... czyli wciągająca, wielopoziomowa powieść izraelskiego pisarza młodego pokolenia.

REKLAMA
Eshkol Nevo – „Neuland”
logo
Pierwsze zdanie: “Znalazłam Twój adres na stronie internetowej szkoły.”
Podobała mi się już pierwsza wydana w Polsce książka tego izraelskiego pisarza młodego pokolenia (Nevo urodził się w 1971 r.) pt. „Do następnych mistrzostw”. Zgrabnie napisana, dowcipna, mądra, miejscami nawet wzruszająca powieść obyczajowa o czterech silnie przyjaźniących się facetach. Po lekturze „Neulandu” wiem już, że była to jedynie wprawka, przed napisaniem czegoś znacznie większego. Może nie od razu jakiejś monumentalnej pozycji w olśniewającym stylu, ale jednak poważnej powieści pełną gęba. Nevo szarpnął się na wielowątkową historię, opisującą trzy pokolenia Izraelczyków, dziejącą się na trzech kontynentach i dotykającą, z mniejszym lub większym natężeniem, takich tematów jak miłość, wojna, historia, pamięć, dojrzałość i dorosłość, tożsamość, różnego rodzaju traumy czy też polityczny syjonizm. I choć na tego typu podobnych projektach wielu pisarzy pięknie się już rozłożyło np. w pełni nie ogarniając swych zamierzeń i spłycając poruszaną tematykę, albo idąc znów w zbytnie zgłębianie problemów i niemiłosiernie przynudzając, tak Nevo wyszedł z tych zmagań w pełni zwycięski. Napisał świetną powieść. Może nie wybitną, jak się o niej pisze tu i ówdzie, ale bardzo, bardzo dobrą.
Tytuł „Neuland” jest nawiązaniem do idei Altneulandu Teodora Herzla, który był twórcą i głównym ideologiem politycznego syjonizmu. Uważał on, że rozwiązaniem problemu żydowskiego jest bezwzględne utworzenie odrębnego państwa żydowskiego i to niekoniecznie w Palestynie, ale gdziekolwiek na świecie, nawet w Ameryce Południowej. Pod uwagę brana była m.in. Argentyna. Do dziś istnieje tam osada Moises Ville zamieszkana przez potomków żydowskich emigrantów. Główny wątek powieści Nevo dotyczy bezpośrednio tego problemu. Otóż ojciec jednego z dwójki głównych bohaterów powieści, po stracie ukochanej żony wyjeżdża do Ameryki Południowej. Mani Peleg, bo o nim mowa, to były uczestnik wojny Jom Kippur, biznesmen, którego gnębią bolesne wspomnienia wojenne i depresja po śmierci żony. Podczas podróży facet doznaje nagłego oświecenia i postanawia założyć kolonię przypominającą nieco sektę, do której jako guru przyjmuje młodych, zagubionych i nieszczęśliwych ludzi, głównie Izrealeczyków szukających swojej tożsamości, ale nie tylko. Pragnie im pomóc. Jest przekonany, że wie jak to zrobić.
„Pierwotnym celem powstania Izraela było zebranie Żydów z diaspory w miejscu, w którym nie będą prześladowani. Ale to był cel. W czasie przeszłym. Państwo potrzebuje wizji. Państwo, które nie ma wizji, jest jak rodzina bez miłości. A jeśli nie ma miłości, po co chronić rodzinę?”
