A w nich Klimko-Dobrzaniecki specyficznie o Austrii, wyjątkowy i niepokojący Balla oraz smutny i gorzki Bolano

REKLAMA
Hubert Klimko-Dobrzaniecki - „Pornogarmażerka”
logo
Pierwsze zdanie: „Trzech rzeczy bałem się w życiu najbardziej: nóżek w galarecie, wojska oraz języka niemieckiego.”
Klimko-Dobrzaniecki rozkręcił się w tym roku na dobre. Dopiero co wyszła jego nowa powieść „Grecy umierają w domu”, doszło do wznowienia „Domu Róży. Krýsuvik.” i „Kołysanki dla wisielca” (w jednym tomie), to pisarz rzucił jeszcze premierowym zbiorem opowiadań. „Pornogarmażerkę” tworzą głównie teksty dotyczące i rozgrywające się w Austrii. Czego tu nie ma? Jest Josef Fritzl i jego piwniczka, jest Marcel Reich-Ranicki, Jorg Haider, hitlerowska przeszłość, ksenofobia, dobrobyt, przesadny ordnung, tamtejsze traumy i zgnilizny moralna. Austria w gorzkiej pigułce. Ale ukazana w kontekście absurdalno-groteskowo-ironicznym, a momentami nawet satyrycznym. Czyli puśćmy oko i zróbmy sobie jaja z tematów poważnych i mrocznych. Wystarczy już, że po swoich rodakach przejechał się na serio i bez taryfy ulgowej Bernhard do spółki z Jelinek.
Oczywiście jest to taki specyficzny humor, nieustannie podszyty jakąś boleścią i utrapieniem. A że Klimko-Dobrzaniecki ma lekkie pióro, jest niezłym stylistą i dobrym pisarzem, to czyta się „Pornogarmażerkę” szybko i z nieukrywaną przyjemnością. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to jedynie do tego, że kilka tekstów jest wyraźnie słabszych od reszty, a słabość ta przejawia się na przykład w miałkości fabularnej czy jej przewidywalności. Jak choćby w opowiadaniu o emigrancie, który zostaje aktorem porno – w połowie już wiemy jak to się skończy. Ale są też historie wyborne i świetnie skonstruowane, jak ta, w której bohater przeprowadzający renowację kamiennych figur na budynku szpitala psychiatrycznego, sam zostaje wzięty za wariata albo miniatura pt. „Woelfesgrund” przedstawiające austriacką prowincję. Na uwagę zasługuje również kapitalny pomysł w „Z zapisków Alza Heimera”. Jest więc całkiem, całkiem i warto ten zbiorek przeczytać, ale ja nadal czekam na coś co wyjdzie spod pióra tego pisarza i przebije albo choć zrówna się z powieścią „Bornholm, Bornholm”.

Balla – „Niepokój”
logo
Pierwsze zdanie: „Na lewo, tuż przy wyjściu do hali targowej, sprzedają rakiję.”
W zasadzie o Vladimirze Balli napisałem już wszystko przy okazji dwóch wcześniejszych recenzji jego zbiorów opowiadań pt. „Podszepty” i „Świadek”. Że surrealizm, że groteska, że czarny humor i dziwne, zaiste przedziwne, nierealne albo dla odmiany wręcz przeciwnie - mocno egzystencjalne historie. Że to pisarz na wskroś oryginalny, trudny i zaskakujący. Mistyk, filozof, naturalista. Twórca wyjątkowy. A także wyjątkowo odjechany. Podobnie sprawiający wrażenie mocno nierealnego co jego opowieści. Weźmy chociażby pierwsze zdanie z opowiadania „Adiafora””Zakochałem się w mężu mojej kochanki.” Czy to mógł wymyślić człowiek będący na co dzień zwykłym urzędnikiem państwowym? No nieee, urzędnicy tak nie mają. No chyba, że na Słowacji.
Naprawdę niezłych mają tam tych urzędasów, którzy w wolnych chwilach zarzucają takie opisy sytuacyjne: „Poza tym w karczmie jest pustawo. Jakby zewsząd czyhało definitywne zapomnienie. W kącie na ekranie pulsują kolory MTV, pełny spokój; za barem tłusta kobieta.” Albo w taki sposób zaczynają inne opowiadanie „Mam szerokie horyzonty, jestem wykształconym, zdrowym i porządnym człowiekiem, przecież mnie, kurwa, znacie. Więc tym bardziej szokujące są chwile, gdy nagle ćmi mi się w oczach i zaraz jakbym nie wiedział, gdzie Krym, a gdzie Rzym – huczy mi w głowie i pulsuje w skroniach. To się zaczęło, odkąd stałem się snobem.” I znowu mnie Vladimir zaskoczył, bo „Niepokój”, to jego najlepszy z trzech wydanych w Polsce tomów opowiadań, o tytule wybitnie adekwatny do zawartości. Polecam zwłaszcza teksty „Adiafora”, „Cenność” i „Infekcja”. Nie ma co się dłużej rozpisywać - Keret Keretem, Topor Toporem, ale Balla... ten to dopiero jest niezły herbatnik . Ludzie, czytajcie Ballę!

