
Fotografia portretowa tylko pozornie jest prosta i oczywista. W rzeczywistości to jeden z najbardziej wymagających obszarów fotograficznego zawodu. Przyczynę tego nie trudno zrozumieć. Portret – czy to malarski, czy fotograficzny, jest nie tylko zadaniem z zakresu sprawności warsztatowej, ale przede wszystkim ćwiczeniem z psychologii.
REKLAMA
„Umiejętność pracy z modelem” – to bardzo zgrabne określenie, używane często, i równie często nadużywane. Co ono w zasadzie oznacza? Z jednej strony to zdolność obserwacji, wychwycenia najważniejszych cech portretowanej osoby, tak aby jej zewnętrzność powiedziała widzowi wiele o charakterze fotografowanego bohatera, o jego usposobieniu, stosunku do świata, o tym co jest dla niego ważne, na czym się skupia i co ceni. To bardzo trudne, zwłaszcza gdy nie portretujemy kogoś, kogo prywatnie dobrze znamy. Trudne szczególnie, gdy nie mamy czasu, aby się zaprzyjaźnić, a tylko klika minut, w trakcie których należy zrobić to jedno, trafne ujęcie, które stanie się wizualnym ekwiwalentem naszego bohatera. Niełatwo jest także, kiedy portretujemy autorytet w jakiejś dziedzinie, czy też wybitnego artystę. Najtrudniej, kiedy go szanujemy, znamy jego dzieła i chcielibyśmy, aby w powstającym zdjęciu był też jakiś rys, a może tylko nastrój, jego twórczości.
Żyjemy w świecie nadprodukcji obrazów. Sami często fotografujemy, ale też jesteśmy fotografowani. Chcemy na zdjęciach „dobrze wyglądać”, choć często trudno nam zdefiniować, co to właściwie znaczy. Nie jest prawdą, że zależy nam wyłącznie na szczupłej sylwetce oraz wyglądzie młodym, atrakcyjnym i optymistycznym. Częściej poszukujemy w zdjęciu pewnego rodzaju prawdy o sobie, czegoś co czyni nas mocno podobnymi w naszym, bardzo subiektywnym odczuciu. Od kilku dziesięcioleci przecież wiemy, że prawda fotografii, tak podkreślana i poszukiwana w jej początkach, nie istnieje. Na jednym portrecie czujemy się sobą, na innym uważamy, że jesteśmy do siebie zupełnie niepodobni. Oba mogą powstać w odstępie kilku chwil. Najczęściej różni je to, poza przypadkiem który jest w fotografię wpisany od zawsze, że jedno ze zdjęć wykonał dobry portrecista, świadomy swojego bohatera i używanego fotograficznego medium, a drugie postało amatorsko. To czy bohater zdjęcia zaakceptuje swój wizerunek i będzie się z nim identyfikował, to bardzo ważna dla fotografa kwestia. Prawdziwe wyzwanie portrecisty.
Wystawa fotograficznych portretów Daniela Raczyńskiego wiele mówi o nim, jako o fotografie. Przygotowana przez autora, uprawnia widzów, do oceny. Tym razem mamy ułatwione zadanie. W wielu wypadkach znamy twarze portretowanych osób ze szklanego ekranu. To nie anonimowi ludzie, a gwiazdy: Daniel Olbrychski, Volker Schlöndorff, Andrzej Wajda, David Lynch, Keanu Reeves, Krzysztof Majchrzak, Jan Jakub Kolski, Marcin Dorociński, Weronika Rosati, Magdalena Cielecka czy Vittorio Storaro. Portrety robiono im po wielokroć. To oznacza nie tylko, że mamy w pamięci dobrze utrwalony ich obraz, ale też i to, że oni, pozując często, opracowali już swój wygląd, i za każdym razem kreują go podobnie. To niewygodna sytuacja dla fotografa, który nie chce być tylko obiektywnym dokumentalistą.
