… a każdy z nich dość nietypowy, ale co najmniej jeden znakomity

REKLAMA
Arno Strobel – „Istota”
logo
Pierwsze zdanie: „Zrobił pięć, sześć kroków, po czym stanął.”
„Istota” nie jest kryminałem, a psychothrillerem. Czyli historią, która z grubsza skupiać ma się na psychologii bohaterów, tudzież ich niestabilnych stanach emocjonalnych. I tak rzeczywiście jest. Mocno zagmatwana fabuła (ale bez jakiś nieprawdopodobnych przegięć) opiera się na specyficznych i psychologicznie pogłębionych relacjach w trójkącie głównych bohaterów: Menkhoff – Seifert – Lichner. Dodam jeszcze, że pośrodku tego trójkąta znajduje się pewna kobieta, z poważnymi zaburzeniami psychicznymi.
Dwóch pierwszych panów to policjanci. Menkhoff stary wyga, Seifert jego młodszy partner i przyjaciel. Lichner to psychiatra. Akcja biegnie tu dwutorowo. Pierwsza płaszczyzna to czasy współczesne – para policjantów ma zająć się sprawą porwania małej dziewczynki. Druga, dotyczy lat 90-tych kiedy Menkhoff z Seifertem prowadzili sprawę morderstwa popełnionego na 4-letniej dziewczynce. Wtedy to głównym podejrzanym i w końcu skazanym został Lichner – chociaż podczas prowadzenia śledztwa manipulowano dowodami, a główny zainteresowany konsekwentnie nie przyznawał się do winy. Pierwsza historia ściśle zawiązuje się z drugą, gdy okazuje się, że porwana została córka Lichnera, który od dwóch lat jest na wolności. A dodatkowo wszystko jeszcze komplikuje fakt, iż Menkhoff i Lichner byli w związku z tą samą kobietą. Już na tym etapie wygląda to na poplątanie z pomieszaniem, a dodam tylko, że to dopiero początek.
Strobel ma naprawdę talent do konstruowania intrygi w taki sposób, że gdy coś już się wyjaśnia, to momentalnie powstaje kilka innych niewiadomych i do końca nie bardzo wiemy czego możemy się spodziewać. Każdy manipuluje tu każdym, wszystko jest wieloznaczne, ukryte gdzieś głęboko, pod kolejnymi warstwami faktów i wydarzeń z przeszłości, nie mówiąc już o pogmatwanych psychologicznych portretach poszczególnych aktorów tego dramatu. Efekt tych wszystkich, udanie przeprowadzonych zabiegów fabularnych ma służyć temu aby czytelnik zrozumiał istotę ich postępowania. I dotknął istoty zła.
Świetnie jest to napisane, szybko się czyta z rosnącym zainteresowaniem ale… No właśnie niestety mam jedno ale. Finał. Naiwny, sztampowy i zwyczajnie nieudany. Można się dosłownie wkurzyć bo cała książka napisana kapitalnie, a tu nagle takie rozczarowanie. Szkoda.

Malcolm MacKay – „Lewis Winter musi umrzeć”
logo
Pierwsze zdanie: „Wszystko zaczyna się od rozmowy przez telefon”
Malcolm MacKay to następny autor, którego książki wylądują u mnie na półce, gdzie pieczołowicie gromadzę kryminały napisane przez Szkotów. Naprawdę nie wiem jak to się dzieje, że w tym kraju jest tylu pisarzy i pisarek, którzy parają się z dużym powodzeniem tym gatunkiem. Surowy klimat? Buntownicza natura? Whisky? Za dużo haggis*? Nie wiem, ale cieszę się tym faktem niezmiernie, bo ich sposób pisania leży mi dużo bardziej, niż uwielbianych przez masy Skandynawów.
„Lewis Winter musi umrzeć” jest pierwszą z trzech części tzw. trylogii Glasgow. MacKay uczynił jej bohaterem płatnego zabójcę Caluma MacLeana. Młody to chłopak, ale prawdziwy zimnokrwisty profesjonalista. Oddany swojej robocie – samotnik, nie pijący, nie rzucający się w oczy, dbający o każdy najdrobniejszy szczegół, chorobliwie ostrożny. MacLean dostaje krótkie zlecenie, które zawiera się w tytule książki. Wiemy więc od razu, kto zginie i kto zabije. Trochę nietypowo jak na kryminał prawda?
Przyznam szczerze, że ciężko mi było w tą książkę początkowo „wejść”. Wiemy przecież kto, wiemy kogo, wiemy jak. Bezpośredni styl. Zdania lakoniczne. Króciutkie. Niewiele opisów umiejscawiających historię w konkretnym otoczeniu. Nie za dużo dialogów. Akcja szczątkowa. Poza Calumem poznajemy jeszcze kilkanaście innych postaci, na początku książki mamy nawet ich spis z krótką charakterystyką, żeby się nie pogubić. O co więc kaman? Ano chodzi o to, że MacKay skupia się na odsłanianiu mechanizmów działania ludzi z półświatka (głównie, choć policji też) oraz - a może nawet, a zwłaszcza - na tym co siedzi w ich głowach. Poznajemy więc charaktery tych wszystkich postaci, motywację ich postępowania, konsekwencję podjętych działań, tok ich myślenia (często błędny), nieustanne rozkminianie wszystkiego na mikrony – planowanie, przewidywanie ruchów konkurencji, policji, zlecających itd.
Nie wszystkim może takie pisanie odpowiadać. Ba, tym którzy są spragnieni nieustannej akcji, pewnie w ogóle nie będzie się podobać. Ale jeżeli się początkowo nie zniechęcimy i otworzymy na tego rodzaju narrację, w ogóle na taki pomysł na kryminał (ja wciągnąłem się gdzieś po 1/3), to czeka nas naprawdę ciekawe doświadczenie. Bo to wydaje się być takie bardzo prawdziwe, rzeczywiste, nienaciągane i w końcu piekielnie interesujące. Zwłaszcza, że mamy do czynienia z naprawdę dobrze skonstruowanymi postaciami. Poza tym czuć w tym pisaniu trochę ducha kryminałów Rankina, tego że akcja, intryga nie musi być najważniejsza, że czasem dużo ważniejsze jest to, co dzieje wokół niej, na dalszych planach. A w ogóle mam przeczucie, że ta historia dopiero się rozkręca i w kolejnych częściach będzie jeszcze lepiej. Na pewno po nie sięgnę. A na koniec próbka stylu MacKay’a:
„Zabić człowieka to nic skomplikowanego. Trudno za to zabić go dobrze. Ludzie, którzy potrafią zrobić to dobrze, są tego świadomi. Tych, którzy robią to źle, czeka bardzo bolesna lekcja. To oznacza konsekwencje. Ale nawet ci utalentowani muszą zdawać sobie z nich sprawę.”
*Haggis – narodowa potrawa szkocka, przyrządzana z owczych podrobów wymieszanych z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszytych i duszonych w owczym żołądku. Jadłem – pycha!

