
… a w nich – błyskotliwy portret nowojorskiej dzielnicy, zapomniany poeta kultowy i przejumjący reportaż o oblężeniu Sarajewa
REKLAMA
Karl Taro Greenfeld – „Triburbia”
Pierwsze zdanie: “To ja, z rękami w kieszeniach dwurzędowej bosmanki stoję przyczajony przed solidnym, kutym ogrodzeniem szkoły podstawowej.”
Tribeca to nowojorska dzielnica na Manhattanie, która kiedyś w latach 70-tych była typową strefą przemysłowo-fabryczną pełną opuszczonych lokali. Teraz jest jedną z najpopularniejszych i najdroższych dzielnic tego miasta, zamieszkałą głównie przez artystyczną bohemę. Bohaterowie książki Greenfelda mieszkają i należą właśnie do tamtejszej społeczności. Powieść, podzielona na kilkanaście rozdziałów, z których każdy ma innego głównego bohatera i na upartego każdy mógłby być odrębnym opowiadaniem (tak to jest dobrze i zajmująco napisane), jest rodzajem zbiorowego portretu mieszkańców tej snobistycznej dzielnicy. Mamy więc, przede wszystkim, szóstkę bardzo różnych w sensie zawodowym i charakterologicznym facetów, których dzieci chodzą do tej samej szkoły, a którzy spotykają się regularnie w kawiarni na męskie pogaduchy. Ale także ich żony i partnerki, rodzeństwo i dzieci.
Łączy ich podobna przeszłość: „Moi koledzy artyści i inni, którzy od początku zasiedlali Tribekę, zaczęli się bogacić, wynajmować część swoich loftów i wkrótce niemal wszyscy jeździli już luksusowymi terenówkami i posiadali letnie domy.”
Greenfeld pozwala nam przeniknąć w ten swoisty mikroświat. Poznajemy problemy poszczególnych rodzin, ich sekrety i tajemnice ale także marzenia, skrywane pragnienia, obsesyjne dążenia i zwykłą, szarą codzienność. Za tą fasadą zamożności, osiągniętego sukcesu i często wystawnego życia przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej, czai się cała masa mniejszych lub większych grzechów, a bohaterowie szybko okazują się zepsutą bandą dwulicowych cyników i hipokrytów. To tu ojciec daje córce następującą radę:
Łączy ich podobna przeszłość: „Moi koledzy artyści i inni, którzy od początku zasiedlali Tribekę, zaczęli się bogacić, wynajmować część swoich loftów i wkrótce niemal wszyscy jeździli już luksusowymi terenówkami i posiadali letnie domy.”
Greenfeld pozwala nam przeniknąć w ten swoisty mikroświat. Poznajemy problemy poszczególnych rodzin, ich sekrety i tajemnice ale także marzenia, skrywane pragnienia, obsesyjne dążenia i zwykłą, szarą codzienność. Za tą fasadą zamożności, osiągniętego sukcesu i często wystawnego życia przedstawicieli amerykańskiej klasy średniej, czai się cała masa mniejszych lub większych grzechów, a bohaterowie szybko okazują się zepsutą bandą dwulicowych cyników i hipokrytów. To tu ojciec daje córce następującą radę:
„Bezwzględność. O to idzie. Nigdy nie byłem bezwzględny, a takim właśnie trzeba być. Tacy są ci wszyscy, którym się udaje. Wszyscy z tej okolicy. Ty też musisz być taka, bo za bezwzględność nie grozi żadna kara. Można na niej tylko zyskać.”
To tutaj dzieci są na wskroś zepsute i jeszcze gorsze od swych rodziców, jak mała Cooper:
„Ośmiolatkę świadomą swojej urody i magnetycznej zdolności przyciągania ludzi, która zamierza użyć tej broni przeciwko innym dziewczynkom, znacznie trudniej pokonać niż raka.”
I to tu żony i kochanki są jeszcze bardziej cyniczne i wyrachowane niż ich mężowie i partnerzy. Przekonywująco jest to wszystko przedstawione i dobrze napisane. Greenfeld ma wysoko rozwinięty zmysł obserwacji, świetnie wyłapuje i przekazuje najdrobniejsze smaczki i niuanse ludzkich relacji, kreśli wyraziste portrety psychologiczne, potrafi być momentami dowcipny, tworzy dobre dialogi i serwuje naprawdę niezłe puenty, na koniec każdego rozdziału. Dodatkowo przedstawia tą nieciekawą i godną pożałowania gromadkę na ciekawym tle socjologiczno-społecznym – jest już bowiem kilka lat po zamachu na WTC i w powietrzu czuć nadchodzący kryzys. Nie jest to może jakaś wielka literatura, ale nie sposób odmówić tej książce inteligentnego, a miejscami wręcz błyskotliwego ukazania ciekawego tematu.
Jacek Podsiadło – „Być może należało mówić”
Pierwsze zdanie: „chciałbym wierszem zmienić świat”
Kiedy byłem młodym szczawiem, zaczytującym się poezją i samodzielnie próbującym ją uprawiać, to wśród polskich poetów miałem swoich dwóch bezapelacyjnych mistrzów. I nie należał do nich żaden Różewicz, Miłosz, Herbert czy inny Zagajewski. Byli to Marcin Świetlicki i Jacek Podsiadło. I tak do lektury Świetlickiego regularnie wracam co jakiś czas do dziś, a pana Jacka dobrych kilka lat temu zupełnie odpuściłem. Kompletnie nie wiem czemu. Na szczęście jakiś czas temu w łapy wpadł mi jubileuszowy (Podsiadło skończył w tym roku 50 lat!) wybór jego wierszy z lat 1984-2012 pt. „Być może należało mówić”. Przypomniałem sobie jego twórczość w takiej konkretnej zwartej pigule i wiem już, że robiłem źle. Do wierszy Jaco Po też trzeba będzie wracać co jakiś czas, bo to kawał dobrej poezji jest.
Może jedynie sam młodzieńczy początek jego poetyckiej przygody jawi się - zwłaszcza teraz po latach, kiedy człowiek już okrzepł i ma już trochę we łbie – jako nieco zbyt naiwny. Taki jeszcze bardzo surowy pod względem warsztatu, nieopierzony, bo formalnie oparty głównie na potoku niczym nie okiełznanego pisania o wszystkim i o niczym. Za to dalej jest już tylko lepiej i lepiej. Widać wyraźnie w tym zbiorze jak Podsiadło się rozwijał, jakiej nabierał dojrzałości jako poeta. Bo może nie koniecznie jako człowiek. On w końcu nawet teraz, mimo tych pięciu dych na karku kojarzy się - oczywiście przez poezję, ale nie tylko - jako taki ciągły chłopiec, zawadiaka ciekawy świata. Kochający życie składające się z tych małych rzeczy, wieczny hipis i outsider. Wciąż wierny swym ideałom. Jego wiersze są bardzo osobiste, ale też takie, w których możemy odnaleźć samych siebie. Pozornie proste czy nawet banalne, a z drugiej strony niezwykle kunsztowne pod względem formy i bogate jeśli chodzi o treść. Wiersze wyrzucone gdzieś poza margines, uciekające od usystematyzowanego świata, a przecież tak trafne, takie zwyczajne, ludzkie. Fajnie było to sobie wszystko przypomnieć, wersy i całe kawałki, które znało się kiedyś na pamięć, takie świetne miniaturki jak np. „Noc. Księżyc w nowiu./ Martwi sanitariusze śpią w pogotowiu.” Spotkać znowu bohaterów Podsiadłowych wierszy – Lidkę, Pawkę Marcinkiewicza, Holderlina, Thoreau i innych. Poobcować trochę z tym językowymi zabawami, homonimami, anagramami; z tymi ciekawymi metaforami i arcyszczerymi emocjami wylewającymi się z kolejnych strof. Czy też natknąć się na taki jednolinijkowy, genialny wiersz, którego nie znałem:
Może jedynie sam młodzieńczy początek jego poetyckiej przygody jawi się - zwłaszcza teraz po latach, kiedy człowiek już okrzepł i ma już trochę we łbie – jako nieco zbyt naiwny. Taki jeszcze bardzo surowy pod względem warsztatu, nieopierzony, bo formalnie oparty głównie na potoku niczym nie okiełznanego pisania o wszystkim i o niczym. Za to dalej jest już tylko lepiej i lepiej. Widać wyraźnie w tym zbiorze jak Podsiadło się rozwijał, jakiej nabierał dojrzałości jako poeta. Bo może nie koniecznie jako człowiek. On w końcu nawet teraz, mimo tych pięciu dych na karku kojarzy się - oczywiście przez poezję, ale nie tylko - jako taki ciągły chłopiec, zawadiaka ciekawy świata. Kochający życie składające się z tych małych rzeczy, wieczny hipis i outsider. Wciąż wierny swym ideałom. Jego wiersze są bardzo osobiste, ale też takie, w których możemy odnaleźć samych siebie. Pozornie proste czy nawet banalne, a z drugiej strony niezwykle kunsztowne pod względem formy i bogate jeśli chodzi o treść. Wiersze wyrzucone gdzieś poza margines, uciekające od usystematyzowanego świata, a przecież tak trafne, takie zwyczajne, ludzkie. Fajnie było to sobie wszystko przypomnieć, wersy i całe kawałki, które znało się kiedyś na pamięć, takie świetne miniaturki jak np. „Noc. Księżyc w nowiu./ Martwi sanitariusze śpią w pogotowiu.” Spotkać znowu bohaterów Podsiadłowych wierszy – Lidkę, Pawkę Marcinkiewicza, Holderlina, Thoreau i innych. Poobcować trochę z tym językowymi zabawami, homonimami, anagramami; z tymi ciekawymi metaforami i arcyszczerymi emocjami wylewającymi się z kolejnych strof. Czy też natknąć się na taki jednolinijkowy, genialny wiersz, którego nie znałem:
„Wigilia”
Nie potrafię się przełamać.
