A w nich: o Grekach z Bielawy, dzikim wybrzeżu Ameryki Południowej, refleksyjnej podróży w przeszłość z Dubrownikiem w tle i kompletnie nieudanym eksperymencie prozatorskim.

REKLAMA
Hubert Klimko-Dobrzaniecki – „Grecy umierają w domu”
logo
Pierwsze zdanie: "Mój Ojciec miał brodę."
„Bornholm, Bornholm” Klimko-Dobrzanieckiego sprzed dwóch lat, to według mnie jedna z najlepszych polskich powieści w ogóle. Za to jej autor jest niestety jednym z najbardziej niedocenianych prozaików w naszym kraju. Czy ma szanse zmienić to jego najnowsza powieść? Myślę, że ma, choć nie jest tak kapitalna jak „Bornholm” i pozostawia pewien niedosyt. „Grecy umierają w domu” mają za to coś cennego, czego nie miał ich poprzednik - jest to powieść niezwykle przystępnie napisana, a poruszająca ważkie tematy. Lekka i ambitna zarazem. A do tego jeszcze (podobnie jak „Bornholm”) zmyślnie skonstruowana i posługująca się dobrym, literackim językiem. Fabuła rozwija się tu dwutorowo – z jednej strony mamy płaszczyznę wspomnieniową, a z drugiej aktualną. Bohaterem jest samotny pięćdziesięciolatek Sakis Sallas, który przybywa na grecką wyspę Lefkes, aby napisać tam książkę. Sallas urodził się w Polsce, ale miał greckich rodziców – to właśnie o nich, a zwłaszcza o jego ojcu Arisie ma być ta książka.
Aris miał ciekawe życie, w czasie wojny domowej w latach 40-tych w Grecji, był lewicowym partyzantem. Po klęsce zwolenników republiki z siłami rządowymi, trafił wśród 14 tys. innych emigrantów do Polski i osiadł w Bielawie na Dolnym Śląsku (rodzinne miasto Klimko-Dobrzanieckiego). Klepał w niej biedę, bardzo tęsknił za ojczyzną, ale był również niepoprawnym fantastą i swego rodzaju ekscentrykiem, rzucającym bon motami w stylu „Jak się człowiekowi w życiu powodzi, to nawet gówno pachnie makowcem.” O tym m.in. pisze właśnie Sakis. I jego rodzinne, często zabawne, ale głównie smutne i sentymentalno-nostalgiczne wspomnienia, tworzą pierwszą płaszczyznę powieści. W drugiej zgorzkniały i wycofany główny bohater głównie pracuje nad książką, ale przeżywa też dwa "mikro romanse". Biorąc pod uwagę ich przebieg można wywnioskować, że Sakis ma problemy emocjonalne i to nie jest żaden przypadek, że jest samotny. Obie te historie są świetnie napisane, jak już wspomniałem czyta się je wyśmienicie. Można się przy nich szczerze pośmiać, można też i wzruszyć (część o śmierci Arisa i tym, co się po niej dzieje z Sakisem naprawdę chwyta za serce). I wszystko było by ładnie-pięknie, gdyby nie finał. Na jaw wyjdą bowiem pewne nieznane fakty z życia Arisa, które zburzą „pomnik” jaki w książce wystawił mu syn. Co z tym finałem jest nie tak? Wydaje mi się on jakoś zupełnie nieprzystający do całej tej historii. Nietrafiony. Wymyślony z przysłowiowej czapy. I to kulawe zakończenie pozostawiło we mnie wspomniany na początku niedosyt, bo mógł się autor przecież bardziej postarać.