Peter May – „Czarny dom”
logo
Pierwsze zdanie: „To tylko dzieciaki.”
Uwaga, uwaga! Póki co, zarówno sama książka jak i jej autor, to moje odkrycie tego roku. Chyba nikogo już nie zdziwi jak napiszę, że May to kolejny Szkot. Ale za to pierwszy, który ma wielką szansę zastąpić mi brak ukochanego cyklu o inspektorze Rebusie. Zaznaczam od razu, że Rankin i May preferują inny rodzaj pisania. Ba! May tak do końca nawet nie tworzy kryminałów! „Czarny dom” to przecież powieść obyczajowa oparta jedynie na wątku kryminalnym. Niesamowicie wciągająca. Melancholijna i mroczna w nastroju. Sugestywna i czarująca swym surowym klimatem. Bardzo obrazowa i realistyczna. Raczej prosta jeżeli chodzi o styl i język - choć ten ostatni jest na pewno solidny i dopracowany - ale posiadająca przede wszystkim niezwykle precyzyjną konstrukcję.
Tu w fabule wszystko dopieszczone jest do najmniejszego szczegółu. Zazębia się z aptekarską czy też zegarmistrzowską precyzją. I choć w jednej książce dostajemy jakby dwie opowieści – jedna dzieje się współcześnie i jej wiodącym motywem jest zagadka kryminalna dotycząca brutalnego morderstwa, a druga przenosi nas w lata 70-te i ma charakter wspomnieniowej historii o dorastaniu - to całość czyta się bardzo płynnie. A tam czyta - pochłania! Ja tę książkę wręcz połknąłem. Obie opowieści wzajemnie się przenikają, jedna uzupełnia drugą, każda dodaje co kilkanaście czy kilkadziesiąt stron jakiś mniej lub bardziej ważny motyw, przyczynę, jakiś kolejny ślad, coś nam wyjaśnia, tłumaczy. A choć intryga rozwija się dość wolno, to im bliżej końca, tym więcej wątpliwości i niewiadomych, i gdy już nam się wydaje, że wszystko wiemy, to okazuje się iż niekoniecznie. May lubi nieoczekiwane zwroty i zaskoczenia. Wygląda na świetnego speca od takiej fabularnej, koronkowej roboty. Zwłaszcza, że funduje nam do tego jeszcze np. solidne społeczne podłoże – od wątków religijnych po ochronę środowiska - czy przekonywujące portrety poszczególnych postaci, prawdziwych ludzi z krwi i kości. Zresztą nie ma się co więcej rozpisywać – fantastyczna rzecz.
Słów kilka o fabule. Główny bohater, oficer policji Fin MacLeod (przytłoczony niedawną osobistą tragedią – śmiercią syna) przyjeżdża z Edynburgha na wyspę Lewis, która należy do archipelagu Hybrydów Zewnętrznych. Fin właśnie tam urodził się i dorastał, ale lata temu stamtąd wyjechał (a może uciekł?). Wraca by w tej specyficznej, zamkniętej społeczności znaleźć zabójcę dawnego, niezbyt lubianego szkolnego kolegi. A niejako przy okazji rozwikłać, osobistą i bardzo mroczną tajemnicę. A wszystko rozbijać się będzie o pewną „skałę”:
„An Sgeir, tak ją nazywali. Po prostu „Skała”. Sto metrów chłostanych sztormem klifów wyrastających z północnego Atlantyku i pokrytych każdego roku o tej porze gniazdami głuptaków i ich piskląt.”
I choć jeden z autochtonów powie:
„Niepisana zasada. Cokolwiek się dzieje na skale, na skale pozostaje. Zawsze tak było i zawsze tak będzie.”
To Fin MacLeod sprawi, że jednak nie zawsze.
Znakomite.
PS. „Czarny dom” jest pierwszą częścią (choć ma zamkniętą, konkretną puentę) trylogii pt. „Wyspa”. Pozostałe dwie to „Człowiek z wyspy Lewis” i „Jezioro tajemnic”. Druga ma się ukazać teraz w kwietniu, a trzecia w czerwcu – już się nie mogę doczekać.

Aktualnie czytam:
logo