Niezła powieść z kiepską końcówką czyli nowy bestseller Murakamiego

REKLAMA
Haruki Murakami – „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa”
logo
Pierwsze zdanie: „Od lipca do stycznia drugiego roku studiów Tsukuru Tazaki myślał wyłącznie o śmierci.”
Jak już tu kiedyś pisałem – jakoś nie biorą mnie i nie przekonują powieści Murakamiego. To trochę nie moja bajka, a poza tym nie przepadam, niejako z urzędu, za literackimi celebrytami i autorami bestsellerów. Za to nie ukrywam, że lubię jego opowiadania, a zbiór „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” uważam nawet za świetny. Na lekturę „Bezbarwnego Tsukuru” zdecydowałem się (choć to powieść) czytając w zapowiedziach, że to rzecz z nurtu tych mniej surrealistycznych, a bardziej realistycznych książek Japończyka. Bliska nieco „Norwegian Wood”. A akurat tę jego powieść dało się spokojnie przeczytać, i choć nie wprawiła mnie w jakiś zachwyt, to z czystym sumieniem można stwierdzić, że była przyzwoita czy też niezła. Podobnie rzecz ma się z „Bezbarwnym Tsukuru”.
„Ukończył dobre studia, znalazł pracę w firmie kolejowej, był specjalistą w swojej dziedzinie. W firmie uważano go za solidnego pracownika, przełożeni mu ufali. Nie miał trudności finansowych. Po śmierci ojca odziedziczył pokaźną sumę pieniędzy. Był właścicielem dwupokojowego mieszkania wygodnie położonego blisko centrum (…) Prawie nie pił, nie palił, nie miał kosztownych hobby. Właściwie w ogóle nie wydawał pieniędzy. (…) Nie potrzebował samochodu, wystarczało mu niewiele ubrań. (…) Był dość małomówny i niezbyt wyrobiony w życiu towarzyskim, ale to nie znaczy, że wiódł samotny żywot. Na co dzień potrafił w pewnym stopniu dostosować się do otoczenia. Choć nie uganiał się za kobietami, do tej pory nigdy nie brakowało mu partnerki. (…) Był zdrowy, nie tył, nigdy nie chorował.”
Taki jest właśnie główny bohater tej powieści, już jako człowiek ukształtowany i dojrzały. Wcześniej jednak w życiu Tsukuru zaszło pewne zdarzenie, które odcisnęło na nim swoje piętno. W szkole średniej miał czwórkę bardzo bliskich przyjaciół (dwie dziewczyny i dwóch chłopaków). Pewnego dnia poinformowano go, że ci nie chcą się z nim więcej widywać. Odtrącony Tazaki, nawet specjalnie nie próbując dowiedzieć się jaka była tego odrzucenia przyczyna, popadł w stan głębokiej depresji. Dokładnie jak w tym pierwszym, zresztą bardzo dobrym zdaniu – przez pół roku myślał o śmierci i planował samobójstwo. Co prawda wyszedł z tego groźnego otępienia, ale stał się przez nie przeraźliwie smutny i samotny. Niepewny siebie samego i nie ufny wobec innych. Cały czas też wydarzenie to tkwiło w nim niczym bolesna zadra. W końcu po szesnastu latach, pod wpływem impulsu, który „sprzedała” mu nowo poznana kobieta, Tazaki decyduje się poznać prawdę. Rusza po kolei do każdego z przyjaciół, żeby rozwikłać zagadkę z przeszłości.
logo
Haruki Murakami Foto: Jordi Bedmar/EPA
Trochę się ta opowieść wlecze, zwłaszcza że po drodze przytrafia się kilka wątków pobocznych, które urywają się po kilku lub kilkunastu stronach (opowieść o jazzowym pianiście, który widzi kolory otaczające niczym aureola każdego człowieka czy historyjka o słoiku, w którym były obcięte dwa szóste palce), ale w sumie czyta się ją dobrze i z zaciekawieniem. Murakami jest tu nawet literacko całkiem mocny w oddawaniu samotności, zagubienia w świecie, skomplikowanych relacji międzyludzkich, wewnętrznej pustki i innych tego typu spraw. Mimo, że nasącza tą historię wschodnią symboliką oraz momentami konkretnie gmatwa fabułę, tudzież zagęszcza ją filozoficznymi myślami, to całość naprawdę trzyma się kupy i przyznam, że nawet wciąga. Nie przeszkadzała mi również skłonność do częstego wykorzystywania marzeń sennych, użycie muzyki Liszta (suita „Lata pielgrzymstwa”) jako specyficznego tła zwłaszcza dla drugiej części opowieści, tudzież sporej dawki raczej średniej erotyki. Mimo tak wielu użytych motywów i środków wyrazu, naprawdę jakoś się to klei.
Niestety jest to powieść nierówna, bo po niezłym początku i solidnym rozwinięciu, co raz słabiej robi się, gdy poznamy już przyczynę odrzucenia Tsukuru. Mnie ta cała historia tak do końca nie przekonuje. Ciężko mi zrozumieć taką, a nie inną postawę kilkorga z piątki przyjaciół. Poza tym cały czas oczekiwałem, że autor czymś mnie jeszcze zaskoczy, że ma w zanadrzu jakiś nagły zwrot akcji, jakąś niespodziankę na koniec. Nic z tego. Murakami funduje jedynie coraz bardziej sentymentalną i nieco banalną końcówkę z w sumie pozytywnym, choć do końca nie wyjaśnionym finałem. Zresztą ta dość tajemnicza powieść stawia wiele pytań a daje niewiele odpowiedzi.
Reasumując, przeczytać można. Straty czasu na pewno nie będzie, bo to nie jest zła książka. Miejscami nawet dobra jest. Ale czy trzeba? Pewnie nie. No chyba, że jest się fanem Harukiego. To wiadomo – obowiązek. Zresztą miłośnicy jego prozy piszą już, że to jedna z jego najlepszych książek w ogóle. Nie wiem, nie znam całego dorobku, nie wypowiadam się. Wiem za to jedno. Gdy czytam np. takie zdanie: „Tsukuru zamknął oczy i poddając się brzmieniu muzyki, wsłuchiwał się w odgłos bicia serca Eri, który nakładał się na stukot małej łódki uderzającej w pomost.” to odnoszę wrażenie, że jakkolwiek opinie o rzekomej grafomanii Japończyka pewnie są przesadzone - tak lekkim tandeciarzem to Murakamiemu rzeczywiście zdarza się bywać.

Literackie tropy: „Norwegian Wood” tegoż samego autora. Przeczytałem też w jakimś wywiadzie opinię tłumaczki Murakamiego Anny Zielińska-Elliott, że ta powieść jest napisana trochę w stylu Paula Austera ale bądźmy poważni - gdzie Rzym gdzie Krym?
Inne tropy: Podobała mi się za to akcja promocyjna wydawnictwa Muza, które dzień przed premierą ksiązki udostępniło ją do sprzedaży w specjalnych automatach na trzech dworcach kolejowych – w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu.
Aktualnie czytam:
logo