Czyli opowieść o miasteczku, które znikło.
REKLAMA
Filip Springer – „Miedzianka. Historia znikania”
Pierwsze zdanie: „Po raz pierwszy ziemia zapada się pod budynkiem kuźni Preusa i kupca Reimanna.”
Dwa lata temu było o tej książce bardzo głośno. Wiele pochlebnych recenzji, nominacje do nagrody Nike (finalista), nagrody literackiej Gdynia, nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (autor otrzymał wyróżnienie). A mnie ona wtedy jakoś umknęła... A tam umknęła! Nie umknęła, po prostu czasem mam tak, że jak słyszę powszechny aplauz i zachwyt, tudzież inny ogólny szał - zwłaszcza dotyczący polskich debiutów - to robię się podejrzliwy, mam odruch antystadny i odbijam sobie gdzieś w bok poszukać czegoś zupełnie innego. Albo żeby przeczekać. I tak właśnie było z „Miedzianką”. Z pełną premedytacją zostawiłem ją sobie na później. Kupiłem, odstawiłem na półkę – niech kruszeje. Niech minie ta kołomyja. I kruszała. Springer zdążył w tym czasie wydać kolejne dwie książki, przygotował trzecią (premiera w środę), a ja „Miedziankę” z końcem wakacji wreszcie przeczytałem. Podejrzenia okazały się kompletnie bezpodstawne. Nikt tu nikogo nie nabił w butelkę. To rzeczywiście kapitalny debiut jest.
Małe górnicze miasteczko, nieopodal Jeleniej Góry. Przed II wojną światową należące do Prus, po niej, w ramach Ziem Odzyskanych przyłączone do Polski. Najpierw Kupferberg później Miedzianka. Miasteczko, które trwało stulecia, a w kilkadziesiąt lat zapadło się pod ziemię. Dosłownie. Autor opisuje jak do tego doszło. Najpierw funduje lekki rys historyczny. XVI wiek, wydobywanie rud cynku, srebra i miedzi, rozwój, wojna trzydziestoletnia, 1914 rok, czytelnik powoli wkręca się w temat, a Kupferbergiem zaczynają zarządzać Niemcy. I cała historia rusza już na dobre. Za Niemców miasteczko rozwija się, zyskuje sznyt i tętni życiem, ale w końcu przychodzi „Bestia”, która do tej pory łaskawie omijała te tereny. Bestia czyli bezwzględna historia, II wojna światowa. Zaczynają się wysiedlenia i zasiedlenia, Niemcy uciekają, pojawiają się Polacy, a za nimi Rosjanie. Nadchodzą mroczne czasy dla Miedzianki. Tragiczne.
„Ja o nic nie pytałam, o niczym nie wiedziałam, o tym, że tam kogoś zabili, to się dopiero od pana dowiedziałam. Ja chciałam pracować, mieć pieniądze i święty spokój. I tak mi się udało przeżyć tą kopalnię, nie wiedząc o niczym, bo po co mi ta wiedza.”
Kopalnię, a w zasadzie tajne Zakłady Przemysłowe R-1 zakładają Rosjanie. Trafiają na złoża uranu. Jeszcze bardziej dziurawią i szatkują, poorane już wcześniej miedziankowe wzgórze. Zatrudniają wielu Polaków do pracy przy rabunkowym wydobyciu. Ludzie pracują w bardzo ciężkich warunkach, w atmosferze wszechobecnego terroru i inwigilacji. Za drobne przewinienia, niedopatrzenia czy nawet podejrzenia można tu nagle zniknąć i już nie wrócić, ani do kopalni, ani do domu. UB rządzi. Ale umiera się też na choroby popromienne. Pracownicy albo udają, że nic nie wiedzą, jak ta kobieta z cytatu powyżej, albo milczą zastraszeni. Wszyscy bez wyjątków cierpią. Uran kończy się na początku lat pięćdziesiątych. Rosjanie odchodzą, miasteczko wyludnia się, budynki i ulice niszczeją, pękają, zapadają się pod ziemię. Agonia trwa do lat siedemdziesiątych. Wtedy Miedzianka przestaje istnieć. Znika.
Springer złożył tą fabułę do kupy z wielu elementów – faktów historycznych, dokumentacji, kronik, zdjęć, pocztówek, relacji, wspomnień, życiorysów, legend. Powstała niezwykle wnikliwa, zajmująca i wciągająca rzecz. Naprawdę ciężko mi się było od „Miedzianki” oderwać. Od takich historii jak ta o miejscowym browarze produkującym wspaniałe piwo „Złoto Miedzianki”, czy takich krótkich scen, jak ta o mężczyznach zjeżdżających zimą na sankach przez miasto. Mocno to wszystko działa na wyobraźnię. Ma to swój niepowtarzalny urok.
Jest w tej książce coś z detektywistycznej zagadki. Niby reportaż historyczny, ale miejscami czyta się go jak najlepszą sensację. Jest tam też jakiś taki klimat lekkiego odrealnienia. Coś na kształt smutnej bajki czy legendy. Przebija z tego tekstu melancholia i zaduma. No i piękno. Bo przy całej tej na wskroś tragicznej opowieści, jest to na swój sposób piękne story. Świetnie napisane. Bardzo dobrym, sprawnym literackim językiem. Z niektórymi wprost genialnymi zdaniami, prawdziwymi smaczkami jak np. to podsumowujące historyjkę o wypadku, w którym górnika przygniotła skała na przodku „Józek ledwo potem żył przez całe życie”. I z wielką pasją. To się czuje.
Nie ma się co dalej rozpisywać. Kto o tej książce jeszcze w ogóle nie słyszał albo tak jak ja zrobił z niej „półkownika” niech czym prędzej ściąga ją z regału i czyta. Warto i jeszcze raz warto. Żeby nie napisać - trzeba.
Jest w tej książce coś z detektywistycznej zagadki. Niby reportaż historyczny, ale miejscami czyta się go jak najlepszą sensację. Jest tam też jakiś taki klimat lekkiego odrealnienia. Coś na kształt smutnej bajki czy legendy. Przebija z tego tekstu melancholia i zaduma. No i piękno. Bo przy całej tej na wskroś tragicznej opowieści, jest to na swój sposób piękne story. Świetnie napisane. Bardzo dobrym, sprawnym literackim językiem. Z niektórymi wprost genialnymi zdaniami, prawdziwymi smaczkami jak np. to podsumowujące historyjkę o wypadku, w którym górnika przygniotła skała na przodku „Józek ledwo potem żył przez całe życie”. I z wielką pasją. To się czuje.
Nie ma się co dalej rozpisywać. Kto o tej książce jeszcze w ogóle nie słyszał albo tak jak ja zrobił z niej „półkownika” niech czym prędzej ściąga ją z regału i czyta. Warto i jeszcze raz warto. Żeby nie napisać - trzeba.
Literackie tropy: mnie się to kojarzy trochę z „Czarnym ogrodem” Małgorzaty Szejnert
Inne tropy: Pierwsza część z trzyodcinkowego dokumentu o Miedziance.
Aktualnie czytam:
