
Dlaczego żyję na tym świecie i w życiu próbuję coś robić, coś, co mnie rozwija, co daje mi poczucie harmonii, co wiąże albo odpycha mnie od ludzi, co rzuca mnie z kąta w kąt i doprowadza do uniesień albo rozpaczy?
REKLAMA
Może dlatego, że początkowo w życiu szukałem tego, co trwałe, zasad moralnych, betonu bezpieczeństwa i samozadowolenia. Im bardziej to robiłem, tym bardziej teraz staram się być słabą istotą, która czuje i reaguje. Może ten cały mój rozwój jest naturalny i dla nikogo nie jest odkryciem, ale ja go potrzebuję, a kilku ludzi czasem też znajduje w tym coś dla siebie. Nie wiem, zapytaj Boga, czemu on tak z nami robi i tak bardzo nas zaskakuje.
Dlaczego ja pracuję jako aktor?
Przez całe życie śpiewałem. Lepiej, gorzej, zwykle sam ze sobą, ludzie mówili, że mam ładny głos, więc śpiewałem dalej. W końcu zacząłem się uczyć śpiewu u osób, które mnie inspirowały. W zeszłym roku trafiłem w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu na warsztaty Maisterni Pisni, grupy teatralno-wokalnej ze Lwowa, która wykonuje w piękny, teatralny i duchowy sposób ludowe pieśni ukraińskie. Myślałem, że na tym warsztacie się tego nauczę. Miałem rację, co więcej na tych właśnie warsztatach Natalka Połowinka (liderka Maisterni) powiedziała mi, że powinienem być aktorem. Mówiła całkowicie serio i to był chyba pierwszy raz, kiedy nie czułem się tylko "warsztatowiczem" i jednym z wielu uczniów, tylko człowiekiem, na którego prowadząca patrzy indywidualnie. Zajęło nam to kilka miesięcy - przepychanek, rozmów mailem, a potem na skype'ie, podczas których przeszedłem od zgody na to, że mogę być aktorem, do konstatacji, że chcę być aktorem. Po pewnym czasie zgodziłem się na to właśnie, że powinienem nim być. Z podejścia i pracy Natalii i Siergieja Kowalewicza nauczyłem się, że w tym zawodzie na starcie liczy się jedna rzecz, tylko jedna. Nie jest nią dyplom uczelni, aparycja, ładny głos czy szczere chęci, albo jakkolwiek rozumiany talent. Jest nią decyzja. Podjąłem decyzję i jestem aktorem.
Przez całe życie śpiewałem. Lepiej, gorzej, zwykle sam ze sobą, ludzie mówili, że mam ładny głos, więc śpiewałem dalej. W końcu zacząłem się uczyć śpiewu u osób, które mnie inspirowały. W zeszłym roku trafiłem w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu na warsztaty Maisterni Pisni, grupy teatralno-wokalnej ze Lwowa, która wykonuje w piękny, teatralny i duchowy sposób ludowe pieśni ukraińskie. Myślałem, że na tym warsztacie się tego nauczę. Miałem rację, co więcej na tych właśnie warsztatach Natalka Połowinka (liderka Maisterni) powiedziała mi, że powinienem być aktorem. Mówiła całkowicie serio i to był chyba pierwszy raz, kiedy nie czułem się tylko "warsztatowiczem" i jednym z wielu uczniów, tylko człowiekiem, na którego prowadząca patrzy indywidualnie. Zajęło nam to kilka miesięcy - przepychanek, rozmów mailem, a potem na skype'ie, podczas których przeszedłem od zgody na to, że mogę być aktorem, do konstatacji, że chcę być aktorem. Po pewnym czasie zgodziłem się na to właśnie, że powinienem nim być. Z podejścia i pracy Natalii i Siergieja Kowalewicza nauczyłem się, że w tym zawodzie na starcie liczy się jedna rzecz, tylko jedna. Nie jest nią dyplom uczelni, aparycja, ładny głos czy szczere chęci, albo jakkolwiek rozumiany talent. Jest nią decyzja. Podjąłem decyzję i jestem aktorem.
Dlaczego ja chcę robić teatr?
Stanisławski powiedział, żeby kochać sztukę w sobie, a nie siebie w sztuce. Wyrypajew mówi, że widz w teatrze powinien otrzymać wrażenie całego, harmonijnego świata i wyjść z niego z poczuciem większej wiedzy, świadomości. Łącząc te dwie wypowiedzi dojdziemy do wniosku, że teatr jest… w nas. Cały świat, różnorodność i cudowność. Jeśli tak to czy nie warto się tym dzielić?