Śladem Maniego, który od dłuższego czasu nie daje znaków życia, rusza jego syn z misją odnalezienia ojca. Dori mieszka w Jerozolimie, ma żonę (ostatnio niespecjalnie im się układa), małego synka, którego kocha miłością absolutną oraz nieco obsesyjną i jest podziwianym przez uczniów nauczycielem historii. Dodatkowo trochę nie odnajduje się w swoim życiu. W Quito w Ekwadorze przejmuje go niejaki Alfredo, specjalista w materii odnajdywania zaginionych ludzi (żywych lub martwych) – najzabawniejsza postać w całej książce. Panowie ruszają razem tropem Maniego. Zanim dotrą do tytułowego Neulandu, czyli wspólnoty założonej przez ojca Doriego, ten spotka na swej drodze Inbar z Hajfy. Dziewczyna ta okaże się jeszcze bardziej zagubiona i nieszczęśliwa w życiu niż on. W związku, w którym jest kompletnie nie ma chemii, jej rodzice są po rozwodzie - ojciec wyjechał do Australii, gdzie założył nową rodzinę, a matka, z której Inbar nigdy nie było po drodze, związała się z Niemcem i mieszka w Berlinie. Z Niemcem! A przecież Inbar wciąż wiele rzeczy kojarzy się bezpośrednio z Holocaustem. Ale najgorszą traumą, z którą nie może sobie poradzić, jest samobójstwo ukochanego brata. Nie trudno się domyślić, że tą zagubioną, niepewną siebie w teraźniejszości dwójkę będzie pchać ku sobie uczucie.
logo
Eshkol Nevo
Jakby tego było mało mamy jeszcze babcię Inbar, Lili, która również podróżuje, tyle że nieustannie w przeszłość. Lili musiała uciekać z Polski, tuż przed wybuchem II wojny światowej i podczas tej wyczerpującej, tragicznej podróży zafascynowała się i zakochała w pewnym muzyku. Dodam jeszcze, że nie był to dziadek Inbar. Częste wspomnienia Lili, to znaczący i bardzo istotny wątek tej książki. A jest jeszcze kilka pobocznych tylko trochę mniej istotnych. Jak choćby motyw Żyda Wiecznego Tułacza, na którego ślady w postaci tajemniczych zapisków co rusz natyka się Inbar. Czy też ten związany ściśle z Neulandem, w których przez jakiś czas postanowili zamieszkać Inbar i Dori, gdzie młodzi ludzie próbują na nowo zdefiniować swój świat i jakoś zebrać się do kupy. W ogóle powieść zaludniają same postaci poharatane życiowo, rozdarte wewnętrznie i zwyczajnie nieszczęśliwe z różnorakich powodów. Zresztą jak mówi Alfredo do Doriego: „Posłuchaj co ci powiem: poza pięcioma zmysłami, jakie mają zwykli ludzie, wy macie szósty zmysł. Zmartwienia.” Wy czyli Żydzi.
Ponad 600 stron tekstu, a czyta się lekko i z niesłabnącym zainteresowaniem. Nevo dotyka ważkich, trudnych, często nawet bolesnych spraw, ale robi to z wielkim wyczuciem. Mądrze. Owszem kiedy trzeba robi się poważnie, czasami też czytelnik zmuszony jest do refleksji, ale jest również wiele momentów, w których będziemy parskać śmiechem, bo to także zabawna powieść. Podróże, które odbywają Inbar i Dori czy Lili i Mani są tak naprawdę poszukiwaniem odpowiedzi na gnębiące ich pytania, rodzajem wędrówki w głąb samych siebie. Nevo stawia tych kilka znaczących pytań dotyczących m.in. siły uczuć i miłości, przyszłości swoich rówieśników, swojego kraju czy swojej tożsamości narodowej. Na kilka stara się odpowiedzieć, inne znowu pozostawia w zawieszeniu. Jednym z kluczy do zrozumienia tej dość pokomplikowanej, acz wybitnie wciągającej historii mogą być słowa Żyda Wiecznego Tułacza, którego w końcu „dopada” Inbar:
„Ludzie chwytają mnie za głowę, jakbym był rzepką, i starają się wyrwać mnie z ziemi, żeby zbadać moje psychologiczne korzenie. Brednie. Jeśli mam jakieś korzenie – to historyczne, nie psychologiczne. A korzenie historyczne tkwią tak głęboko, że nawet dziadek z babką i wszystkimi pomocnikami, którzy ciągnęli wraz z nimi, nie mogli ich wyrwać.”
Kandydat do dziesiątki najlepszych książek roku.

Aktualnie czytam:
logo