Znakomita, debiutancka powieść o konflikcie w Iraku

REKLAMA
Kevin Powers – ”Żółte ptaki”
logo
Pierwsze zdanie: „Wojna próbowała nas zabić wiosną.”
To chyba najlepsze pierwsze zdanie jakie przyszło mi przeczytać w tym roku. Krótkie, konkretne i wżynające się w głowę. Na pewno zapamiętam je na długo. Podobnie będzie też z samą powieścią, którą otwiera ta fraza. „Żółte ptaki” pochłonęły mnie bez reszty i już teraz wiem, że na bank trafią do podsumowania najlepszych książek 2013 roku. Przynajmniej moich. A początkowo nic na to nie wskazywało. Jeśli widzę bowiem zamieszczone na okładce jakiejkolwiek książki hasła typu „Arcydzieło”, „Klasyka”, „Doskonała”, „Niewypowiedzianie piękna” itd. to od razu zapala mi się ostrzegawcza lampka, a głos wewnętrzny podpowiada – nie bierz, nie czytaj. Nie lubię takiej formy promocji, nie lubię takich marketingowych sztuczek. Nic na to nie poradzę. Zwłaszcza jeśli dotyczą one debiutu. No jak debiut może być klasykiem? No jak, pytam się? Tak od razu? I jeszcze ta okładka. W sumie fajna, ale jakaś taka za ładna. Zwłaszcza dla książki o wojnie. Z drugiej strony nie ocenia się przecież zawartości po okładce i nie można być znowu takim uprzedzonym, książkowym talibem. Otworzyłem więc. Przeczytałem pierwsze zdanie. Pierwszych kilka stron. I wpadłem po uszy…
„Żółte ptaki” są pozycją z pogranicza powieści i literatury faktu. Napisał je Kevin Powers, były weteran wojny w Iraku, który w latach 2004-2005 służył jako strzelec w Mosulu i Tal Afar. W powieści jedną z płaszczyzn fabularnych, na której rozgrywa się akcja, jest irackie miasto Al Tafar. Przecież to nie przypadek, treść nie może być od początku do końca wymyślona. Zwłaszcza, że za dużo tu szczegółów, wiarygodnych opisów, a przede wszystkim zbyt wiele emocji, żeby wierzyć, iż mamy do czynienia wyłącznie z beletrystyką.
Fabuła jest prosta jak drut, żeby nie napisać nawet schematyczna - znamy podobne historie nie tylko z literatury, ale i z kina (np. „Full Metal Jacket” Stanleya Kubricka). Dwóch chłopaków (21-letni John Bartle i 19-latek Daniel Murphy) zaciąga się do wojska, poznaje i zaprzyjaźnia podczas szkolenia i razem w jednym plutonie wyrusza walczyć do Iraku. Tuż przed samym wyjazdem Bartle obiecuje matce Murphy’ego, że przypilnuje jej syna i wróci z nim szczęśliwie do domu. A na wojnie, jak to na wojnie, wiadomo – nie ma miętkiej gry. Tylko im, młodziutkim, naiwnym chłopakom wydawało się Bóg wie co. Że to będzie jakaś przygoda? Ciekawe przeżycie? Nic z tego. Bartle nie dotrzyma danego słowa.
Dwaj koledzy ramię w ramię - a dodatkowo z kimś w rodzaju anioła stróża i srogiego ojca w jednym (w postaci sierżanta Sterlinga) - walczą o miasto Al Tafar, które przechodzi z rąk do rąk. Raz okupują go Amerykanie, a potem znów przejmują je miejscowi bojownicy. Jest piekielnie niebezpiecznie, okrutnie i krwawo. Żołnierzy dotyka coraz większe zmęczenie fizyczne i psychiczne oraz ogromna chęć przetrwania za wszelką cenę. Obaj młodzieńcy, którzy tu stali się mordercami, nieco "odlatują", każdy na swój sposób. Czyli również schemat. Ale to nie ważne, rzecz bowiem w tym jak to jest napisane. A napisane jest wprost genialnie. Powers miesza prosty, surowy język oddający piekło wojny z kawałkami pełnymi liryzmu i poetyki. Coś na przykład w ten deseń:
„Nie zdążyliśmy przejść nawet kilku kroków, gdy usłyszeliśmy wycie nadlatujących pocisków z moździerzy. Przenikliwy dźwięk, jakby niebo stało się czajnikiem z gotującą się wodą. Murph i ja spojrzeliśmy po sobie, zaglądając tępo w głąb własnej nieskończoności, złożonej z piętrzących się ułamków sekund. Przez jedną krótką, nie dającą się oszacować chwilę nie byliśmy ani odważni, ani przestraszeni. Nie poruszaliśmy się ani nie odzywaliśmy. Nasze wilgotne oczy spotkały się ze sobą w spojrzeniu spłoszonych wystrzałem koni. Nie byłem w stanie stwierdzić, gdzie dokładnie uderzył pierwszy pocisk, ale słychać było, że gdzieś blisko. Poczułem, jak otacza mnie huk małej stalowej pięści uderzającej w pierś ziemi. Grunt zatrząsł się pod moimi butami i zobaczyłem jedynie jasny błysk, a potem szary dym, przypominający brudną farbę chluśniętą na sprane płótno, a wszelkie kształty rozsypały się w małe paciorki, rzucone przez wściekły chrzęst uderzenia.”