Świetlicki od lat jest na topie, a Podsiadło od kilku dobrych lat mocno zapomniany. Taka sytuacja. Ale nic to - czytajcie ich obu, naprawdę warto.
Barbara Demick – „W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy”
Pierwsze zdanie: „Delila Lacevic powie później, że od rana rwały ją tkwiące w jej ciele odłamki granatu moździerzowego.”
Zacznijmy od podstawowego, zacnego patentu na ten reportaż. Amerykańska reporterka Barbara Demick i jej wydawca wpadli na następujący pomysł - przedstawmy wojnę w byłej Jugosławii, poprzez historię oblężonego Sarajewa. A jeszcze precyzyjniej - poprzez historię mieszkańców jednej, konkretnej sarajewskiej ulicy – Logavina. Ulica to szczególna, leżąca w dawnej dzielnicy tureckiej i zamieszkiwana przez pełen przekrój narodowościowo-religijny, tak przecież istotny dla tej wojny. Obok siebie mieszkali tam w pełnej symbiozie Bośniacy, Serbowie i Chorwaci, muzułmanie, katolicy i prawosławni, biedni i zamożni, wykształceni i nie. W latach 1992-1995 wszyscy zostali zmuszeni żyć w bez mała średniowiecznym oblężeniu – zamknięci w kotlinie otoczonej pasmami gór, na których osiadł wróg, Bośniaccy Serbowie marzący o Wielkiej Serbii. Wróg bezlitosny i bezduszny, wróg który nie miał żadnych skrupułów i w zasadzie nie prowadził z Sarajewem wojny tylko dopuszczał się systematycznego, bestialskiego mordowania. Zbrodni przeciwko ludzkości.
Prawie każdego dnia czający się na wzgórzach snajperzy, strzelający do zwykłych przechodniów jak do kaczek:
Prawie każdego dnia czający się na wzgórzach snajperzy, strzelający do zwykłych przechodniów jak do kaczek:
„Trzynastoletni Amir Goro, który został postrzelony przez snajpera kiedy wysiadał z tramwaju:
- To była tylko jedna kula – wyjaśnił.
Ale za to jaka. Odbiła się od chodnika i rykoszetem trafiła go w biodro. Przeszła przez ciało rozrywając żołądek, jelita i odbyt. Okrężnica Amira nadal tkwiła w plastikowym woreczku, bo chłopiec był zbyt słaby, by wytrzymać zabieg wszycia jej na miejsce.”
- To była tylko jedna kula – wyjaśnił.
Ale za to jaka. Odbiła się od chodnika i rykoszetem trafiła go w biodro. Przeszła przez ciało rozrywając żołądek, jelita i odbyt. Okrężnica Amira nadal tkwiła w plastikowym woreczku, bo chłopiec był zbyt słaby, by wytrzymać zabieg wszycia jej na miejsce.”
Artyleria, która z pietyzmem równała miasto z ziemią i z premedytacją ostrzeliwała szpitale, szkoły oraz miejsca, w których zbierali się ludzie, jak choćby punkt czerpania wody czy bazar, na którym próbowano handlować tym czym się jeszcze dało:
„Granat moździerzowy który spadł na targowisko Markale piątego lutego 1994 roku, uderzył w duszę Sarajewa. (...) sześćdziesiąt osiem ofiar śmiertelnych i dwustu rannych.”
Nie mówiąc już o braku prądu, gazu, wody, opłau i jedzenia. O kombinowaniu jak z chleba zrobić schabowe, z mąki frytki, z soczewicy kawę i co począć z konserwami pamiętającymi wojnę w Wietnamie. O koczowaniu w piwnicach i prymitywnych schronach. O próbach ucieczki. O tragedii, która dotknęła pojedynczych szarych ludzi, zwykłe rodziny. O ich determinacji i wielkiej woli przeżycia.
Świetnie skonstruowana, bardzo sprawnie napisana książka. Przejmująca i smutna lektura.
Świetnie skonstruowana, bardzo sprawnie napisana książka. Przejmująca i smutna lektura.
„Do późnej jesieni 1995 roku na ulicy Logavinej, gdzie przed wojną mieszkało około siedmiuset osób, odnotowano czternaście ofiar śmiertelnych i ponad czterdziestu rannych. Trudno tam znaleźć rodzinę, której nie dotknęła by jakaś tragedia.”
W całym Sarajewie zginęło ponad 10 tys. osób (w tym ok. 1500 dzieci), rannych zostało przeszło 55 tys.
Aktualnie czytam:
