… czyli wybitna książka świetnego czeskiego pisarza Jana Balabana

REKLAMA
Jan Balaban – „Zapytaj taty”
logo
Pierwsze zdanie: „Podróżni przejeżdżający tędy pociągiem pośpiesznym nawet nie zauważają tej psiarni.”
„Zapytaj taty” to ostatnia książka Balabana. Ukazała się w 2010 roku już po jego nagłej śmierci. Pisałem co prawda o tym przy okazji zbioru opowiadań „Wakacje/Możliwe że odchodzimy”, ale napiszę jeszcze raz, bo to niebywała historia i zadziwiające zrządzenie losu. Autor ledwo co zdążył skończyć tę książkę (a pracował nad nią przez trzy lata), oddał ja do wydawcy i zmarł na kardiomiopatię (przerośnięcie mięśnia sercowego). Nastąpiło to równo w piątą rocznice śmierci jego ojca. A „Zapytaj taty” jest właśnie książką o śmierci ojca Balabana.
W Czechach zyskała ona nagrodę Magnesia Litera za książkę roku, miano jednego z najważniejszych dzieł literatury czeskiej ostatniej dekady i jeszcze kilka innych wyróżnień. Jednym słowem zdobyła sobie wielką popularność, ale również opinię książki, która „zabiła” Babalana. Zachwyty naszych południowych sąsiadów może i były w jakiejś części podyktowane starą zasadą szołbiznesu, że nie ma lepszej reklamy dzieła niż nagła, przedwczesna śmierć jego twórcy, ale w tym przypadku jedno jest więcej niż pewne – to naprawdę wybitna rzecz.
Czeski Śląsk. Ostrawa. Rodzina Niedomnych. Jana, głowę familii i lekarza tamtejszego szpitala, dopada choroba. Doświadczony doktor ma świadomość, że nie ma dla niego żadnej nadziei. Umiera. Trójka jego dorosłych dzieci stara się jakoś pogodzić z tą wielką stratą. Każde na swój sposób. Najmłodszy syn, Emil, który wcześniej mocno ścierał się z ojcem, jest zwyczajnie zrozpaczony:
„Tato, nie umieraj! Jak niestosownie to brzmi. Pielęgniarki, te anioły w zielonych fartuchach, odwracają się w jego stronę, rzucając mu karcące, ale zarazem pełne współczucia spojrzenia. Jak gdyby te nieomylne, doskonałe, doświadczone kobiety, które na co dzień obcują ze śmiercią, chciały w ten sposób powiedzieć: tu się tak nie mówi. Ileż razy chciałeś się schronić, schować w ramiona tych ubranych na zielono kobiet, przycisnąć głowę do piersi anioła, który podłącza kroplówkę, zatrzymać czas, zostać tu z tymi ludźmi, którzy walczą o życie, i walczyć z nimi aż do końca świata. Ale ze spojrzeń kobiet odczytujesz jasny komunikat: tu się tak nie mówi. Tu się nie mówi: tato, nie umieraj! Tu się umiera.”

