A w nich: biografia legendy hard rocka i nowe powieści dwóch bardzo dobrych czeskich pisarzy.
REKLAMA
Dave Thompson - "Deep Purple. Smoke on the water: Opowieść o dobrych nieznajomych"
Pierwsze zdanie: "Byli dziećmi wojny, pokoleniem poczętym w czasach, w których niemieckie bomby spadały na brytyjskie miasta, a młodzi małżonkowie chwytali gorączkowo tych kilka chwil, zanim trzeba było wrócić na wojnę."
W tym roku wciąż liczni fani legendy hard rocka, grupy Deep Purple mogą czuć się wniebowzięci. Ostatniego dnia kwietnia ukazała się ich najnowsza płyta zatytułowana „No What?!” i jak dla mnie, jest to najlepszy album jaki Purple wydali od dobrych kilkudziesięciu lat. 30 lipca będzie można zweryfikować formę Gillana i spółki podczas jedynego koncertu w Polsce we wrocławskiej Hali Stulecia. A do tego dostajemy jeszcze najbardziej aktualną i merytoryczną biografię zespołu autorstwa brytyjskiego dziennikarza Dave Thompsona. Autor to wybitny spec w tej dziedzinie, ma już na swoim koncie książki o U2, Red Hot Chili Peppers, Depeche Mode czy Cream. Teraz wziął na warsztat Purpli i spisał się bardzo przyzwoicie. Ilość zgromadzonych tu faktów sprawia, że jest to swoiste kompendium wiedzy o zespole, ale także o 14 muzykach, którzy przewinęli się przez grupę, przez 45 lat jej trwania.
Do tej pory wydawało mi się, że wiem o Purplach już prawie wszystko, ale po lekturze „Opowieści o dobrych nieznajomych” wiem, że rzeczywiście tylko mi się tak wydawało. Naprawdę masa interesujących i mało znanych informacji. Merytorycznie – fantastyczna, skrupulatna robota. Udany i ciekawy jest również zabieg przedstawienia historii zespołu na tle zmian społecznych zachodzących w Wielkiej Brytanii. Pozycja ta rozszerza również swą tematykę o perspektywę spojrzenia na sam rozwój muzyki i kultury w ogóle, od subkultury modsów poprzez popową elektronikę lat 80-tych, aż po współczesność. Jest to książka, która z hasła seks-drugs-rock’n’roll koncentruje się głównie na tym ostatnim. Nie ma tu więc zbyt wielu ciekawostek, a już zupełnie żadnych pikantnych ploteczek. Pewnie znajdą się czytelnicy, którym może to przeszkadzać, mnie akurat się to podoba. W zasadzie jedyne uwagi jakie mam do tej biografii to, że trochę za mało jest w niej zdjęć i że język Thompsona mógłby być jednak bardziej literacki. Ale to już takie małe zboczenie książkowego mola, który zanurzony jest w literaturze pięknej po szyję.
Do tej pory wydawało mi się, że wiem o Purplach już prawie wszystko, ale po lekturze „Opowieści o dobrych nieznajomych” wiem, że rzeczywiście tylko mi się tak wydawało. Naprawdę masa interesujących i mało znanych informacji. Merytorycznie – fantastyczna, skrupulatna robota. Udany i ciekawy jest również zabieg przedstawienia historii zespołu na tle zmian społecznych zachodzących w Wielkiej Brytanii. Pozycja ta rozszerza również swą tematykę o perspektywę spojrzenia na sam rozwój muzyki i kultury w ogóle, od subkultury modsów poprzez popową elektronikę lat 80-tych, aż po współczesność. Jest to książka, która z hasła seks-drugs-rock’n’roll koncentruje się głównie na tym ostatnim. Nie ma tu więc zbyt wielu ciekawostek, a już zupełnie żadnych pikantnych ploteczek. Pewnie znajdą się czytelnicy, którym może to przeszkadzać, mnie akurat się to podoba. W zasadzie jedyne uwagi jakie mam do tej biografii to, że trochę za mało jest w niej zdjęć i że język Thompsona mógłby być jednak bardziej literacki. Ale to już takie małe zboczenie książkowego mola, który zanurzony jest w literaturze pięknej po szyję.
Jachym Topol - "Warsztat diabła"
Pierwsze zdanie: "Pryskam do Pragi, na lotnisko."
