…czyli świetne książki z wydawnictwa, które jeśli chodzi o reportaże - nie ma sobie równych.

REKLAMA
Florian Klenk – „Kiedyś był tu koniec świata”
logo
Pierwsze zdanie: „Hindusi właśnie pokonali Pakistańczyków w krykieta.”
Cieniutka książka, raptem 150 stron, a wali po łbie równo. Autor, dziennikarz i redaktor naczelny austriackiego tygodnika opinii „Felter”, wziął na celownik swój kraj i przedstawił jego mroczne oblicze. Austria w jego reportażach, to nie kraina mlekiem i miodem płynąca, tylko miejsce, w którym występuje na szeroką skalę seksualna przemoc, brak tolerancji do obcokrajowców, hazard i korupcja, nadużywanie władzy, nielegalne adopcje czy wciąż nierozliczona nazistowska przeszłość. I tak spotkamy tu nieletnie prostytutki ze Wschodu, które muszą obsługiwać kilkudziesięciu klientów dziennie, uchodźców i emigrantów z całego świata, bezwzględnych i brutalnych alfonsów, policjantów, którzy pociągają za spust bez uzasadnienia, spłukanych hazardzistów, byłą strażniczkę obozu w Majdanku, która zatłukła więźnia sztachetą (będąc w ciąży!) czy wiedeńczyka, który strzelał z karabinka pneumatycznego do dzieci imigrantów, bo te były zbyt głośne. A przede wszystkim pozornie bezradne państwo, które zamiast stawać w obronie najsłabszych i potrzebujących, wspiera głównie tych uprzywilejowanych.
Teksty te, to jednak nie tylko obnażenie austriackich słabości i „brudów” oraz wytknięcie obaw i uprzedzeń społeczeństwa, ale również zwrócenie uwagi na współczesną Europę, która tworzy niewidzialne granice. Takie, które dzielą społeczeństwa i takie, dzięki którym odseparowuje się właśnie od biednych, uchodźców, ludzi spoza Unii Europejskiej - wszystkich tych, którzy nie pasują do bogatego Zachodu. Klenk nie boi się stawiać odważnych i trudnych pytań. Skutecznie odkrywa wszystkie ciemne sprawy, które często spowija zmowa milczenia. Wykracza poza schemat. Osobną kwestią jest jego styl. Facet pisze naprawdę genialnie. U niego nie ma żadnych zabaw w uatrakcyjnianie tekstu, jakiś skomplikowanych pseudoliterackich zabiegów czy też wodolejstwa - tu się stawia na konkret i przekaz. Skrupulatnie podane fakty, krótkie, lapidarne wręcz zdania, np. opis jednego z bohaterów reportażu: „Fredl, duży brzuch, rudy kucyk i zwisające jak u morsa wąsy”. I już. Po co więcej? Reporterska sól. Klasyka stylu. Zresztą Klenk napisał w posłowiu, że jego mistrzami są dziennikarze śledczy z początku XX wieku z Egonem Kisch’em na czele. I to widać.