Katarzyna, która była na stypendium w Edynburgu, nie może przeboleć, że zabrakło jej przy łóżku taty gdy ten umierał. Zwłaszcza, że sama jako dziecko miała bardzo poważne problemy zdrowotne i ojciec robił wszystko żeby ją uratować.
„Dolina, którą tyle razy chodziliśmy, otwiera się przede mną jak wydrążona jama. Nasza dolina jest tylko niemą przestrzenią, zbędnym, nagle opustoszałym powietrzem, pustką między palcami, w których już nic nie ma. Tato, gdzie jesteś? W zwłokach, które mi pokazali w szpitalu? Na zdjęciach, które oglądaliśmy z mamą? W eleganckiej skrzyni ze świerkowego drewna, którą zamówiłam z Emilem w zakładzie pogrzebowym? Myślałam, że spotkam cię tutaj, w dolinie Czarnej Ostrawicy, dokąd chodziłeś ze mną, kiedy byłam mała, i pokazywałeś mi, jak rosną paprocie.”
Za to pierworodny, ukochany syn Hans, jest totalnie rozbity. Zagubiony we własnym życiu (nie potrafi dogadać się z synem), kompletnie nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
„Na co ci to zadręczanie się wspomnieniami – może zresztą bardziej wymyślonymi niż prawdziwymi? Nie lepiej było by zaszyć się w jakiejś knajpie i tam, w blasku kolorowych świateł, zejść po schodach kolejnych piw i wódek w ciemność, która też będzie tylko podmokłą meliną, ale jednak na tyle przytulną, że człowiek może w niej w nieświadomości przeczekać swój ból?
Co to, to nie. Hans trzyma się pni grabów, trzyma się tych cherlawych drzewek i nie wyjdzie z ich cienia ku światłom widzialnego świata. Matka zawsze mu mówiła, że cierpienie trzeba przeżyć, przecierpieć aż do samego końca, a potem samo przejdzie. W przeciwnym razie będzie w tobie gnić. Poważnego zapalenia nie leczy się analgetykami, tylko za pomocą interwencji chirurgicznej. Cierp, a cierpienie się skończy, broń się – a jego końca nie będzie nigdy.”
logo
Jan Balaban Foto: David Konecny
Śmierć Jana i próba rekonstrukcji historii Niedomnych to nie wszystko. Rodzeństwo musi się zmierzyć jeszcze z przeszłością ojca. Któregoś dnia Emil dostaje bowiem pewien list „(…) musiał być pisany na starej maszynie, i to z taką furią, że wszystkie literki „o” przebijały papier na wylot, tak że kiedy Emil otwierał kopertę, wnętrza owych „o” wysypały się z niej jak płatki śniegu.” Napisał go niejaki Peter Wolf, kiedyś najlepszy przyjaciel doktora, teraz jego bezwzględny oskarżyciel. Wolf zarzuca Niedomnemu, że ten był karierowiczem i niegodziwcem, który tak naprawdę leczył tylko partyjnych bonzów i ich protegowanych, a wobec zwykłych szarych śmiertelników stosował jedynie „metodę zachowawczą”. Nie próbował ratować, a jedynie uśmierzał ból. Tym samym decydował o czyimś życiu lub śmierci.
„Znowu zobaczył woskowo żółty kolor tego, co jeszcze wczoraj było ich ojcem. I to, jak nad nim stali, osieroceni, z ciężkimi od bezsilności rękami, i jak na niego wtedy patrzyli – ze zgrozą i ulga jednocześnie, trochę jakby spoglądali na książkę, którą właśnie skończyli czytać. A teraz pan Wolf usiłuje nam udowodnić, że albo ominęliśmy niektóre jej strony, albo ktoś pisze je od nowa.”
Co jest więc prawdziwe? Wspomnienia, które wciąż noszą w sobie czy zarzuty przedstawione im przez Wolfa? W jaki sposób odnieść się do tamtych komunistycznych realiów? Czy da się jednoznacznie ocenić ludzi nawet w niewielkim stopniu uwikłanych w tamten system? Rodzeństwo zamyka się w kuchni i próbuje odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania. A to nie jest i nie będzie proste. Zwłaszcza, że „(…) to są właśnie oni – Niedomni, kuchenni męczennicy. Podpalają pod sobą stos i sami dorzucają do ognia.”
„Zapytaj taty” to przejmująco smutna i miejscami wręcz bolesna książka. Na próżno szukać płynącego z niej jakiegoś optymizmu. Jakakolwiek nadzieja występuję tu tylko w postaci krótkich przebłysków – że ważna jest miłość, że takie bywa życie, że nie wszystko jeszcze stracone. Poza tym, klimat aż gęsty od emocji. Momentami ściskający serce. Wzruszający. To opowieść o odchodzeniu, stracie i pustce oraz cierpieniu, które po niej pozostają. O wielkich smutkach, ale i także małych życiowych problemach, w których człowiek pogrążony w rozpaczy może się łatwo pogubić.
Książka niełatwa w odbiorze, nie tylko ze względu na swój egzystencjalny ciężar, ale również z powodu formy. To opowieść, w której nieustannie mieszają się dialogi, monologi, wspomnienia, przemyślenia, różne płaszczyzny czasowe, a nawet sny i wizje poszczególnych bohaterów. Na pewno jednak warto stawić jej czoła, bo jest świetnie napisana, a poza tym to literatura przez duże L. Podobnie jak w swych opowiadaniach, Balaban pisze czasem bardzo poetycko (fantastyczne metafory!), ale głównie raczej prosto. Jest to natomiast prostota przekonywująca i powalająca. Jest w niej prawdziwe piękno i niebywałe wyczucie w przekazywaniu cierpienia zwykłych ludzi. A nade wszystko, jest to książka bardzo mądra. Pełna genialnych zdań.
„Przecież każda chwila szczęścia, nie tylko chemicznego, ale i tego rzeczywistego, jest okupiona – celowo używam tego słowa – jest okupiona o wiele dłuższą chwilą cierpienia. Inaczej nie moglibyśmy chcieć umrzeć.
A ty uważasz, że chcemy?
Musimy chcieć, inaczej będziemy musieć.”
Mistrzostwo.

Literackie tropy: wszelkiej maści egzystencjaliści, a poza nimi miałem też takie luźne skojarzenie po lekturze z „Cieniem mojego dziecka” P.F. Thomese
Inne tropy: Syn pisarza o ojcu:

Aktualnie czytam:
logo