Stanisławski powiedział, żeby kochać sztukę w sobie, a nie siebie w sztuce. Wyrypajew mówi, że widz w teatrze powinien otrzymać wrażenie całego, harmonijnego świata i wyjść z niego z poczuciem większej wiedzy, świadomości. Łącząc te dwie wypowiedzi dojdziemy do wniosku, że teatr jest… w nas. Cały świat, różnorodność i cudowność. Jeśli tak to czy nie warto się tym dzielić?
Dlaczego ja jestem przeciw teatrom instytucjonalnym?
Najgorsze pytanie, jakie można sobie zadać, bo biorąc pod uwagę mój brak wykształcenia aktorskiego potwierdzonego dyplomem, cokolwiek bym nie powiedział to strzelam sobie samobója, zostanę odebrany jako uzurpator i arogant, który nie wiedząc nic i nie znając materii, w której się porusza wydaje stanowcze sądy. A zatem cel, pal! Strzelam sobie w stopę, żeby nie powiedzieć, w kolana. Teatr repertuarowy, podobnie jak i cały oficjalny system edukacji aktorskiej opiera się na działalności społecznej, politycznej, bardzo biznesowej i tylko trochę edukacyjnej. Tak nie da się zrobić sztuki. Tak można kultywować snobizm, dawać zarobić znajomym i mieć wszystko pozostałe w dupie. System nie jest sztuką, nie jest spotkaniem człowieka z człowiekiem, nie jest wrażliwością i nie wspiera harmonii. Nie uczyłem się w żadnej tego typu instytucji i nawet z żadną z nich nie współpracowałem, ale znam osoby (uczyłem się nawet od nich), które tę chorobę oferują innym. Nie chcę tego, ani nie chcę takich zaplanowanych artystycznych tendencji rozpowszechniać. Interesuje mnie sztuka, a nie warsztat, działanie, a nie produkowanie, kontakt z widzem, a nie marketing, rozwój, a nie realizowanie projektów, które akurat są dotowane. Nie walczę z systemem, bo ani bym z nim nie wygrał, ani nie udałoby mi się uniknąć zarażenia tą chorobą podczas walki. Robię swoje, na szczęście każdy człowiek ma ten wybór.
Najgorsze pytanie, jakie można sobie zadać, bo biorąc pod uwagę mój brak wykształcenia aktorskiego potwierdzonego dyplomem, cokolwiek bym nie powiedział to strzelam sobie samobója, zostanę odebrany jako uzurpator i arogant, który nie wiedząc nic i nie znając materii, w której się porusza wydaje stanowcze sądy. A zatem cel, pal! Strzelam sobie w stopę, żeby nie powiedzieć, w kolana. Teatr repertuarowy, podobnie jak i cały oficjalny system edukacji aktorskiej opiera się na działalności społecznej, politycznej, bardzo biznesowej i tylko trochę edukacyjnej. Tak nie da się zrobić sztuki. Tak można kultywować snobizm, dawać zarobić znajomym i mieć wszystko pozostałe w dupie. System nie jest sztuką, nie jest spotkaniem człowieka z człowiekiem, nie jest wrażliwością i nie wspiera harmonii. Nie uczyłem się w żadnej tego typu instytucji i nawet z żadną z nich nie współpracowałem, ale znam osoby (uczyłem się nawet od nich), które tę chorobę oferują innym. Nie chcę tego, ani nie chcę takich zaplanowanych artystycznych tendencji rozpowszechniać. Interesuje mnie sztuka, a nie warsztat, działanie, a nie produkowanie, kontakt z widzem, a nie marketing, rozwój, a nie realizowanie projektów, które akurat są dotowane. Nie walczę z systemem, bo ani bym z nim nie wygrał, ani nie udałoby mi się uniknąć zarażenia tą chorobą podczas walki. Robię swoje, na szczęście każdy człowiek ma ten wybór.
Dlaczego ja sobie pozwalam na grzebanie się w człowieku?