Stefano Liberti – „Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy”
logo
Pierwsze zdanie: „Niniejsza książka jest owocem obsesji.”
Na początku października u wybrzeży Lampedusy zatonęły dwa statki z emigrantami z Afryki. Zwłaszcza pierwsza katastrofa była tragiczna, zginęło w niej ok. 350 osób, kilka dni później utonęły 33 osoby. Dla tej włoskiej wyspy to chleb powszedni, leży ona bowiem na szlaku morskim, przez który do Europy docierają imigranci. Włoski dziennikarz Stefano Liberti postanowił zbadać przyczyny, jakie skłaniają tych ludzi do podjęcia tak ogromnego ryzyka oraz zbadać ich losy i prześledzić dokładnie drogę, jaką muszą pokonać od swojego domu, po łódź płynącą właśnie w kierunku Lampedusy. Facet wykonał niesamowitą robotę, objechał cała północną Afrykę szlakiem takich migracji. Od Mbour i Agadezu poprzez Dirkou, Maghniję, Wadżę i Rabat, aż po Tanger i Stambuł. Widział, był, rozmawiał, dotknął i poczuł. Pod względem czysto dziennikarskim, to kawał rzetelnego i dopracowanego reportażu śledczego. Podobnie jeśli chodzi o sposób przedstawienia samej tematyki i wniosków płynących z poczynionych obserwacji.
A wnioski są nieciekawe. Przy okazji takich tragedii jak ta z Lampedusy, słyszymy zazwyczaj, że te migracje trzeba powstrzymać za wszelką cenę (a ta jest wysoka, na uszczelnianie granic idą miliardy euro) bo stoi za nimi mafia przemytników, która wykorzystują biednych ludzi i nabija sobie kabzę. Liberti dowodzi, że to mit. Często bywa bowiem tak, że na podróż do Europy składa się grupa ludzi z jednej wioski, którzy najpierw opłacają szkutnika żeby ten zbudował im łódź, a później sami wynajmują przewoźnika, który potrafi nią sterować i wie jak dopłynąć do rzekomego raju. W ten sposób pływa się na przykład z Senegalu na Wyspy Kanaryjskie. Migranci są niesamowicie zdeterminowani. Nie poddają się, próbują szczęścia wielokrotnie, nie zniechęca ich pobyt w obozach dla uchodźców. Są gotowi nieustannie ryzykować, a motywuje ich chęć ucieczki przed biedą, prześladowaniami i konfliktami zbrojnymi. Ale przede wszystkim marzenie o godnym życiu.
Autor wysuwa konkretne oskarżenia w kierunku Unii Europejskiej, która cierpi na swego rodzaju schizofrenię. Z jednej strony nie chce u siebie emigrantów i zamienia się w trudną do zdobycia twierdzę, z drugiej ma świadomość, że jej gospodarka do poradzenia sobie z kryzysem i do dalszego rozwoju, potrzebuje ludzi zdecydowanych pracować na czarno za najniższe stawki. Dlatego właśnie bardzo chętnie ich wykorzystuje.
„Europa potrzebuje imigrantów, ale nie chce mieć z nimi do czynienia. Utrudnia zatem dostęp: uszczelnia i zamyka granice, wznosi bariery, wystawia wojsko. Przez to udaje się tylko najlepszym, najsilniejszym, najinteligentniejszym. To swego rodzaju selekcja naturalna”.
Kraje takie jak Hiszpania i Włochy wolą układać się np. z Marokiem albo Libią, oferować im różne korzyści, wielkie pieniądze i na nie przerzucać odpowiedzialność za uchodźców, niż wspólnie z resztą Europy zastanowić się, jak ekonomicznie wspomóc Afrykę. By te nieustające migracje powstrzymać w zarodku. Smutna i gorzka to książka ale niezwykle ważna.
Małgorzata Rejmer – „Bukareszt. Kurz i krew”
logo
Pierwsze zdanie: „Było gorąco do obłędu, gdy przyjechałam tu po raz pierwszy”.
Dwa lata temu byłem wprost zachwycony „Toksymią” - debiutancką powieścią Małgorzaty Rejmer. I trochę się zdziwiłem, że kolejny tytuł tej młodej autorki, to akurat reportaż. Do tego zmiksowany z esejem i w dodatku o Bukareszcie. Ale nie ma tego złego. Bo to znowu dobra książka jest. Na pewno jednak nie tak wyśmienita jak „Toksymia” i nie tak genialna, jak donosi większość laudacji, jakie czytałem na jej temat w prasie i w internecie. Dlatego na początek dwie uwagi (później będę już tylko chwalił). Grzech główny – książka jest nierówna. Pierwsza część o mrokach komunizmu w Rumunii napisana została fenomenalnie, z nerwem. Tekst aż kipi od emocji, chwyta za gardło i serce, wzrusza i przeraża. Później jest już różnie. Kolejne mocne fragmenty przeplatają się z nieco słabszym, żeby nie napisać trochę nużącymi. Irytować też może lekkie zmanierowanie autorki. Kompletnym nieporozumieniem jest zaś rozdział „Rewolucja? Dramat w pięciu aktach” o rewolucji w 1989 roku i rozstrzelaniu Ceausescu. Tyle uwag krytycznych.
„Bukareszt. Kurz i krew”, to przede wszystkim portret miasta i ludzi, ale także kawał historii Rumunii. Historii smutnej, mrocznej i tragicznej. Rejmer serwuje sporo takich opowieści (oddając często głos mieszkańcom Bukaresztu), które powodują gęsią skórkę i chłód na plecach. To głównie te z czasów komunistycznej dyktatury, jednak te bliższe współczesności również nie są wesołe. Rozstrzał jest imponujący. Od tortur i mordowania w więzieniach poprzez budowę gigantycznego Domu Ludu, po snujące się po mieście watahy bezpańskich psów. Od słynnego dekretu z 1966 r. zakazującego aborcji „do dziś społeczeństwo nie zdążyło wyzdrowieć po tym eksperymencie, który miał budować szczęśliwe, duże rodziny, a okazał się bombą niszczącą więzy między ludźmi”, poprzez trzęsienia ziemi, po sprawę Claudio Curlica, Rumuna który zmarł po czterech miesiącach głodówki w krakowskim więzieniu. Jest tu też trochę o architekturze miasta i specyficznych rumuńskich przekleństwach. Są scenki rodzajowe (np. bardzo fajna o podróży pociągiem i srogiej konduktorce) i jeszcze wiele, wiele innych. Czyta się to w większości bardzo dobrze, treść mocno wciąga, a język jest po prostu świetny –intrygujący, plastyczny. Nie brak też odrobiny humoru, choć badanie straumatyzowanego i nieszczęśliwego społeczeństwa rumuńskiego do najzabawniejszych zajęć na pewno nie należy.
„Wszyscy Rumuni są fatalistami. Historia przyuczyła nas do cierpienia. Przygotowała na to, że zawsze możemy stracić wszystko. A poza tym dzielimy się na idealistów i pesymistów. Idealiści wiedzą, jak powinna wyglądać Rumunia, ale konfrontują tę wizję z rzeczywistością i są zgorzkniali. A pesymiści nawet nie są zgorzkniali, oni nie mają żadnej nadziei.”

Aktualnie czytam:
logo