Chyba nie można być Polakiem i powiedzieć, że lubi się PKP. To trochę, jakby powiedzieć, że lubi się zjełczałe masło. O PKP tylko źle albo wcale. W przeciwnym razie spotkają człowieka pełne pożałowania spojrzenia okraszone historiami o zamarazniętych toaletach, letnich ukropach, niespodziewanych przystankach w środku pola. Z perspektywy oceniam jednak, że jest coś gorszego od PKP...
REKLAMA
Kiedy mówiłem amerykańskim znajomym, że chcę przejechać Stany od Wschodniego Wybrzeża do Teksasu autobusami, chywtali się za glowy i opowiadali, że to niebezpieczne i arcy-niewygdone. Mówili, że Greyhound, jedyny ogólnoamerykański przewoźnik to zło wcielone, zupełnie ostatnia z możliwości, z której by skorzystali. Przesadzali, myślałem.
Tym bardziej, że zdecydowaną większość mojej podróży postanowiłem odbyć liniami Megabus. Jeśli Greyhounda porównać można do PKP, to fenomen Megabusa porównać można do PolskiegoBusa. Z tą różnicą, że tu za dolara (plus 50 centów opłaty za rezerwację) można przejechać 1500km.
Jednak w moim planie podróży była dziura. Megabus nie oferował połączenia z Knoxville do Memphis, oba w stanieTennessee. Padło więc na Greuhounda. Już sama lokalizacja dworca w Knoxville napawała niepokojem. Położone poza centrum, pośród rozpadających się bud. W środku smutek lat 60. i zapach obracających się na grillu parówek, które chyba pamiętał jeszcze czasy budowy.
Autobus przyjechał spóźniony o godzinę. Kierowca zabrał mój bilet. Bagażowy wrzucił plecak do luku. Jedziemy. Podróż miała trwać 8 godzin. Początkowo malownicza droga biegła pośród Pasma Błękitnego Appalachów, na styku parku narodowego Great Smoky Mountains. Kierowca kilka razy krzyknął przez mikrofon zaaferowany, że "na godzinie jedenastej podwójna tęcza!". Niemniej, przed przystankiem w Nashville poinformowano nas, że musimy wysiąść z autobusu i będzie przesiadka za dwie godziny. Na miejscu spytałem, czy mam zająć się bagażem, czy sami przeniosą go do nowego autokaru. Powiedzieli, żebym się niczym nie martwił...
Dworzec w Nashvill był o wiele większy niż poprzedni. Pełen ludzi. Obładowanych bagażami, w tym pięknymi kraciastaymi torbami kojarzącymi mi się głównie z dworcem Warszawa Wschodnia. Większość wcinała hamburgery i frytki z dworcowego bistro. Angielski zdecydowanie nie był językiem dominującym. Całość przypominała mi chaos panujący na granicy między Meksykiem a Gwatemalą. W porównaniu z tym, dworzec w moim miejscu docelowym, Memphis, wyglądał jak oaza spokoju. Choć może to tylko dlatego, że dotarliśmy tam o 3 w nocy, z 2-godzinną obsuwą.
Na miejscu okazało się, że mój plecak zniknął. Ten problem dotknął więcej osób.. Swojego bagażu szukała też bardzo zdenerwowana para i młody Chińczyk, nie mówiący po angielsku (bidula!). Bagażowy nie potrafił powiedzieć, co się stało i kazał iść do informacji. Tam z kolei powiedzieli, że nie są w stanie pomóc i mamy iść do bagażowych. I tak w kółko Macieju. Powiedziano nam, że pewnie zostały w Nashville i mamy tam zadzwonić. Bagażowy był chyba niepiśmienny. Numer telefonu, który zapisał wyglądał jak alfabet armeński a "Nashville" wyglądała jak "Wesvil". Nie muszę dodawać, że wkrótce okazało się, że podany numer nie istnieje. Ale tak zaczęła się przygoda poszukiwania bagażu. Najpierw trzeba wypełnić formularz on-line. Następnie czekać na potwierdzenie (3 dni). Dalej można już dzwonić na specjalną infolinię (odbierają po 20 minutach wysłuchiwania melodyjki), żeby opisać bagaż i otrzymć numer zguby. Można też usłyszeć od konsultanta, że oczywiście jest mu bardzo przykro i że firma nie ma obowiązku szukania bagażu i robi to tylko z grzeczności (tu wybuchłem). Czy to już wystarczy? O nie, należy udać się jeszcze do najbliżej stacji Greyhounda, żeby dodatkowo wypełnić osobiście kolejny formularz.
Starałem się też szukać go na własną rękę. Obdzwoniłem dworce, gdzie potencjalnie mógłby być (z trasy autobusu). Raz usłyszałem, że sprawa jest raczej przegrana, że wszystkie zguby zwozi się do jednego składu, ale nie mogą mi zdradzić, gdzie on się znajduje. Ta-jem-ni-ca. Będąc w Dallas sam przeszukałem miejscowy magazyn rzeczy znalezionych. Wyglądał żałośnie - góry brudnych, pootwieranych toreb, walających się ubrań... Tam straciłem nadzieję. Greyhound ma 90 dni na znalezienie zguby. Potem można starać się o odszkodowanie, maksymalnie $250.
To, co najbardziej irytuje w całej historii to nie utrata wszystkich ubrań, które miały mi służyć przez kolejne trzy miesiące, ale poczucie bezradności w zetknięciu z firmą, która jest de facto monopolistą. Bycie numerem, któremu każe się czekać wmawiając, że to jego wina, że stracił cały podróżny dobytek jest o wiele bardziej irytujące niż utrata ulubionych koszulek. Jeśli zatem jest na świecie jakaś korporacja, której nienawidzę (nie bójmy się tego słowa), to Greyhound. (Byłem zmuszony skorzystać z ich autobusów raz jeszcze. Autobus pachniał jak pisuar i cieszyłem się, że zostanę w nim tylko 45 min. a nie kolejnych 17 godzin, jak większość pasażerów).
Ale trzeba dostrzegać też plusy: podróżowanie jedynie z małym plecakiem podręcznym (laptop, aparat i dodatkowa bielizna) jest mniej męczące dla pleców!