John Gimlette – „Dzikie Wybrzeże”
logo
Pierwsze zdanie: "Południowoamerykańscy Indianie tereny między Orinoko i Amazonką od zawsze nazywali Guianą, "Ziemią Wielu Wód".
W Ameryce Południowej znajdują się jeszcze pewne dziewicze ziemie, nieomal terra incognita – to pas nieprzystępnego wybrzeże ciągnącego się od Guajany poprzez Surinam, aż do Gujany Francuskiej. Tam właśnie, śladami jednego ze swoich przodków, który zamieszkał w Gujanie w 1628 roku, wybrał się brytyjski pisarz i podróżnik John Gimlette. I o tych trzech niewielkich krajach, którą nie są w żaden sposób połączone z resztą kontynentu, napisał „Dzikie Wybrzeże” – całkiem sprawnie podany miks literatury podróżniczej z reportażem. Autor nie jest co prawda, aż tak świetnym stylistą jak choćby Colin Thubron czy tak wszechstronny pisarzem jak Paul Theroux, a język jakiego używa jest czasem zbyt emocjonalny i niedojrzały, to i tak potrafi wciągnąć czytelnika w miejscami naprawdę pasjonującą opowieść.
Takie fragmenty jak np. ten o zbiorowym samobójstwie członków sekty Świątynia Ludu w Jonestown (jednego dnia zabiło się tam przeszło 900 obywateli USA), historia powstania niewolników z 1763 roku, walczących z garstką Holendrów czy opis słynnej francuskiej kolonii karnej, w której siedział znany choćby z filmu z Dustinem Hoffmanem i Steve’m McQueenem, przestępca zwany jako Papillon, to naprawdę historie, od których ciężko się oderwać. Sama podróż autora przez Gujanę, która w 90% porośnięta jest przez gęstą, mroczną dżunglę, posiada tylko jedną drogę wewnątrz lądu, a ma za to ponad sto rzek, jest doprawdy zajmująca. To również bardzo ciekawa acz bolesna historia niewolnictwa w tym regionie, którego ślady można tam odnaleźć do dziś. Atrakcyjność i przystępność tekstu może siada nieco w tych momentach, kiedy Gimlette robi się aż nadto drobiazgowy, bombardując czytelnika datami, nazwiskami i faktami. Należą mu się za to brawa, za niezwykle interesująco i dobrze dobrany mało znany temat, bo przyznam się bez bicia, że o takim Surinamie wiedziałem jedynie tyle, że pochodzi z niego piłkarz Clarence Seedorf. Naprawdę ciekawa opowieść o świecie, który rzeczywiście wciąż jest jeszcze bardzo dziki.

Mirko Kovac – „Miasto w lustrze”
logo
Pierwsze zdanie: "Wielki dom w L., dwupiętrowy, z ciosanego kamienia, odziedziczył mój ojciec jako najstarszy i jedyny z ośmiorga dzieci, któremu jego ojciec Mato pozostawił w testamencie przesłanie, by strzegł tradycji rodzinnej, tak jak on to czynił po śmierci swojego ojca, "bogatego badylarza", jak nazywano czasem handlarzy bydłem; byli to jedynie pośrednicy i naciągacze, bo bliskość Śródziemnomorza sprzyjała sprzedaży bydła, mięsa, cielęcych skór, wełny, sierści i tak dalej."
Kilka dobrych lat temu kupiłem na taniej książce powieść „Krystaliczna sieć” Mirko Kovaca. Poszła na półkę do przeczytania na później, na kiedyś. Niestety stoi nietknięta do dziś. Niedawno przeczytałem za to „Miasto w lustrze” tegoż samego autora i wiem już teraz, że trzeba będzie niebawem ruszyć tę „Krystaliczną sieć”. Wszystko bowiem wskazuje na to, że Mirko Kovac to bardzo dobry pisarz. W „Mieście w lustrze” chorwacki autor serwuje nam refleksyjną podróż w przeszłość, niespiesznie snując historię swojej rodziny, a zwłaszcza swojego dorastania. Napisałem niespiesznie, bo Kovac ma tendencję do przeplatania opowieści licznymi dygresjami. Od rozważań na temat samej literatury czy przebiegu swojej kariery literackiej, aż po stricte filozoficzne wnioski o samym życiu czy np. roli w nim pamięci. Całość nie posiada chronologii i przypomina raczej swobodny przepływ myśli, który na szczęście nie jest chaotyczny, tylko mimo licznych zakrętasów płynie sobie lekko wciąż do przodu. Głównymi bohaterami tej gawędy jest - poza samym autorem oczywiście – jego ojciec (wieczny imprezowicz, pijak i kobieciarz, znikający z domu na długie tygodnie) oraz Dubrownik (tajemnicze, fascynujące, momentami nawet nieco magiczne miasto, którym młody Kovac był wprost zauroczony). Poza rozrywkowym ojcem i barwnym Dubrownikiem, występują tu także przodkowie, dziadkowie, liczni wujkowie, wybitnie wyrozumiała matka, umiłowana nauczycielka, dzięki której autor zafascynował się literaturą, ale która była też jego miłosno-erotyczną fascynacją (notabene pięknie jest to opisane), bajkowo-przerażający las dziadka, kolejka wąskotorowa i wiele, wiele innych.
Proza Kovaca posiada tę nie tak w cale częstą cechę, że przy odrobinie wyobraźni kolejne zdania, fragmenty, zamieniają się nagle w płynne obrazy. Czytając „Miasto w lustrze” w głowie przewijały mi się konkretne sceny niczym z filmu: młody Kovac z nauczycielką pędzą na rowerach na piknik, ekscytujące spacery po Dubrowniku, odbywanie kary w szkole itd. W ogóle bardzo lubię takie historie, o świecie, którego już nie ma i nie będzie, który odszedł bezpowrotnie, ale został niejako zatrzymany w pamięci i dzięki sile i zdolności literatury. To absorbująca, nostalgiczna opowieść pełna melancholii – „Czemu dla nikogo nie mogę być wzorem? Mam prostą odpowiedź: cierpię na nieuleczalną melancholię” pisze Kovac. Smutna, ale piękna to książka. Mam nadzieję, że znajdzie się w ścisłym finale pozycji ubiegających się o Literacką Nagrodę Europy Środkowej Angelusa (póki co jest w półfinale), bo bezwzględnie jest tego warta, a na razie przeszła przez nasz rynek czytelniczy zupełnie bez echa. Polecam gorąco.

Darek Foks – "Kebab Maister"
logo
Pierwsze zdanie: "Celem wędrówki generała jest leżące na horyzoncie miasto, które zobaczył, gdy tylko wyłonił się z lasu, a zieleń zamknęła się za nim."
Proza Darka Foksa zawsze była mniej lub bardziej zakręcona i dziwna (czytałem jego „Pizze weselną” i „Wielkanoc z tygrysem”), ale tym razem autor przebił wszystkie swoje dotychczasowe dokonania. „Kebab Maister”, to rodzaj projektu artystycznego, formą przypominającego tomik poetycki, a będący podobno prozą eksperymentalną. Przyznam od razu, że zarówno sama koncepcja literacka tego tekstu, jak i jego treść, jest dla mnie mocno enigmatyczna, żeby nie napisać wprost – kompletnie niezrozumiała.
Ów niezjadliwy kebab przyrządzony jest następującą przeplatanką: na lewej stronie mamy opisy dotyczące przeszłości, po prawej współczesne dialogi. Pierwsze dotyczą czasów II wojny światowej i losów pewnego generała, a drugie to rozmowy bohatera z ukochaną. Przy czym i jedna i druga strona nie mają ze sobą nic wspólnego, niczym się nie łączą. Fabuły jako takiej też nie ma. Czytając informacje na temat tej książki dowiedziałem się oczywiście o czym ta fabuła miała być ( o postaci autentycznej – oficerze Pawło Szandruku, który mieszkał w Skierniewicach, był kierownikiem tamtejszego kina oraz dowódcą ukraińskiej jednostki SS „Galizien”) i „co autor miał na myśli” w związku z tą historią, ale z samego tekstu, to niestety zupełnie nie wynika. Jednym słowem - niewypał. Na szczęście czyta się go tak szybko (góra 20 minut), że nie ma wyrzutów sumienia o stratę czasu na kompletnie nieudaną lekturę.

Aktualnie czytam:
logo