaniem, które wygląda na owoc zakładu „To jest reportaż, nie napiszesz przecież pierwszego zdania na pół strony?” „Ja nie napiszę? Ja?!”, od lektury „Masakry w El Mozote” naprawdę ciężko się oderwać. To precyzyjnie, niezwykle rzetelnie (żadnych osobistych wycieczek, tylko fakty) i wręcz wzorcowo skrojony reportaż. Z jednej strony świetnie oddający tragedię zwykłych ludzi, z drugiej wnikliwie tropiący polityczne machinacje i brudny układ salwadorskie wojsko-amerykanie oraz dotykający mocno kwestii etyki władzy. Poza tym prawie połowę książki zajmują istotne dla całej sprawy dokumenty: artykuły, raporty, ekspertyzy, a także, rzecz najbardziej poruszająca i robiąca duże wrażenie – lista 767 zidentyfikowanych zamordowanych.

Aktualnie czytam:
logo