Zaskoczyły mnie całkowicie. Spodziewałem się, że będzie przaśnie, socrealistycznie i przedstawiająco. Widziałem mozaiki idące w pochodach pierwszomajowych, rysujące przodowników umęczonych trudem planów wieloletnich i dumnych, niewzruszonych chłoporobotników patrzących na mnie z góry.

REKLAMA
Najbardziej uderza kolor, zaraz potem faktura i skala. Niektóre to wielobarwne kolosy, jak ten w siedzibie Bumaru, gwałtowny i dumny wabi przy samym wejściu, nie da się go nie zauważyć, nawet przez szare szyby. Inne są ukryte, trzeba ich szukać, przedzierać się przez omszałe podwórka, ścigać je i odnajdować w zakamarkach miasta, tak, jak tę trójwymiarową kolorowankę na tyłach „Zielonej Gęsi”. Kolejne znów zaskakują oczywistością swojej lokalizacji, centrum miasta, dworzec Śródmieście, tysiące ludzi przechodzących przez to miejsce każdego dnia i nikt nic nie widzi. Zadzieram głowę i czuję się jak Kolumb – spogląda na mnie Fangor. Niby nic, niby tylko gradient – od bieli do granatu, ale kiedy później oglądam ten kwadratowy cud okolony brudnym dworcowym sufitem na ekranie monitora, przytyka mnie z wrażenia.
Godzina 20:00, zielonkawy gmach Uniwersytetu Medycznego przy Banacha śpi. Nad suwaną szatnią przy wejściu pobłyskują jarzeniówki. Kręcę wajchą i zastygam. Złociste blaszki tworzą przedziwne postaci, otoczone czymś niepokojącym, trochę, jak ludzkie wnętrzności, czerwone i czarne, momentami białawe, wszystko razem rozlewa się na ścianie i pląsa. Tylko czemu przerwy między jednym a drugim blokiem ruchomej szatni mają jedynie półtora metra, jakby to, co jest na ścianie nie miało znaczenia?! Miało?
Zawstydziłem się, zawstydziło mnie zamknięcie sztuki PRL w bańce jednej interpretacji, w jednym szablonie, pod jednym kloszem. Sztuka socrealistyczna była wielokrotnie boleśnie dosłowna, przedstawiając jasno wytyczoną tezę. To powszechnie znany fakt. Jest też inna prawda, prawda o której współcześnie w Polsce łatwo się zapomina.
Michał Radwański
Zdjęcia Michała Radwańskiego wiszą w MiTo do czwartku, zobacz co się działo na wernisażu