... czyli historia Pietra Paladiniego w zaskakującej, świetnej powieści Sandro Veronesiego - uhonorowanej prestiżową włoską nagrodą literacką Premio Strega.

REKLAMA
Sandro Veronesi – „Spokojny chaos”
logo
Pierwsze zdanie: „ – Tam! – mówię.”
„Nazywam się Pietro Paladini, mam czterdzieści trzy lata i jestem wdowcem. Z punktu widzenia prawa to ostatnie stwierdzenie nie jest właściwe, bo ja i Lara nie mieliśmy ślubu; ale ponieważ byliśmy razem od dwunastu lat, mieszkaliśmy razem od jedenastu i spłodziliśmy córkę, która ma teraz lat dziesięć, a gdyby tego było mało, właśnie postanowiliśmy się pobrać („wreszcie” – zakrzyknięto chórem) i zaczęliśmy już przyjmować prezenty, tyle że Lara nagle umarła i w dniu, kiedy miał być nasz ślub, odbył się jej pogrzeb, to akurat prawo nie jest najlepszym punktem widzenia dla opisania całej historii.” Tak przedstawia się bohater tej powieści w jej drugim rozdziale. Dodaje jeszcze, że jest dość bogaty, ma dwa domy (jeden w centrum Mediolanu, drugi nad morzem do spółki z bratem Carlem) oraz czarne Audi a6 3000 avant w wypasionej wersji. Jest dyrektorem i producentem w telewizji.
Paladini, traci przyszłą żonę (o tym w jakich okolicznościach w rozdziale pierwszym – bardzo dobry początek!) i musi zająć się córką Claudią, dla której wcześniej był raczej średnim ojcem. Akurat kończą się wakacje i gdy odprowadza ją pierwszego dnia do szkoły, rzuca standardowe „Będę tu na ciebie czekał...” I rzeczywiście zostaje. Nie tylko tego pierwszego dnia, ale również w kolejne. Nie rusza się sprzed szkoły. Nie chodzi do pracy. Najczęściej siedzi sobie na ławce, czasem idzie na kawę do knajpki obok, jak pada deszcz chowa się w samochodzie. Wydaje się być pogrążony w jakimś stuporze.
A on siedzi i rozmyśla. Robi swego rodzaju egzystencjalny rachunek sumienia. Roztrząsa, analizuje, rozważa, przywołuje, rozkminia. Zastanawia się czemu nie cierpi po stracie żony. Bo wydaje mu się, że nie cierpi. A przecież powinien. Takie są przecież społeczne oczekiwania.
„Tyle że teraz myślę tak o sobie, o tym impasie, który wciąż nie ratuje mnie przed cierpieniem, jakiego zgodnie z wyobrażeniem wszystkich, ale to wszystkich, zdaję się ofiarą, a tak nie jest. To spokojny chaos, tak, ten, który mam w środku. Spokojny chaos.”
Właśnie. Spokojny chaos. To jest coś co obudziło się w Paladinim po śmierci Lary. I coś co go napędza do rozbierana siebie oraz wszystkiego co ważne i mniej ważne wokół niego, na części pierwsze. Bo Pietro serwuje sobie długaśne monologi wewnętrzne. Narracja tej powieści opiera się na monologu właśnie, przeplatanym niezbyt częstymi acz naprawdę dobrymi dialogami. Czytelnicy często-gęsto nie przepadają za takimi książkami, gdzie mocno na warsztat wzięta jest psychologia postaci i dominuje tzw. siedzenie w głowie bohatera. Ale Veronesi spokojnie broni się swoją literacką błyskotliwością. Nie nudzi, nie wpada w monotonię, za to świetnie prowadzi całą historię, zmieniając tempo, umiejętnie kładąc akcenty, zaskakując zmianą stylu czy kompozycji. Są tu też naprawdę kapitalne motywy, takie pozornie drobne smaczki, które dodają tej powieści swoistego kolorytu. Przesympatyczna zabawa z chłopcem z zespołem Downa, którego codziennie „pozdrawia” samochód Paladiniego. Opowieść współpracownika o dziwacznej przypadłości jego żony. Fajna scena kiedy dwaj bracia, Pietro i Carlo upalają się opium i to co następuje po niej: „Nie rozmawialiśmy ze sobą, ale była to chwila pełna czułości, jakiej nie okazywaliśmy sobie od... nigdy.” Kapitalny, z jednej strony zabawny, a z drugiej ocierający się o pornografię, sugestywny opis seksu bohatera z... a nie zdradzę z kim, czy też ożywianie precyzyjnego i oszczędnego języka za pomocą trafionych w punkt wulgaryzmów. Veronesi zna się na swojej robocie i jest w tym co pisze zwyczajnie perfekcyjny. Jak się okazuje nie bez kozery dostał za tę książkę najważniejszą włoską nagrodę literacką: Premio Strega.
