Jeśli komuś wydaje się, że country to jakiś mit, niszowy nurt, który kwitnie jedynie na farmach i w szoferkach ciężarówek, powinien udać się do Nashville. To największe miasto w stanie Tennessee bez wątpienia żyje dla country i dzięki country.
REKLAMA
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Historia z utratą bagażu ma też dodatkowy element pozytywny. Podczas podróży pierwszym autobusem z Knoxville do Nashville przysiadła się do mnie dziewczyna, na oko 19-letnia. Obładowana bagażami. Poprosiła o pomoc we włożeniu plecaka na górną półkę. Później wyraźnie przyglądała się, kiedy czytałem polskie wiadomości na ekranie notebooka. I w powietrzu wisiało pytanie: co to za język? Tak zaczęliśmy rozmawiać. Miała na imię Jessica i od kilku miesięcy pracowała jako au pair dla amerykańskiej rodziny. Sama pochodziła z Brazylii i był to jej pierwszy raz za granicą.
Kiedy zapytałem, co najbardziej lubi w Stanach, powiedziała, że... gofry. Nigdy wcześniej nie jadła. Opowiedziała, że na początku była przerażona faktem, że nie spędzi roku w Nowym Jorku czy Los Angeles, ale w Tennessee. Kto, na Boga, wie, gdzie leży Tennessee? Ona nie wiedziała. Nie wiedzieli jej rodzice. Ale Jessica szybko pokochała ten stan. Głównie za sprawą brzdąca, którym się opiekowała. Ale też inne "operki" pomogły jej się zaaklimatyzować ("Ale nie te z Niemiec! Z tymi nie mogę znaleźć żadnego współnego języka"). Pokochała też Nashville.
I postanowiła tą miłością do miasta obdarowć i mnie. Kiedy okazało się, że muszę spędzić- chcąc nie chcąc- w Nashville kilka godzin, zaproponowała, że obwiezie mnie po mieście. Zadzwoniła po swoją koleżankę, która przyjechała ogromnym vanem. Koleżanka miała dość ograniczone zdolności prowadzenia pojazdu i przez chwilę miałem wrażenie, że tam skończy się moja podróż przez USA. I życie w ogóle.
Udaliśmy się na Broadway, główną ulicę rozrywkową Nashville. A tam szok- feeria neonowych barw i tłumy fanów country. Ulica była pełna barów, a z każdego dało się słyszeć muzykę na żywo. Każdy bar (zwany honky-tonk) zapraszał świetlnymi reklamami na koncert i tanie piwo. Główny fagment ulicy został zamknięty przez policję dla samochodów i zamieniony w deptak. Szybko zapełniły go tłumy przechodniów (a była niedziela). Wszyscy ubrani w jednym odobiązującym stylu: country. Buty kowbojki, kapelusze. Kobiety- krótkie spódniczki i frędzle, mężczyźni- dżinsy i koszule.
Nashville jest znane w Stanach jako Miasto Muzyki, miejsce, gdzie szczęścia na estradzie szuka wielu piosenkarzy. Jest tym, czym LA dla ludzi kina. Próbują też swoich sił na ulicach i chodnikach.
W Nashville znajduje się Muzeum i Izba Pamięci Country, dwie estrady poświęcone temu gatunkowi, Belcour i Ryman. Miasto gości wielki CMA Music Festival. Z Nashville nadają dwa kanały telewizyjne w całości poświęcone country. To tu przydzielono pierwszą w USA licencję na nadawanie radia FM (1941 r.).
Lecz gdyby ktoś przypadkiem znalazł się w Nashville i miał ochotę zobaczyć coś poza szlakiem country, polecam kuriozum, z którego neszwilanie są dumni- kopię Partenonu. Otóż w Parku Stulecia miasto zafundowało sobie replikę greckiej świątyni w stusunku 1:1. W środku znajduje się "największy pomnik pod dachem w zachodnim świecie". Atena z Tennessee jest podobno bliższa starożytnemu oryginałowi niż to, co można dziś podziwiać w stolicy Grecji. Myślę, że wielu Amerykanów traktuje to jako świetną wymówkę, by nigdy do Grecji się nie wybrać...