Do tego serwuje piękne opisy przyrody:
„Zerwał się lekki wiatr i rozproszył ptactwo, które zgromadzone jak zwykle w odległej zatoczce, pod wierzbami i dereniami zaanektowało tamten kawałek żyznej, brązowej ziemi na brzegu stawu. Ptaki mąciły w locie wodę koniuszkami rozpostartych skrzydeł i rozbijały odbite w niej światła domu i gwiazd, które przypominały garście rozrzuconej soli. Zmarszczki na powierzchni stawu drżały, jak gdyby, linie na jego lustrze były szarpniętymi strunami.”
logo
Kevin Powers Daniel Borris/The New York Times
Jego proza jest zmysłowa i precyzyjna niczym chirurgiczny skalpel. Opisy niezwykle realistyczne, brutalne i piękne zarazem. To głęboka opowieść, która z jednej strony mocno wciąga, ale i też przytłacza ciężarem i intensywnością przeżyć. Bo fragmenty walk, samej wojny są, a i owszem i to srogie, jednak nacisk położny jest przede wszystkim na to co odczuwa Bartle (który jest narratorem i głównym bohaterem tej książki). Na jego emocjonalne huśtawki, jego strach i psychiczne zmęczenie. W ogóle historia jest dość intymna i skupiona głównie na tej jednej postaci. Jest jeszcze oczywiście kilka innych, jak Murph, sierżant Starling (ciekawa i intygująca postać), matki Murpha i głównego bohatera, ale są to portrety ledwie naszkicowane.
Całość przedstawiona jest w trzech przeplatających się i powracających odsłonach. Mamy więc działania zbrojne w Al Tafar, swego rodzaju okres przejściowy w Niemczech przed powrotem do USA (mocny opis wizyty w burdelu) i to co dzieje się z Bartlem już po powrocie do domu. I jak ta pierwsza odsłona przeraża okrucieństwem samej wojny, tak ta ostatnia mam wybitnie intensywny i pełen napięcia ciężar psychologiczny. To co się dzieje z Bartlem po powrocie, jest chyba jeszcze gorsze niż to, co się działo z nim tam, w Iraku.
„Mam wrażenie, jakby coś zżerało mnie od środka, a ja nie mogę nikomu o tym powiedzieć, bo wszyscy przez cały czas okazują mi tyle wdzięczności, dlatego poczułbym się wtedy tak, jakbym był niewdzięcznikiem czy coś w tym stylu. Albo że zdradziłbym się z tym, że nie zasługuję na niczyją wdzięczność i że wszyscy powinni tak naprawdę nienawidzić mnie za to, co zrobiłem, a tymczasem oni mnie za to kochają i to doprowadza mnie do obłędu.”
I Bartle rzeczywiście zachowuje się trochę jak obłąkany. Unika ludzi, nie dba o siebie, upija się, ucieka do lasu, wycina na drzewach inicjały Murpha… Nie może przystosować się do rzeczywistości, poradzić sobie z wojennym koszmarem, zapanować jakoś nad tym napięciem, którego wciąż go przytłacza. Ale przede wszystkim nie może dać sobie rady z wyrzutami sumienia. Powers opisuje to tak sugestywnie, szczerze i przekonywująco, że czytelnik czuje się jakby siedział w głowie głównego bohatera. Przeżywa wszystko tak jak on. I to jest wielka siła tej książki. Znakomita rzecz, która rzeczywiście ma wszystkie niezbędne „papiery” na to, żeby stać się klasykiem. Koniecznie trzeba przeczytać.
„Resztę swojego życia spędził ze mną. Mniej więcej dziesięć miesięcy, licząc od chwili, gdy stanął w szeregu obok mnie w New Jersey, w dniu, w którym warstwa zalegającego śniegu sięgała znacznie powyżej naszych butów i sprawiała, że nasze „w lewo” i „w prawo zwroty” przypominały miękki szept. Mniej więcej dziesięć miesięcy od tamtego dnia, w którym zginął. Mogłoby się wydawać, że to krótki czas, ale od tamtej pory całe moje życie było zaledwie dygresją, a teraz ciąży nade mną niczym spór, który nigdy nie doczeka się rozwiązania.”
Literackie tropy: Ernest Hemingway, Wasilij Grossman, Joseph Heller, James Jones.
Inne tropy:

Aktualnie czytam:
logo