Czyli niezwykle wciągająca saga rodzinna
REKLAMA
Michael Crummey – „Dostatek”
Pierwsze zdanie: “Czas spędzony na wybrzeżu zakończył w prowizorycznej celi dla obłąkanych, odcięty od świata wraz z rzęsistym smrodem ryby towarzyszącym mu w każdym dniu życia.”
Podobno wydawanie książek w Polsce się nie opłaca – bo Polacy nie czytają, bo VAT wysoki, bo Empik nie płaci itp. itd. - a mimo to kolejne wydawnictwa wyrastają jak grzyby po deszczu. Ot, następny rodzimy paradoks. W czerwcu na przykład wystartowała nowa oficyna Wiatr Od Morza z Gdańska i zadebiutowała od razu z przysłowiowej grubej rury – książką, nagrodzoną i wyróżnioną kilkoma prestiżowymi nagrodami, pióra Michaela Crummey’a pt. „Dostatek”. Autor to kanadyjski poeta i prozaik, urodzony na Nowej Fundlandii, który w swojej twórczości skupia się właśnie na historii i kulturze tej surowej i zimnej wyspy. Wspomniana trzecia powieść Crummey’a, to fantastyczna saga o dwóch skłóconych ze sobą rodach żyjących w Nowej Funlandii na przestrzeni dwustu lat.
Koniec XVIII wieku. Dwie osady – protestanckie Paradise Deep i katolickie Trzewia. Dwie rodziny – na czele pierwszej stoi anglik, bezwzględny lichwiarz, Królówka Sellers, który „…był gotów obedrzeć wesz ze skóry, byle by zarobić centa więcej” i dzięki takiej postawie dorobił się majątku, a w Paradise Deep czuje się panem i władcą. Drugi ród to biedni Irlandczycy z klanu Devinów, w którym rządzi kobieta uznawana przez większość społeczności za wiedźmę, legendarna uzdrowicielka Wdowa po Devinie z Trzewi. To przedstawiciele najstarszego pokolenia obu tych nienawidzących się, a z czasem ściślej połączonych miłością dzieci i wnuków, rodzin. I dopiero sam początek istnej galerii wyjątkowych, oryginalnych i czasem wręcz niesamowitych postaci. Wspaniale nakreśleni bohaterowie prezentujący różnorodne bogate osobowości, ciekawe charaktery i ludzkie ułomności, to jedna z najmocniejszych cech tej powieści. Weźmy na przykład takiego Ojca Phelana, jednego z moich ulubieńców w „Dostatku”. To samozwańczy duchowny, birbant, utracjusz i srogi rozpustnik, który z lekkością zdradza komu popadnie tajemnice spowiedzi i interpretuje Biblię, tak jak mu wygodnie.
„Ojciec Phelan rozpiął spodnie i, chwiejąc się nad otchłanią, odlał się wprost do wzburzonych wód oceanu. Pobłogosławił swoją małą, pomarszczoną fujarę, po czym schował ją w gacie i ruszył w kierunku Paradise Deep. Miał w zanadrzu jeszcze kilka bardzo konkretnych błogosławieństw przeznaczonych dla czekającej na niego w łóżku pani Gallery, z którą zamierzał sprawić, że zazdrość ogarnie całe zastępy aniołów.”
Mieszkańcy obu osad, utrzymujący się głównie z połowów ryb w morzu, przeżywają przez te dwieście lat i sześć pokoleń, niezliczoną ilość różnego rodzaju wydarzeń. Ich losy gmatwają się i plączą niczym rybackie sieci. W tej hermetycznej społeczności umierają ludzie, rodzą się dzieci, tlą się sekretne namiętności, na jaw wychodzą skrywane miłości, co rusz wybuchają nowe konflikty, ścierają się religie i przekonania, pojawia się przemoc, okrutna zbrodnia, nieustannie podsycana jest nienawiść, znajduje się także miejsce na tajemniczą magię i niewytłumaczalne, nierealne zjawiska, legendy i zabobony, a w drugiej części powieści również na echa światowych wydarzeń historycznych. Przede wszystkim jednak ludzie zmagają się tam z niezwykle piękną acz surową i bezwzględną przyrodą – nieprzewidywalnym morzem, nieurodzajną ziemią, nieustępującym deszczem, przenikliwym wiatrem, srogim mrozem - „Nawet w Domu Seliny mleko w dzbanku zamarzło na kamień, a domownicy musieli skrawać je nożem i wrzucać do herbaty w plasterkach.” Codziennością nowofundlandczyków u Crummey’a jest przeraźliwe zimno, głód, nędza i wszechobecne widmo czyhającej śmierci.
Wszystko to autor opisuje z niezwykłą lekkością, po mistrzowsku prowadząc całą porządnie przecież skomplikowaną historię - jej kolejne pączkujące wątki, zmieniające się co rusz płaszczyzny czasowe. Narracja choć fragmentaryczna i zbudowana na kontrastach, jest mocno absorbująca i wciąga. Wciąga jak nie wiem. Tę książkę się czyta i się nią żyje. Przeżywa pokręcone losy i kolejne perypetie, zżywa z bohaterami, ściska się za nich kciuki, kibicuje im. A do tego jeszcze można się przy niej wzruszyć. Ale też nieźle ubawić, Crummey posiada bowiem fajne i inteligentne poczucie humoru. Czasami bywa też bezpośredni waląc prosto z mostu czy nie stroniąc od wulgaryzmów. Czasem znowu zaskakuje wysmakowanymi fragmentami z ciekawymi metaforami. No i ma zwyczajnie łapę do dobrych zdań.
„Kiedy dziecko przyszło na świat, nie przypominało jeszcze zbytnio dziecka, raczej rękawicę z półprzezroczystej skóry, opiętą na przeświecających ze środka ciemnych grudkach narządów wewnętrznych. Maleńki ptaszek przypominał kawałek nitki wystający ze szwu.”
„Trumienka przeznaczona dla Michaela Devine’a została pobielona i wyposażona w bieguny, żeby mogła służyć mu za kołyskę w ciepłych miesiącach lata.”
A na koniec, początek. Czyli od czego się ta cała historia w ogóle zaczyna. Do zatoki wpływa wieloryb, który osiada na mieliźnie. Mieszkańcy zaczynają dzielić go na kawałki, a z rozpłatanego brzucha wyjmują tajemniczego albinosa niemowę. Człowieka z krwi i kości, który okrutnie cuchnie rybą. Ludzie boją się go, uważają za zły znak i nie bardzo wiedzą co z nim zrobić. Nazywają go nie Jonaszem, a Judą. Milczący Juda będzie rdzeniem całej tej powieści, jej centralną postacią. I to jest właśnie ten nowofundlandzki realizm magiczny.
Jedna z najlepszych książek tego roku, bez ściemy.
Literackie tropy: wydawca reklamuje „Dostatek” jako połączenie Marqueza z Faulknerem. Marquez może i troszkę tak, Faulkner raczej nie. Nie znam innej powieści Crummeya ale przypuszczam, że ma on po prostu swój styl.
Jedna z najlepszych książek tego roku, bez ściemy.
Literackie tropy: wydawca reklamuje „Dostatek” jako połączenie Marqueza z Faulknerem. Marquez może i troszkę tak, Faulkner raczej nie. Nie znam innej powieści Crummeya ale przypuszczam, że ma on po prostu swój styl.
Inne tropy: posłuchajcie fragment „Dostatku”
Aktualnie czytam:
