Czyli duże rozczarowanie i zawód roku.
REKLAMA
Zygmunt Miłoszewski – „Bezcenny”
Pierwsze zdanie: „Śnieg.”
„Bezcenny” był bez wątpienia jedną z najbardziej głośnych premier tego roku i prawdziwym hitem wakacji. Gdzie by się nie ruszyć tam okładka książki, co by nie oglądać, słuchać i czytać, wszędzie Miłoszewski. I tak jak omamione skuteczną reklamą rzesze czytelników dały się nabić w butelkę z prywatnym dziennikiem Gombrowicza pt. „Kronos” (kompletnie pozbawiona wartości literackiej, nie nadająca się do czytania tępa piła), tak nieco podobnie wyglądała sytuacja z „Bezcennym”. Chociaż w tym przypadku zadowolonych było jednak dużo więcej niż rozczarowanych (nadal tego nie rozumiem). Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Ba, dla mnie, póki co jest to nawet zawód roku. Między innymi dlatego, że dotychczasowe dokonania autora łykałem chętnie jak szczupak blachę. „Domofon” był obiecujący, „Uwikłanie” świetne, „Ziarno prawdy” jeszcze lepsze, prawie genialne. Zacząłem nawet uważać Miłoszewskiego za gościa, który wyprzedził całą rodzimą czołówkę speców od kryminałów o kilka długości. I cholernie nie mogłem się doczekać jego kolejnej książki. Aż w końcu pojawił się ten nieszczęsny „Bezcenny”.
Już podawane przed premierą informacje dotyczące jego fabuły powinny mi zapalić ostrzegawczą lampkę w głowie. Przecież o zrabowanych podczas II wojny światowej przez Niemców dziełach sztuki pisano już wielokrotnie i temat wydaje się wyeksploatowany do cna. Nie mówiąc już, że o tym samym obrazie (chodzi oczywiście o „Portret młodzieńca” Rafaela), nie tak dawno książkę pt. „Operacja kustosz” popełniła Jolanta Maria Kaleta. No i jaki znowu thriller?! Czemu nie kryminał? Gdzie jest prokurator Szacki?! Ale magia nazwiska działała. Przecież Miłoszewski na pewno babola nie wypuści, nie ma lewara - uspokajałem sam siebie i czekałem na jego nowe dokonanie codziennie gorączkowo sprawdzając skrzynkę pocztową. „Bezcennego” w końcu dostałem tuż przed samym wyjazdem na wakacje, rzuciłem wszystkie inne lektury i zacząłem czytać. I jak to się jeszcze jakoś w miarę przyzwoicie zaczyna, od co prawda nieco nieprawdopodobnego zamachu terrorystycznego na kolejkę linową na Kasprowy Wierch, tak im dalej tym coraz gorzej.
Pominę zupełnie o co w „Bezcennym” chodzi i co się w tej książce dzieje, bo o tym wałkowano na okrągło i pewnie przebieg fabuły wszyscy znają już na pamięć. Skupmy się na tym, jak to zostało napisane. Grzech pierwszy i największy jeśli oczywiście miał to być thriller (a to raczej sensacyjna przygodówka jest) – akcja nie jest wartka, a jej zwroty nie trzymają w napięciu. Jak ja się przy tej książce wynudziłem! Jak ja się zmuszałem żeby w tą historię brnąć i dalej ją czytać. Jak doprawdy musiałem mocno powstrzymywać się, żeby jej nie rzucić w kąt (uparłem się, że przeczytam do końca). Po drugie cała historia jest tak niewiarygodna i sztucznie naciągana, że nie wiedziałem śmiać się czy płakać. Rozumiem, taki a nie inny gatunek, taka a nie inna konwencja, w zasadzie może się dziać wszystko, ale na miły Bóg niech to się przynajmniej jakoś trzyma kupy! Mamy tu na przykład głównych bohaterów – samych wybitnych specjalistów w swych dziedzinach, których działania niestety trącą totalną amatorką, a ich rozkminianie całej tej zagadki idzie tak „ekspresowo”, że gdyby nie ciągłe nachalne zbiegi okoliczności, które im w tym pomagają, to finału nie poznali byśmy pewnie nigdy. A jak już o finale mowa, to jest on zwyczajnie słabiutki. Podobnie jak główne postaci (może jedynie poza Szwedką Lisą). Bohaterowie są nijacy, sztuczni, bezbarwni, a nawet irytujący, w czym prym wiedzie niejaka historyk sztuki Zofia, która zanudzała mnie wykładami na temat malarstwa. Wiadomo, że pożądane jest aby tego typu opowieść była poparta solidną wiedzą, ale czy nie ma innych sposobów jej podania niż niestrawny, rozciągnięty do granic możliwości, monolog ekspercki?
Co mnie jeszcze irytowało w „Bezcennym”? Te fragmenty, nazwijmy je publicystycznymi, krytykujące obecnie rządzących – jak takie zabiegi świetnie sprawdzały się i były w pełni uzasadnione w powieściach z Szackim, tak tutaj pasują niczym kwiatek do kożucha. Przecież to jest sensacyjna-przygodówka w stylu Pana Samochodzika, Indiany Jonesa, Bonda czy Kodu Da Vinci, nafaszerowana totalnie nieprawdopodobnymi wydarzeniami (jak ucieczka Ferrari po zamarzniętym Bałtyku + skutery śnieżne + płynący prom!), poprzetykanymi tymi strasznymi wykładami o sztuce. Gdzie tu jeszcze miejsce na politykę? Całość może i mogła by być nieco bardziej zjadliwa, ale trzeba by ja koniecznie skrócić o jakąś jedną trzecią. No i zadbać o lepszych redaktorów i korektę, bo pod względem edytorskim książka niestety jest niedopracowana. Ale to co mnie wkurzyło najbardziej, to że autor napisał tę powieść za bardzo myśląc chyba o tym rzekomym milionie dolarów za prawa do jej sfilmowania. W efekcie zamiast być porządnie literacko, jest nijako filmowo. Zamiast kolejnej bardzo dobrej pozycji do jakich Miłoszewski już mnie przyzwyczaił, dostałem typowe, schematyczne, w dodatku nudne i słabe czytadło dla niewymagającego czytelnika. Powtórzę jeszcze raz – „Bezcenny” to duże rozczarowanie i mój zawód roku.