Bo na warsztaty przychodzą ludzie, którzy chcą ze sobą pracować, rozwijać się artystycznie albo radzić sobie ze swoimi stanami emocjonalnymi, egzystencjalnymi. Narzędziem pracy aktora jest on sam, jego ciało, duch, psychika i wszystko inne, co da się nazwać i to, co umyka nazwom. Jeżeli jesteś kierowcą, musisz mieć sprawny samochód i umieć nim kierować. W aktorstwie musisz mieć sprawnego siebie i wiedzieć, co w sobie nosisz i jakie to jest, a potem to wykorzystywać. Połączenie pracy aktora z terapią czy z rozwojem osobistym jest więc oczywiste. Wszędzie gdzie wkraczamy w siebie, musimy być gotowi na wyzwania, a przede wszystkim na rzucenie światła na swoje wnętrze (i zewnętrze) i zaproszenie do siebie drugiego człowieka, partnera, reżysera, a ostatecznie widza. Nie może być inaczej. Jeśli byśmy chcieli przejść suchą stopą przez morze to albo utoniemy, albo odlecimy w ułudę udając, że nie toniemy. Nie życzę tego nikomu, dlatego oferuję ciężką pracę. Oczywiście ciężka praca nie jest dla każdego - wiele osób ma już to, czego szuka i nie potrzebuje ze sobą nic robić.
Bo na warsztaty przychodzą ludzie, którzy chcą ze sobą pracować, rozwijać się artystycznie albo radzić sobie ze swoimi stanami emocjonalnymi, egzystencjalnymi. Narzędziem pracy aktora jest on sam, jego ciało, duch, psychika i wszystko inne, co da się nazwać i to, co umyka nazwom. Jeżeli jesteś kierowcą, musisz mieć sprawny samochód i umieć nim kierować. W aktorstwie musisz mieć sprawnego siebie i wiedzieć, co w sobie nosisz i jakie to jest, a potem to wykorzystywać. Połączenie pracy aktora z terapią czy z rozwojem osobistym jest więc oczywiste. Wszędzie gdzie wkraczamy w siebie, musimy być gotowi na wyzwania, a przede wszystkim na rzucenie światła na swoje wnętrze (i zewnętrze) i zaproszenie do siebie drugiego człowieka, partnera, reżysera, a ostatecznie widza. Nie może być inaczej. Jeśli byśmy chcieli przejść suchą stopą przez morze to albo utoniemy, albo odlecimy w ułudę udając, że nie toniemy. Nie życzę tego nikomu, dlatego oferuję ciężką pracę. Oczywiście ciężka praca nie jest dla każdego - wiele osób ma już to, czego szuka i nie potrzebuje ze sobą nic robić.
Dlaczego na moje warsztaty przychodzą różni ludzie?
Bo sztuka nie jest zawodem, tylko pasją, powołaniem. Jest okienkiem, przez które możemy zobaczyć świat, drugiego człowieka. Jeśli się postaramy, to możemy nawet przez to okienko z kimś pogadać, uścisnąć mu dłoń. Każdy tego potrzebuje i dzielenie ludzi na "profesjonalnych aktorów" i amatorów czy naturszczyków (jestem ciekawy, jakich jeszcze słów można użyć, żeby pokazać, że osoby z dyplomem są "lepsze") jest kontrproduktywne. Jeśli do mnie na warsztaty przyjdzie ktoś, kto się uważa za aktora, i spotka z drugim człowiekiem, którego uzna za laika i z tego powodu nie będzie chciał z nim pracować, nie będzie go ciekawy, to dla mnie nie jest artystą. Jest zwykłym najemnikiem – robi różne rzeczy za kasę, ale gardzi sztuką i bezcześci słowo "aktor".
Bo sztuka nie jest zawodem, tylko pasją, powołaniem. Jest okienkiem, przez które możemy zobaczyć świat, drugiego człowieka. Jeśli się postaramy, to możemy nawet przez to okienko z kimś pogadać, uścisnąć mu dłoń. Każdy tego potrzebuje i dzielenie ludzi na "profesjonalnych aktorów" i amatorów czy naturszczyków (jestem ciekawy, jakich jeszcze słów można użyć, żeby pokazać, że osoby z dyplomem są "lepsze") jest kontrproduktywne. Jeśli do mnie na warsztaty przyjdzie ktoś, kto się uważa za aktora, i spotka z drugim człowiekiem, którego uzna za laika i z tego powodu nie będzie chciał z nim pracować, nie będzie go ciekawy, to dla mnie nie jest artystą. Jest zwykłym najemnikiem – robi różne rzeczy za kasę, ale gardzi sztuką i bezcześci słowo "aktor".
Dlaczego mój warsztat musi skończyć się spektaklem?