Bohaterowie Daniela Raczyńskiego nie są oczywiści, nie są zawsze tacy sami. Ich portrety często nas zaskakują. Nie jest to jednak zaskoczenie wynikające ze sztucznie narzuconych udziwnień, a moment, w którym mamy wrażenie, że aktor zrzucił maskę, że reżyser pokazał się nam nieco bardziej prywatnie i po ludzku. Wajda jest przede wszystkim nauczycielem, choć dobrodusznym; Weronika Rosati kobietą piękną, ale już dojrzałą i mądrą; Magda Cielecka – nadal atrakcyjna, widzi jednak cały cynizm tego świata; Kolski zawsze po pierwsze patrzy na drugiego człowieka; a Lynch żyje po to, by eksperymentować. Ich portrety przykują uwagę mediów, a i dla Daniela Raczyńskiego są ważne. Jednak nieco ważniejsi dla fotografa są pozostali bohaterowie tej wystawy - bohaterowie drugiego planu – mniej znani aktorzy, operatorzy, scenarzyści. Z nimi pracuje się lepiej, są nieco mniej zmęczeni, na zainteresowanie i uwagę odpowiadają przychylniej, mają więcej czasu do zmarnowania. Wiemy o nich mniej, a ich twarze nie zużyły się nam jeszcze w pamięci. Spotykamy ich jako ciekawe, intrygujące osobowości. Dzięki zdjęciom Daniela intrygują nas nie tylko jako ludzie, mamy też ochotę dowiedzieć się więcej na temat tego, co robią i tworzą. Nie oznacza to że, ich portrety są pochlebione. Czasami nawet przeciwnie. Mówią jednak wiele o przedstawionych osobach, pozwalają choć odrobinę poznać ich charakter i zajrzeć w głąb duszy. Niejednokrotnie określa ich gest, słusznie wyłapany, a może i sprowokowany przez fotografa. Te gesty skracają lub budują dystans między bohaterami a widzem. Dystans, którego ludzie kina są doskonale świadomi.
Ludzi kina na potrzeby tej ekspozycji Daniel Raczyński nazwał Demiurgami. Miał na myśli, jak sądzę, najprostsza definicję tego określenia. Bardzo dobrze pasuje ona do zbioru portretowanych osób. To budowniczowie kina, jego twórcy, jego rzemieślnicy, którzy na codzień urzeczywistniają kinową kuchnię. To nie przypadek. Wszystkie prezentowane na wystawie zdjęcia zrealizowane zostały w trakcie specyficznego kinowego święta, jedynego w swoim rodzaju, jakim jest Camerimage – Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych. To impreza wyjątkowa. Przyjeżdżają na nią najwybitniejsi twórcy filmowi z całego świata. Traktują to jako niezwykłą okazję, aby spotkać się z publicznością, i aby spotkać siebie nawzajem, w nieformalnej atmosferze. Czasami także oglądają kinowe projekcje.
Festiwal to kilka męczących, bardzo intensywnych dni. To zmęczenie widać na zdjęciach Daniela Raczyńskiego. Nikt go nie ukrywa, fotograf też nie próbuje. Silna kontrastowość zdjęć, wręcz ich dzięki światłu teatralizacja, wydobywając rysy twarzy, dodatkowo jeszcze to zmęczenie uwypukla. To jednak dobrze. Tak samo jak dobra jest tu scenografia, zdecydowanie kinowa, ciągle ta sama. Przy jej pomocy – tych kilku ścian, obrotowych drzwi, jakichś szklanych tafli w festiwalowym foyer i kinowych foteli Daniel Raczyński aranżuje plany ciekawe, ale i też typowe dla czasu i miejsca, typowe dla jego bohaterów. Oglądając wystawę Raczyńskiego oczywiście patrzymy na nią, jak na zbiór świetnych portretów. Zza nich jednak wyłania się dokument o niezwykłej atmosferze Camerimage i jej bohaterach – ludziach kina, którzy są tam na wyciągniecie ręki, nie stroniąc od kontaktów z publicznością.
Wiele lat temu, jako osoba bardzo młoda i trochę nieśmiała, byłam wśród festiwalowej publiczności Camerimage. Poznałam wtedy sympatycznego mężczyznę, który przysiadł się do mojego stolika z powodu braku wolnych miejsc. Oboje jedliśmy kanapki z łososiem, gdyż niewiedzieć czemu, przez kilka lat z rzędu, w festiwalowym bufecie nie podawano niczego innego. Rozmawialiśmy przy tym posiłku, o oglądanych filmach oczywiście, ponieważ miły pan podtrzymywał rozmowę, męcząc się z moim, koszmarnym wtedy, językiem angielskim. Najwyraźniej kultura nie pozwalała mu na milczącą konsumpcję. Rozmowa była przemiła i mądra. Na koniec posiłku, ta sama kultura osobista, nakazała się owemu mężczyźnie przedstawić. Usłyszałam: „A tak nawiasem mówiąc to David Lynch jestem”. Dla młodej dziewczyny było to niesamowite przeżycie. Poza Camerimage nie do powtórzenia. To była magia, i coś z tej magii zawarte jest zdecydowanie w portretach Daniela Raczyńskiego.
Agnieszka Gniotek
Otwarcie wystawy już w najbliższy poniedziałek, 8 kwietnia o godz. 19:00
Gdzie?
w MiTo art.café.books w Warszawie przy ul. Waryńskiego 28 (Metro Politechnika)
