O Holokauście z perspektywy holenderskiego futbolu, mało wspaniałym Iraku i o tym jak szmuglują kokainę zawodowcy-systemowcy.

REKLAMA
Simon Kuper – „Futbol w cieniu Holokaustu”
logo
Pierwsze zdanie: „Erik, główny bohater holenderskiego filmu Żołnierz Orański, grany przez Rutgera Hauera, pewnej nocy migdali się w ogrodzie z Żydówką.”
Książek o Holokauście mam już od jakiegoś czasu dość – wyraźny przesyt i przemęczenie materiału. Ale gdy przeczytałem, że ukaże się reportaż historyczny napisany przez brytyjskiego dziennikarza Simona Kupera, opisujący Holokaust z perspektywy futbolu - nie mogłem sobie odpuścić. Za bardzo lubię piłkę nożną, to raz, a dwa – to zaskakujące połączenie Holokaust-futbol. Byłem ciekaw co z tego wyszło? A wyszło całkiem nieźle. Autor skupił się głównie na przedstawieniu losów holenderskich Żydów (sam w młodości mieszkał w Holandii i jest żydowskiego pochodzenia) oraz piłkarskiego klubu Ajax Amsterdam w czasach wojny i po niej. W lekturze tej znajdziemy wiele interesujących faktów. Na przykład dotyczących Ajaxu właśnie, klubu, którego członkami i kibicami było wielu Żydów, który był w ogóle ściśle związany ze społecznością żydowską, a w 1941 roku usunął ze swego grona wszystkich członków tego pochodzenia i po wojnie nie przyznawał się, że ma kogo „opłakiwać”. Pomimo tego, że z Holandii (tuż po Polsce) w obozach koncentracyjnych zginął największy odsetek żydowskich obywateli tego kraju. „Niektórzy działacze Ajaxu wstydzą się swoistego żydowskiego dziedzictwa klubu.”
W ogóle Holendrzy nie byli w czasie wojny zbyt chętni do tego by pomagać czy też ratować Żydów. Co nie przeszkadza współczesnym mieszkańcom Izraela żywić wielkiej sympatii do Kraju Tulipanów. Kuper tłumaczy właśnie tego typu irracjonalne sytuacje. Śledzi i obnaża niewygodne fakty historyczne. Zgłębia i interpretuje te trudne czasy. Ale zamieszcza także wiele niesamowitych historii czy mało znanych ciekawostek powstałych na styku wielkiej historii z futbolem. Jak choćby opowieść o piłkarzu o nazwisku Meijer Stad, który w obozie w Buchenwaldzie miał dziesięć pocisków w ciele, a mimo to przeżył. Człowiek ten wiele lat po wojnie próbował załatwić kontrakt, w którymś z holenderskich klubów pewnemu, młodemu Argentyńczykowi – niestety nikt go nie chciał. Piłkarzem tym był Diego Maradona. To również pozycja, która dotyka bardziej współczesnych czasów i tłumaczy np. kompleks niższości kibiców Feyenoordu Rotterdam (antysemitów) wobec kibiców Ajaxu zwanych przez nich żydami, czy też pochyla się nad holenderskim politykiem i nacjonalistom Pimem Fortuynem - „Fenomen Fortuyna pomógł ukształtować tę książkę.” Co prawda Kuperowi trafiają się również takie kwiatki jak choćby podanie Bułgarii jako kraju, w którym rzekomo dobrze traktowano Żydów, ale na szczęście nieliczne minusy nie przesłaniają licznych plusów. Ciekawa rzecz, zwłaszcza dla fanów szmacianki, ale nie tylko.