Nie musi. Warsztaty mogą być otwartym procesem. Możliwe nawet, że czasem warto nie kończyć pracy w procesie, nie spinać jej klamrą. Może taki nie zwieńczony dziełem trud jest bardziej inspirujący dla uczestników, bo zostawia w nich chęć dalszych poszukiwań. Osoby prowadzące zajęcia ruchowe czy teatralne, często kończą je w odpowiedzialny sposób, wyciszając towarzystwo, gasząc energię, przywracając "warsztatowcom" ich wyjściowe nastawienie, etc. Myślę, że spektakl oparty na improwizacji jest czymś przeciwnym – otwierającym i mocnym impulsem, powodującym, że po warsztatach również chce się działać. Napisałem niedawno wiersz, w którym padają takie oto słowa: "poczta służy do wycinania pocztówek z życia, widokówek pamięci, której nie było". Ja nie chcę, żeby wspomnienie warsztatów, ostatecznie było taką pocztówką, czymś, czego właściwie nie było, bo nie wprowadziło zmiany w życiu. Dla mnie to jest właśnie uczciwość i odpowiedzialność, to, że staram się moim partnerom z warsztatów dać najwięcej jak mogę, w końcu oni przeznaczają czas dla mnie, oddają na te kilka, kilkanaście godzin siebie w moje ręce. Dlaczego miałbym nie szanować ich życia i zaufania? Czy gdy masz w ręku cenną wazę, to upuścisz ją na podłogę, żeby się rozbiła albo rzucisz w kąt, żeby osiadał na niej kurz? Nie, będziesz o nią dbał, obrócisz najładniejszą stroną i postawisz na półce, żeby cieszyła Ciebie i Twoich gości. Dlatego na koniec warsztatów jest spektakl.
Nie musi. Warsztaty mogą być otwartym procesem. Możliwe nawet, że czasem warto nie kończyć pracy w procesie, nie spinać jej klamrą. Może taki nie zwieńczony dziełem trud jest bardziej inspirujący dla uczestników, bo zostawia w nich chęć dalszych poszukiwań. Osoby prowadzące zajęcia ruchowe czy teatralne, często kończą je w odpowiedzialny sposób, wyciszając towarzystwo, gasząc energię, przywracając "warsztatowcom" ich wyjściowe nastawienie, etc. Myślę, że spektakl oparty na improwizacji jest czymś przeciwnym – otwierającym i mocnym impulsem, powodującym, że po warsztatach również chce się działać. Napisałem niedawno wiersz, w którym padają takie oto słowa: "poczta służy do wycinania pocztówek z życia, widokówek pamięci, której nie było". Ja nie chcę, żeby wspomnienie warsztatów, ostatecznie było taką pocztówką, czymś, czego właściwie nie było, bo nie wprowadziło zmiany w życiu. Dla mnie to jest właśnie uczciwość i odpowiedzialność, to, że staram się moim partnerom z warsztatów dać najwięcej jak mogę, w końcu oni przeznaczają czas dla mnie, oddają na te kilka, kilkanaście godzin siebie w moje ręce. Dlaczego miałbym nie szanować ich życia i zaufania? Czy gdy masz w ręku cenną wazę, to upuścisz ją na podłogę, żeby się rozbiła albo rzucisz w kąt, żeby osiadał na niej kurz? Nie, będziesz o nią dbał, obrócisz najładniejszą stroną i postawisz na półce, żeby cieszyła Ciebie i Twoich gości. Dlatego na koniec warsztatów jest spektakl.
Dlaczego ja promuję improwizacje?