logo
Sandro Veronesi
Ale wróćmy do Paladiniego, będącego na tej swojej ławeczce na skwerku przed szkołą córki, magnesem, który przyciąga różnej maści nieszczęśników. Naszego bohatera nawiedzają koledzy z pracy, przełożeni, członkowie rodziny czy całkiem obcy ludzie, którzy spowiadają mu się ze swoich problemów. To go w jakimś stopniu odciąga od tego pożądanego cierpienia po stracie Lary, ale również ma wpływ na jego własne, wewnętrzne analizy. Bardzo istotna jest tu też jeszcze jedna sprawa. Tło społeczno-ekonomiczne powieści. W firmie Pietra trwają akurat przygotowania do wielkiej fuzji dwóch korporacji, która ma je uchronić od kryzysu, a tak naprawdę jest rodzajem finansowego przekrętu i płaszczyzną do starcia się dwóch biznesowych „religii”. I tu Veronesi znów „daje po garach” przedstawiając makroekonomiczne zwarcie tych modeli biznesowych jako zmagania chrześcijaństwa z judaizmem. Wątek dla jednych mocno kontrowersyjny, dla mnie paluszki lizać. I jeszcze jeden genialny smaczek, zwłaszcza dla fanów muzyki Radiohead. Otóż Paladini puszcza na okrągło w samochodzie składankową płytę tej grupy i wsłuchując się w teksty poszczególnych piosenek, odnosi wrażenie, że poprzez nie kontaktuje się z nim z zaświatów Lara. W ogóle w tej powieści odbija się spora część znanej wszystkim popkultury – muzyki, filmu i literatury. Kolejny bardzo udany zabieg.
Reasumując nie spodziewałem się aż tak świetnej książki, mimo że miałem ku temu jedną mocną przesłankę, o czym w tradycyjnych „innych tropach” na koniec. Przyznam, że ciężko było mi się oderwać od tej opowieści – tak mocno zostałem w nią wchłonięty. Podoba mi się w niej dosłownie wszystko, od wspomnianego już bardzo dobrego początku, poprzez jej nieszablonową konstrukcję, czujnie oddane tło życia włoskiej klasy wyższej, perfekcyjny język, subtelny humor, mroczno-tajemniczy miejscami klimat, emocje jakie ze sobą niesie, przekonywujący rachunek sumienia głównego bohatera, aż po fantastyczny, refleksyjny finał.
I jeszcze jedno, sam Paladini. Owszem budzi współczucie, szybko zdobywa sympatię czytelnika ale z czasem dociera do nas także, że on też ma coś za uszami i świętym nie jest. To taki bohater wielowymiarowy. Z krwi i kości. Bardzo ludzki. A takich lubimy przecież najbardziej. Na sam koniec muszę koniecznie wspomnieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze i najważniejsze – świetny przekład Anny Osmólskiej-Mętrak i Natalii Mętrak. Po drugie okładka Katarzyny Karpowicz – błyskotliwie bajeczna.
To jedna z najlepszych powieści 2013, nie przegapcie jej!
Literackie tropy: kompletnie nic mi do głowy nie przychodzi, bo to swego rodzaju odkrycie jest.
Inne tropy: Na podstawie książki nakręcono film pt. „Cichy Chaos” z Nannim Moretim (znanym choćby z „Pokoju syna” nagrodzonego Złotą Palmą) w roli głównej. Film dość wiernie trzyma się treści książki i jest naprawdę przefajny, ale sama książka jeszcze lepsza:

Aktualnie czytam:
logo