Lubię Jachyma Topola. Podobały mi się jego wcześniejsze książki jak „Siostra” czy „Nocna praca”, ale lektura „Warsztatu diabła” wymęczyła mnie okrutnie. Co nie znaczy, że to jest jakaś nieudana czy tym bardziej zła powieść. To jest całkiem dobra powieść, tylko trudna w odbiorze. Ale po kolei. Terezin – miasto z twierdzą w Czechach, w której w czasie II wojny światowej znajdował się obóz koncentracyjny, miejsce zagłady Żydów z tej części Europy. W Teresinie żyje bezimienny narrator, syn wojskowego i ocalonej żydówki. Kiedyś siedział w więzieniu i był pomocnikiem gościa, który wykonywał wyroki śmierci, teraz razem z wujkiem Lubo rozkręca specyficzny biznes. We wspomnianej twierdzy za pieniądze bogatych Żydów prowadzi turystykę śmierci – ludzie przyjeżdżają, zwiedzają, oglądają pamiątki z Holocaustu zgromadzone przez Luba, kupują koszulki z Franzem Kafką, jedzą specjalną getto pizzę itd. Kiedy przedsięwzięcie zaczyna przynosić kokosy, miejscowe władze delegalizują je i pacyfikują organizatorów. Nasz bohater dostaje pewną propozycje i „uzbrojony” w bazę potencjalnych sponsorów na pendrive, ucieka na Białoruś gdzie ma jako specjalista pomóc w zbudowaniu podobnego lukratywnego biznesu – lunaparku śmierci. W końcu na Białorusi to dopiero mordowano na potęgę, co tam jakieś Czechy!
Oczywiście cała ta historia przedstawiona jest w sposób mocno groteskowy, ironiczny i satyryczny. Ale również przepełnią ją bardzo ciężki, dołujący, mroczny czy też nawet lekko horrorowaty klimat. To zwiedzanie przyszłych ekspozycji ze zmumifikowanymi zwłokami czy te ludzkie głowy zwane pomarańczkami z wyciągniętymi przez nos kośćmi – te i tego typu podobne opisy są naprawdę przerażające. Do tego dodajmy jeszcze spore natężenie różnych symboli i alegorii, lekki odjazd w stronę metafizyki oraz specyficzną, trochę chaotyczną narrację. To wszystko sprawia, że przez „Warsztat diabła” brnie się z pewnym trudem, mimo że to raczej cienka rzecz (189 str.) Nie wiem, być może mam już przesyt książek, w których króluje zło i dlatego tak się męczyłem z tym nowym Topolem. Mimo tego doceniam ciekawy pomysł i sprawną literacką robotę.
Oczywiście cała ta historia przedstawiona jest w sposób mocno groteskowy, ironiczny i satyryczny. Ale również przepełnią ją bardzo ciężki, dołujący, mroczny czy też nawet lekko horrorowaty klimat. To zwiedzanie przyszłych ekspozycji ze zmumifikowanymi zwłokami czy te ludzkie głowy zwane pomarańczkami z wyciągniętymi przez nos kośćmi – te i tego typu podobne opisy są naprawdę przerażające. Do tego dodajmy jeszcze spore natężenie różnych symboli i alegorii, lekki odjazd w stronę metafizyki oraz specyficzną, trochę chaotyczną narrację. To wszystko sprawia, że przez „Warsztat diabła” brnie się z pewnym trudem, mimo że to raczej cienka rzecz (189 str.) Nie wiem, być może mam już przesyt książek, w których króluje zło i dlatego tak się męczyłem z tym nowym Topolem. Mimo tego doceniam ciekawy pomysł i sprawną literacką robotę.
Jaroslav Rudis - "Koniec punku w Helsinkach"
Pierwsze zdanie: "To już musi być blisko."
Bardzo, ale to bardzo fajna powieść. Co prawda nie prezentująca bynajmniej tej słynnej czeskiej pogody ducha i nie za wesoła w swym wydźwięku, ale nad wyraz udana. Rzecz dotyczy w głównej mierze rozczarowań jakie przynosi ze sobą dojrzałe życie. O tym jak młodość, idące za nią szaleństwa, wariactwa, intensywne przeżycia, bunty i marzenia szybko się kończą, a nadchodzi czas kolekcjonowania kolejnych przegranych i czas w którym dociera do człowieka, że jest już za późno żeby cokolwiek zmienić. I o tym, że pozostają nam tylko wspomnienia. Lektura książki Rudisa była mi też wyjątkowo bliska ponieważ, zdążyłem się jeszcze załapać na czasy, które w niej opisuje. Jest to właśnie powieść głównie dla ludzi w okolicach czterdziestki, którzy pamiętają jeszcze czasy komunizmu, Czarnobyla, wyjazdów na punkowe koncerty, festiwalu w Jarocinie, upijania się tanim winem i kolekcjonowania ekstrawaganckich doświadczeń.