Myślę, że powód mojego zainteresowania improwizacją jest banalny. Trywialny i może nawet komuś wyda się śmieszny. Ja po prostu mam problemy z uczeniem się tego, czego ode mnie się wymaga. W szkole czytałem podręczniki i encyklopedie na innych stronach niż te zadane. Teraz, gdy ktoś każe mi się uczyć tekstu, to zamiast sobie go wbijać w pamięć znajduje fragment, który mnie najbardziej interesuje i szukam w nim sensu, interpretuję na różne sposoby i ostatecznie wcale się go nie uczę na pamięć tylko międlę w głowie w różnych odmianach. Podobnie jest z tańcem, śpiewem czy ćwiczeniami fizycznymi. Nuty, rytm albo choreografia są dla mnie tylko sygnałem, żeby coś robić. Coś swojego. Czyli improwizować. Przez długi czas ten brak przyswajania struktur uznawałem za swój wielki problem, teraz przyjąłem to jako błogosławieństwo i rozwijam się w przeciwnym kierunku: próbuję szukać własnego rytmu, własnego sensu, barwy głosu i nastroju. I tym zarażam innych. Podczas swoich warsztatów dzielę się swoim podejściem do wyławiania z rzeczywistości i samego siebie impulsów, które dają podstawę improwizacji. Pojawia się oczywiście pytanie: jaką jakość może mieć spektakl po dwóch dniach pracy, szczególnie z założeniem, że pracujemy z "amatorami". I odpowiedź daje właśnie improwizacja. Oczywiście, przez dwa dni nie da się nikogo przygotować do spektaklu w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ale można go bardzo dobrze przygotować do improwizacji. Do porzucenia struktury, struktury tekstu, struktury przedstawienia, zapisu nutowego, ograniczeń dnia codziennego. Efektem jest nieskrępowane działanie, brak działania, cisza lub kakofonia. Czasem z takiej pracy pojawia się coś, co ma sens, co wygląda jak wyreżyserowana scena. Jak to się dzieje? To prostu ludzie są twórcami, tak samo wielkimi twórcami jak Leonardo da Vinci, Spielberg i Niżyński. Tu i teraz mogą tworzyć i pokazać na bieżąco swoje dzieło. To się da zrobić i to się robi.
Myślę, że powód mojego zainteresowania improwizacją jest banalny. Trywialny i może nawet komuś wyda się śmieszny. Ja po prostu mam problemy z uczeniem się tego, czego ode mnie się wymaga. W szkole czytałem podręczniki i encyklopedie na innych stronach niż te zadane. Teraz, gdy ktoś każe mi się uczyć tekstu, to zamiast sobie go wbijać w pamięć znajduje fragment, który mnie najbardziej interesuje i szukam w nim sensu, interpretuję na różne sposoby i ostatecznie wcale się go nie uczę na pamięć tylko międlę w głowie w różnych odmianach. Podobnie jest z tańcem, śpiewem czy ćwiczeniami fizycznymi. Nuty, rytm albo choreografia są dla mnie tylko sygnałem, żeby coś robić. Coś swojego. Czyli improwizować. Przez długi czas ten brak przyswajania struktur uznawałem za swój wielki problem, teraz przyjąłem to jako błogosławieństwo i rozwijam się w przeciwnym kierunku: próbuję szukać własnego rytmu, własnego sensu, barwy głosu i nastroju. I tym zarażam innych. Podczas swoich warsztatów dzielę się swoim podejściem do wyławiania z rzeczywistości i samego siebie impulsów, które dają podstawę improwizacji. Pojawia się oczywiście pytanie: jaką jakość może mieć spektakl po dwóch dniach pracy, szczególnie z założeniem, że pracujemy z "amatorami". I odpowiedź daje właśnie improwizacja. Oczywiście, przez dwa dni nie da się nikogo przygotować do spektaklu w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ale można go bardzo dobrze przygotować do improwizacji. Do porzucenia struktury, struktury tekstu, struktury przedstawienia, zapisu nutowego, ograniczeń dnia codziennego. Efektem jest nieskrępowane działanie, brak działania, cisza lub kakofonia. Czasem z takiej pracy pojawia się coś, co ma sens, co wygląda jak wyreżyserowana scena. Jak to się dzieje? To prostu ludzie są twórcami, tak samo wielkimi twórcami jak Leonardo da Vinci, Spielberg i Niżyński. Tu i teraz mogą tworzyć i pokazać na bieżąco swoje dzieło. To się da zrobić i to się robi.
Dlaczego ja twierdzę, że wiem, co to jest improwizacja?
To najlepsze pytanie, jakie może sobie artysta zadać. Każdy inaczej myśli o improwizacji. Ludzie mylą ją z wariacją, interpretacją, chwaleniem się techniką, pokazywaniem swoich flaków na scenie, (czyli w bardziej zakłamanej wersji: pokazywaniem emocji), etc. Dla mnie improwizacja ma swoje dwa bieguny. Pierwszym jest impuls, drugim odpowiedź na niego. Im subtelniejszy impuls i im bardziej przejrzysta i spójna reakcja tym lepsza improwizacja. A im krótsza droga między bodźcem i odpowiedzią tym więcej wolności i piękna w działaniu. Czy improwizacja to chaos? Jak w wielu tego typu zagadnieniach kluczem jest wiara. Jeśli wierzysz, że człowiek jest papką ulepioną z przypadkowych atomów gliny, to wszystko, co ta papka zrobi jest chaosem. Kilka dni temu byłem na wykładzie Ivana Wyrypajewa, który jak Don Kichot usiłował przekonać słuchaczy, jak ważna jest hierarchia, jak ważna jest relacja: lepszy-gorszy, mądrzejszy-głupszy, piękniejszy-brzydszy. Współczesny świat odrzucił i zniszczył hierarchię i w tym zniszczeniu idzie coraz dalej. To jest chaos! Człowiek i jego twórczość nie są chaosem, tylko harmonią.
To najlepsze pytanie, jakie może sobie artysta zadać. Każdy inaczej myśli o improwizacji. Ludzie mylą ją z wariacją, interpretacją, chwaleniem się techniką, pokazywaniem swoich flaków na scenie, (czyli w bardziej zakłamanej wersji: pokazywaniem emocji), etc. Dla mnie improwizacja ma swoje dwa bieguny. Pierwszym jest impuls, drugim odpowiedź na niego. Im subtelniejszy impuls i im bardziej przejrzysta i spójna reakcja tym lepsza improwizacja. A im krótsza droga między bodźcem i odpowiedzią tym więcej wolności i piękna w działaniu. Czy improwizacja to chaos? Jak w wielu tego typu zagadnieniach kluczem jest wiara. Jeśli wierzysz, że człowiek jest papką ulepioną z przypadkowych atomów gliny, to wszystko, co ta papka zrobi jest chaosem. Kilka dni temu byłem na wykładzie Ivana Wyrypajewa, który jak Don Kichot usiłował przekonać słuchaczy, jak ważna jest hierarchia, jak ważna jest relacja: lepszy-gorszy, mądrzejszy-głupszy, piękniejszy-brzydszy. Współczesny świat odrzucił i zniszczył hierarchię i w tym zniszczeniu idzie coraz dalej. To jest chaos! Człowiek i jego twórczość nie są chaosem, tylko harmonią.
Dlaczego ja nie opowiadam o sobie?
Bo przeszłość nie jest ważna. 98% społeczeństwa, potencjalnych widzów chce twardych faktów: dyplomów renomowanych uczelni, odniesienia do literatury, cytatów. Bardzo proszę, szukajcie ich w wolnym czasie, ale co Wam da wiedza o jakichś faktach z cudzego życia, gdy przychodzicie na spektakl? Kilka miesięcy temu wystawialiśmy nietypowy spektakl teatru ruchu, nie padały tam żadne słowa, nie było muzyki z taśm. Po prostu akcja fizyczna. W pierwszym rzędzie zasiadł mój kolega i prawie przez cały spektakl czytał jakieś pismo. Oprawiłbym go w ramki. To jest właśnie przykład widza, który jest tu i teraz, ale zamiast patrzeć, słuchać i UCZESTNICZYĆ woli szukać jakiejś iluzorycznej wiedzy w tym, co ktoś inny kiedyś zrobił, powiedział, napisał. To po prostu strata czasu. Zostawmy grzebanie się w faktach biografom i naukowcom, my artyści twórzmy te fakty i patrzmy w przód szukając okazji do wykonania następnego kroku.
Bo przeszłość nie jest ważna. 98% społeczeństwa, potencjalnych widzów chce twardych faktów: dyplomów renomowanych uczelni, odniesienia do literatury, cytatów. Bardzo proszę, szukajcie ich w wolnym czasie, ale co Wam da wiedza o jakichś faktach z cudzego życia, gdy przychodzicie na spektakl? Kilka miesięcy temu wystawialiśmy nietypowy spektakl teatru ruchu, nie padały tam żadne słowa, nie było muzyki z taśm. Po prostu akcja fizyczna. W pierwszym rzędzie zasiadł mój kolega i prawie przez cały spektakl czytał jakieś pismo. Oprawiłbym go w ramki. To jest właśnie przykład widza, który jest tu i teraz, ale zamiast patrzeć, słuchać i UCZESTNICZYĆ woli szukać jakiejś iluzorycznej wiedzy w tym, co ktoś inny kiedyś zrobił, powiedział, napisał. To po prostu strata czasu. Zostawmy grzebanie się w faktach biografom i naukowcom, my artyści twórzmy te fakty i patrzmy w przód szukając okazji do wykonania następnego kroku.
Dlaczego nie?
