… czyli odważna książka o naszej pogmatwanej i bolesnej historii

REKLAMA
Anna K. Kłys – „Brudne serca. Jak zafałszowaliśmy historię chłopców z lasu i ubeków.”
logo
Pierwsze zdanie: „Pamięć narodowa jest sumą skleroz wszystkich obywateli.”
Irytują mnie reportaże, w których autor za nadto wyciąga swoje „ja” ponad treść właściwą, miast schować ją gdzieś na dalszym planie (w wielu wypadkach im plan dalszy tym lepiej) i skupić się na samej esencji. I choćby nawet tematyka była arcyciekawa, od strony warsztatu czy formy wszystko bez zarzutu, a literacko pięknie i potoczyście, to przy tym wyeksponowanym niepotrzebnie „ja” niesmak i tak pozostaje. Od lektury „Brudnych serc” Anny Kłys będę musiał natomiast pamiętać, że są sytuacje i historie, w których wyciąganie „ja” i produkowanie kolejnych stron swoich bardzo osobistych czy wręcz intymnych zwierzeń, by osiągnąć finalny cel w formie mocnego przekazu, jest potrzebne, a nawet niezbędne. Trzeba tylko znać umiar i starać nie przegiąć. Czy to się Kłys udało? Raczej tak. Choć nie bez drobnych zastrzeżeń.
Polska, a dokładnie Wielkopolska, okres tuż po wyzwoleniu. Dwóch bohaterów – 23-letni Staszek Cichoszewski i dwa lata starszy od niego Jan Młynarek. Obaj zaczynają pracę w milicji, ale od tego momentu ich dalsze losy idą w kompletnie różnych kierunkach. Cichoszewski staje w obronie gwałconej kobiety i zabija sowieckiego oficera. Dostaje trzy lata więzienia. Ucieka podczas transportu pociągiem. Bo żona w ciąży, bo ruscy tu przecież tylko chwilowo, bo jest młody i głupi. Ukrywa się. Przystępuje do partyzantki – z żadnych ideowych poglądów, bardziej żeby mieć z czego żyć, dla przygody, adrenaliny. Żołnierzem Wyklętym jest jeden dzień. Podczas napadu na posterunek milicji, zostaje ranny, pojmany i skazany na karę śmierci.
Młynarek (marzący o byciu leśnikiem) z milicji zgłasza się do UB. Chcę robić karierę, ale niespecjalnie mu idzie. Robota go frustruje – asystuje (nie wiadomo ile z nich samodzielnie wykonuje) przy ponad stu rozstrzelaniach. W 2012 r. psychiatra na podstawie wszystkich zebranych przez autorkę dokumentów i informacji, powie, że Jan to żaden psychopata czy sadysta, „to raczej skrupulatny urzędnik.” Zaczyna pisać kolejne prośby odwołania z pracy. Ponieważ jest drobnym kombinatorem, w końcu zostaje zwolniony. Ale zanim to nastąpi wykona wyrok na Cichoszewskim. Janek zabije Staszka.
Powyższa historia to rdzeń fabularno-historyczny tej książki, ale również punkt wyjścia do przedstawienia trudnej i pogmatwanej historii naszego kraju w szerokiej panoramie. Ukazany tu schyłek lat czterdziestych w Polsce przypomina trochę westernowy Dziki Zachód. Czas szalonego bezprawia. Napady, gwałty, morderstwa, kradzieże totalny chaos i brutalne polowania na jednych i drugich. Kogo na kogo? To zależy z której strony patrzeć. Bo z jednej mamy bohaterskich Żołnierzy Wyklętych, chłopców z lasu, walczący z nowymi okupantami, bezwzględną dziczą ze Wschodu, ruskimi. A z drugiej dzielnych przedstawicieli demokracji ludowej, którzy w imię prawa i sprawiedliwości, rozprawiają się bez skrupułów ze zwykłymi bandziorami i członkami terrorystycznych band. Jedni zabijali bez mrugnięcia okiem za często drobne przewinienia jak udzielenie schronienia albo pomocy, a drudzy dla czasami śmiesznych rzeczy jak słonina, ubrania, buty czy cukier. Wszystko to było straszne, okropne, okrutne, a przede wszystkim niezrozumiałe i niepojęte. Podobnie jak znęcanie się nad niemieckimi kobietami i dziećmi czy obrzydliwe, masowe donoszenie na siebie na wzajem.
logo
Anna K Kłys
„Nie wystarczy stać w pozycji wyprostowanej, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i żelaznym głosem zapewniać, że się przedstawia prawdziwą historię. Trzeba, niestety, dłubać maleńką igłą, by wyciągnąć wszystkie drzazgi.”
I Kłys właśnie to robi, dłubie w życiorysach, postawach i wyborach Cichoszewskiego, Młynarka i jeszcze kilku innych, żeby najzwyczajniej w świecie zrozumieć. A w wyniku przypadku zaczyna też „dłubać igłą” w swojej własnej rodzinie, ponieważ dowiaduje się, że agentem SB był jej ojciec, który inwigilował pewnego adwokata powiązanego ze sprawą Cichoszewskiego. Efekt tego dramatycznego odkrycia przynosi rozpad rodziny autorki:
„Nawet Radkiewicz, który wyrywał serca chłopakom takim jak mój tata, i montował im w to miejsce zegarek, nie przypuszczał, że w XXI wieku moja siostra skreśli mnie z listy najbliższych, mama zażąda, żebym sama wypisała się (oświadczając na piśmie, że nie mam roszczeń) z rodziny, a ja zostanę sama jak palec. I wszystko to w imię nieistniejącego od ponad dwudziestu lat systemu i palącego jak policzek wstydu?”
Jest to książka będąca czymś na skraju historycznego reportażu, dziennikarskiego śledztwa, eseju, monografii i intymnych zwierzeń autorki. Bardzo dobrze przygotowana pod względem merytorycznym (analizy wielu dokumentów, przekopane archiwa, liczne rozmowy ze świadkami tamtych wydarzeń) i całkiem nieźle napisana. I choć Kłys ma momenty w opisach swoich sytuacji rodzinnych, w których jest nieco infantylna czy też przesadnie histeryczna, tudzież przejawia skłonność do zbędnego dramatyzowania ( np. „dostaję z rąk miłosiernych pracowników IPNu strzał w środek czaszki”), to trzeba przyznać, że jest to pozycja szalenie odważna. I sroga. Nie mówiąc już o tym, że dramatyczna i bolesna. Natomiast mimo swego wyraźnie dołującego wydźwięku, na pewno potrzebna, bo dająca mocno do myślenia. Nic w historii tych dwóch chłopaków, jak i w historii tamtejszej powojennej Polski, czy tej z czasów Poznańskiego Czerwca, o którym autorka wspomina pod koniec, a nawet jej własnej, rodzinnej - nic nie jest ani białe ani czarne. Czytając „Brudne serca” chce się sparafrazować myśl z księgi Koheleta – szarość nad szarością i wszystko szarość.

Aktualnie czytam:
logo