Mariusz Zawadzki – „Nowy wspaniały Irak”
logo
Pierwsze zdanie:W 1253 roku Hulagu-chan z wielką armią ruszył na ziemie islamu, żeby – zgodnie z najlepszymi tradycjami swojego dziada Czyngis-chana – plądrować, rabować i gwałcić, a także mordować wszystkich, którym się to nie spodoba.”
W ramach nadrabiania zaległości przeczytałem w końcu „Nowy wspaniały Irak” Mariusza Zawadzkiego i śmiem donieść, że same dobre opinie o tej książce, które czytałem, nie są z palca wyssane. One prawdziwe są, bo to rzeczywiście jest zbiór bardzo dobrych reportaży. Autor, który jeździł do Iraku jako korespondent Gazety Wyborczej w latach 2003-2009 proponuje różnorodne, acz układające się w spójną całość opowieści, próbujące (z powodzeniem) przedstawić złożoną specyfikę tego kraju. Interesują go przede wszystkim aspekty polityczne oraz społeczne i kulturowe, ale przedstawia także zwięzły rys historyczny, a momentami serwuje jeszcze ciekawe i zabawne (w tak mało zabawnym kraju) przygody. Wciela się w badacza Biblii, kupuje na czarnym rynku rakietę albo stara się dotrzeć do partyzantów ukrywających się w górach. Ta odrobina brawury, szalonej groteski, ironii (poczynając od tytułu) i poczucia humoru, bardzo dobrze robi tej książce. Daje jej nieco lekkości i „oddechu” od zasadniczych treści ciut cięższego kalibru.
Zawadzki oprowadza czytelnika po skomplikowanym irackim labiryncie, w którym ten napotyka szyitów i sunnitów, terrorystów i Amerykanów, popleczników Saddama i jego przeciwników, Kurdów i Talibów, zwykłych ludzi którzy chcą przeżyć i pospolitych bandytów. Naświetla najistotniejsze problemy, tłumaczy strefy wpływów i interesów uwikłanych w konflikt państw, przytacza nieznane, intrygujące fakty: „Po inwazji nie działały w Bagdadzie żadne banki, więc namiestnik Paul Bremer przywiózł ze sobą miliardy dolarów w gotówce, w studolarowych banknotach, które Amerykanie rozdawali na prawo i lewo, często bez żadnej kontroli i księgowania. (...) Po roku inspektor przysłany z Waszyngtonu wyliczył, że przepadło bez śladu dziewięć miliardów dolarów.” Wykłada kawę na ławę: „Amerykanom można wiele zarzucić, ale jedno trzeba im przyznać: nigdy w Iraku nie oszczędzali. Poświęcali masę energii, miliony dolarów i tysiące zabitych, żeby wykonać niewykonalne i absurdalne zadanie, które sobie wyznaczyli.” Wiele tu interesujących i zajmujących wiadomości, jeszcze więcej ciekawych relacji z pierwszej ręki i wciągających historii. Czyta się to naprawdę świetnie. Teksty są zwięzłe, dynamiczne, barwne i napisane lekko, całkiem niezłym językiem. Jak ktoś przegapił, a interesuje się taką tematyką tudzież lubi dobry reportaż, to warto.

Luca Rastello – „Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie.”
logo
Pierwsze zdanie: „Historia ta dobiega końca na międzynarodowym lotnisku Maiquetia w Cracas.”
Książek i reportaży o narkotykach było już całe mnóstwo, ale takiej jak ta chyba jeszcze nie. Włoski pisarz i dziennikarz, specjalista od narkobiznesu, Luca Rastello oddał w niej bowiem głos handlarzowi kokainy. Ale nie jakiejś tam płotce, która rozprowadza towar w nocnych klubach czy innemu detaliście, tylko tzw. systemowcowi. Dobry systemowiec, to ktoś, kto przerzuca do Europy 1250 kg czystej kokainy wartej 25 mln dolarów, za co bierze swoją dole – skromne 3,5 mln zielonych. Dobry systemowiec nie przewozi towaru w walizce z podwójnym dnem czy połykając paczuszki przed lotem. On szmugluje kokainę w pniach drogich drzew sprowadzanych z Brazylii, w marmurowych bądź granitowych blokach, w przewodach elektrycznych nawiniętych na wielkie szpule czy przy pomocy chemicznych sztuczek - rozpuszczając kokainę w wodzie. Dobry systemowiec, to prawdziwy skarb i osoba pożądana przez największe kartele narkotykowe na świecie. Anonimowy bohater „Przemytnika doskonałego”, to właśnie taki ktoś.
W tej książce najlepsze jest to, że czytając o tych wszystkich technikach przemytu, o historii rozwoju handlu koką, o narkotykowych bosach typu Pablo Escobar, wreszcie samym życiu naszego „bohatera” zaczynasz wciągać się w jego opowieść, uśmiechać się pod nosem z jego dowcipów, podziwiać jego spryt, brawurę, odwagę i rozmach, a w pewnym momencie łapiesz się, że zaczynasz czuć do niego lekką sympatię. Etyka wariuje. Ale na szczęście nie tylko w czytelnikach – patrz początkowa historia o księdzu, który zwariował i uległ jeszcze bardziej. I to czyni tę lekturę niesamowitą! A dodatkowo jeszcze ta świadomość, że to jest wielki biznes, w którym biorą udział i czerpią z niego zyski rządy przeróżnych państw. Te wszystkie kontrowersyjne fakty - np. jeśli zaprzestanoby handlu narkotykami, to gospodarka USA poniosłaby 20 procentowe straty, a meksykańska zanotowałaby aż 66 procent na minusie. Takie zdania: „Warto pamiętać, że dla karteli narkotykowych nie istnieją państwa czy jakiekolwiek granice. Mówimy tu o rynkach zdolnych wywierać wpływ na światową ekonomię.” Albo informacja, że jednym z kanałów wielkich dostaw koki na rynki Unii Europejskie był (jest?) nasz port w Szczecinie. Owszem, luźna spowiedź tego systemowca jest zapewne przez niego samego trochę podkolorowana, ale i tak gdy się człowiek opamięta i odrzuci niewątpliwy „czar” tej poniekąd przygodowej opowieści, to włos jeży się na głowie. Polecam.

Aktualnie czytam:
logo