Roberto Bolano – „Dziwki morderczynie”
logo
Pierwsze zdanie: „Tak to jest na tym świecie, Mauricio Silva, zwany Oko, zawsze starał się uciec od przemocy, nawet ryzykując, że zostanie uznany za tchórza, ale od przemocy, od prawdziwej przemocy, nie możemy uciec, w każdym razie nie my, urodzeni w Ameryce Łacińskiej, w dekadzie lat pięćdziesiątych, którzy mieliśmy koło dwudziestki, kiedy umarł Salvador Allende.”
Wygląda na to, że to już koniec czytelniczych przygód z prozą genialnego Chilijczyka. Zbiór opowiadań „Dziwki morderczynie” to ostatni tytuł autorstwa Bolano, którego brakowało w polskim wydaniu. Mamy już zatem komplet jego dzieł. Tworzą go książki różnorakie, od monumentalnego dzieła totalnego „2666”, poprzez literacką zabawę w „Literaturze faszystowskiej w obu Amerykach”, aż po trudną i złożoną, poetycką niewielką książeczkę w postaci „Chilijskiego nokturnu”. Jedne są lepsze inne nieco słabsze, ale wszystkie i tak trzymają wysoki lub bardzo wysoki poziom i nijak nie da się znaleźć wśród nich jakiegoś ewidentnego babola (no chyba, że jest nim „Trzecia rzesza”, której wciąż jeszcze nie czytałem). Bolano to ewidentna ścisła czołówka najwybitniejszych pisarzy latynoamerykańskich i jeden z moich ulubionych pisarzy w ogóle. Warto, a nawet trzeba go znać.
Ale wróćmy do „Dziwek morderczyń”. Nie jest to co prawda tak równy zbiór jak „Rozmowy telefoniczne”, bo trafiają się tu dwie, trzy nieco słabsze opowieści (jak choćby ta tytułowa) ale z drugiej znowu strony jest tu też kilka opowiadań wybitnych. Wymienię dwa, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Jest to otwierający zbiór wprost porażający smutkiem tekst pt. „Oko Silva” i przede wszystkim „Ostatnie zachody słońca na ziemi”. W tym opowiadaniu ojciec z synem spędzają wakacje w Acapulco – pływają, piją, korzystają z usług dziwek, czytają, oddają się hazardowi – brzmi nieźle, ale tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Nie wiele dzieje się niejako fabularnie, na pierwszym planie - za to na tym drugim, ukrytym, ho, ho, tu dzieje się bardzo dużo. Podobało mi się też story pt. „Buba” czyli opowiadanie mocno piłkarskie (tak, tak!), które Bolano odpowiednio nasącza lekko niepokojącym motywem magicznym. I ”Prefiguracja Lalo Cury” równie arcysmutna historia o upadłych gwiazdach biznesu porno. To w ogóle chyba jedna z najbardziej smutnych i pełnych fatalizmu książek tego autora. Mroczna, gorzka i zawierająca pewne piękne zdanie, które zapamiętam sobie raz na zawsze: „Człowiek nigdy nie kończy czytać, choćby książki się skończyły, tak samo jak nigdy nie przestaje się żyć, choćby doszło do śmierci.”
Aktualnie czytam:
logo