„Koniec punku w Helsinakch” nie dzieje się w Finlandii, tylko na dwóch płaszczyznach fabularnych: we współczesnych Niemczech i Czechosłowacji końca ponurych lat osiemdziesiątych. Bohaterami dwóch pozornie odległych od siebie opowieści jest były punkowiec, członek zespołu Automat, obecnie prowadzący tytułowy bar Helsinki, czterdziestoletni Ole i jeszcze nastoletnia, czeska pankówa Nancy. Ole łyka tabletki przeciwko śmierci, stara się nie wiązać z żadną kobietą (ma za sobą nieudany związek i córkę z którą nie ma i nie potrafi nawiązać kontaktu). Spędza całe dnie w swoim barze otoczony przez grono stałych klientów, swoistych oryginałów - np. koleś o ksywie Zrób To Sam, który urządził świniobicie w trzypokojowym mieszkaniu w bloku w wannie. Od czasu do czasu w ukrytej sali kinowej puszcza nieme filmy porno i bezustannie wspomina oraz roztrząsa swoje przegrane życie. Za to Nancy jak przystało na zbuntowaną nastolatkę opisuje trudne relacje z matką i bratem, skomplikowany i burzliwy związek ze starszym od niej Helmutem, codzienne zwykłe życie, imprezy i popijawy oraz swoje fascynacje muzyczne, w których dużą rolę odgrywa Polska: "Bruder gapi się ze starymi na niemiecki serial o policjantach u Polaków a gach mówi że bez Polaków człowiek by mógł nie mieć telewizora i to samo jeśli chodzi o radio bo ja w pokoju nastawiam Trójkę i akurat gra Dezerter i myślę że Polacy są bardziej szczęśliwi od nas chociaż też mają komunizm.”
Z czasem jedna i druga historia zaczną się ładnie ze sobą splatać i coraz ściślej wiązać. Przełomowym wydarzeniem okaże się koncert grupy Die Toten Hosen w Pilznie. Będzie melancholijnie, smutno i gorzko. Będą miały też miejsce nieco dziwaczne wydarzenia, jak choćby mecz w piłkarzyki, w którym: „Ole postawił na swojej bramce Nietzschego, na obronę dał Einsteina i Matkę Teresę, a do ataku wysłał Newtona, Sida i Madonnę. Frank na bramkę wcisnął Jezusa, na obronę Ho Chi Minha i Drakulę, a z przodu wystawił Lutra, Joannę d'Arc i Stalina.” Ujmujące.
„Koniec punku w Helsinakch” nie dzieje się w Finlandii, tylko na dwóch płaszczyznach fabularnych: we współczesnych Niemczech i Czechosłowacji końca ponurych lat osiemdziesiątych. Bohaterami dwóch pozornie odległych od siebie opowieści jest były punkowiec, członek zespołu Automat, obecnie prowadzący tytułowy bar Helsinki, czterdziestoletni Ole i jeszcze nastoletnia, czeska pankówa Nancy. Ole łyka tabletki przeciwko śmierci, stara się nie wiązać z żadną kobietą (ma za sobą nieudany związek i córkę z którą nie ma i nie potrafi nawiązać kontaktu). Spędza całe dnie w swoim barze otoczony przez grono stałych klientów, swoistych oryginałów - np. koleś o ksywie Zrób To Sam, który urządził świniobicie w trzypokojowym mieszkaniu w bloku w wannie. Od czasu do czasu w ukrytej sali kinowej puszcza nieme filmy porno i bezustannie wspomina oraz roztrząsa swoje przegrane życie. Za to Nancy jak przystało na zbuntowaną nastolatkę opisuje trudne relacje z matką i bratem, skomplikowany i burzliwy związek ze starszym od niej Helmutem, codzienne zwykłe życie, imprezy i popijawy oraz swoje fascynacje muzyczne, w których dużą rolę odgrywa Polska: "Bruder gapi się ze starymi na niemiecki serial o policjantach u Polaków a gach mówi że bez Polaków człowiek by mógł nie mieć telewizora i to samo jeśli chodzi o radio bo ja w pokoju nastawiam Trójkę i akurat gra Dezerter i myślę że Polacy są bardziej szczęśliwi od nas chociaż też mają komunizm.”
Z czasem jedna i druga historia zaczną się ładnie ze sobą splatać i coraz ściślej wiązać. Przełomowym wydarzeniem okaże się koncert grupy Die Toten Hosen w Pilznie. Będzie melancholijnie, smutno i gorzko. Będą miały też miejsce nieco dziwaczne wydarzenia, jak choćby mecz w piłkarzyki, w którym: „Ole postawił na swojej bramce Nietzschego, na obronę dał Einsteina i Matkę Teresę, a do ataku wysłał Newtona, Sida i Madonnę. Frank na bramkę wcisnął Jezusa, na obronę Ho Chi Minha i Drakulę, a z przodu wystawił Lutra, Joannę d'Arc i Stalina.” Ujmujące.
Aktualnie czytam:
