Prince Negatif & Sewer Szymon (2006-2013)
Prince Negatif & Sewer Szymon (2006-2013)

Jest rok 2005. I nie pamięta już euforii ani szaleństwa, jakie rozpaliły w nim pierwsze dni nowego wieku. I nie odczuwa lęku i niepewności, które towarzyszyły mu jak przekleństwo przepowiedni w tych dniach ostatnich wieku odchodzącego. Nadzieja, jaką zrodziła magiczna cezura szybko wygasła, po drugiej stronie nie było zbawienia. Z tysiąca światów, los wybrał dla niego jeden, nie przypuszczając wcale, że Prince Negatif – to właśnie o nim od dawna chciałem Wam opowiedzieć – w tym jednym akurat odnajdzie tysiące.

REKLAMA
Koniec lutego. Szklana, bezbarwna, zimna noc. Co robi Łukasz Błażejewski, rachityczny, uroczy blondynek, zdjęty ze zdjęcia, które nie mówi nic, będąc jedynym świadectwem jego odległej obecności, wyjęty ze snu efebofila, który po przekroczeniu granicy własnego upokorzenia pragnie powiedzieć wszystko? „Maluje, tańczy, śpiewa” (sic!) – oto w burzliwej dyskusji na temat jego przyszłości głos zabiera wówczas rozentuzjazmowana dziennikarka „Głosu Głogowskiego”, i to od razu w ten sposób, jakby jemu właśnie chciała odebrać ten głos, zanim zrobią to inni, mówiąc o nim dokładnie to, co kiedyś usłyszeć chcieli o sobie, jedynie to, co się mówi, gdy właściwie niewiele można powiedzieć: to „człowiek o wielu talentach”, a przy tym, o dziwo „skromny i wrażliwy młody człowiek”, bo choć „dobrze się zapowiada”, bo choć „już w najmłodszych latach edukacji szkolnej wyróżniał się zdolnościami plastycznymi”, to przede wszystkim „dużo pracuje”, od razu dużo też pokazuje – „jak zobaczyłam jego prace, to oniemiałam. Już wtedy wiedziałam, że ma talent, jest nieprzeciętnie zdolny, świeży i niezepsuty”. Zbyt wcześnie poczuje smak sukcesu, który zrodzi w nim arogancką pewność, że odtąd zmierzał będzie od zwycięstwa do zwycięstwa – „zebrał bardzo pozytywne recenzje”, „zasypano go pochwałami”, „wzbudził duże zainteresowanie”. Co teraz? „Teraz odrobina szczęścia…i kto wie?”, „warto go odkryć i myślę, że trzeba mu pomóc”, a mówiąc całkiem otwarcie – „młodemu twórcy przydałby się sponsor”. Tyle, że jego potrzeby, coraz to bardziej rozbuchane, daleko przekraczają możliwości, z których dotąd ochoczo korzystał, od dawna zresztą zmierzają równolegle w zupełnie innym kierunku. Oto bowiem stoi na progu rozkoszy o niebo większej niż rozkosz artystycznego spełnienia, kołacze do bram raju i we śnie, nie znając jeszcze innego imienia, wzywa owego fantazmatycznego Mistrza, rzecz jasna, w postaci dobrze zbudowanej, gęsto owłosionej, z kosmicznym – a jakże ! – kutasem: „Weź mnie proszę na swoje ramiona i zabierz mnie do swojego domu”. Czy ktoś usłyszy błagalny skowyt pieprzonego onanisty, S.O.S niedoszłego samobójcy? Czy czeka ktoś po drugiej stronie tak wcześnie rozpoznanego, lecz wciąż wstydliwego pragnienia?
On sam – bo takie wyzwanie rzuca swej delikatnej naturze – nie liczy na sponsora. Co robi? A co może robić ktoś, kto się właściwie nigdy nie narodził (wedle rejestru szpitalnego przyjść miał na świat 31 lutego), ktoś, kto pojawił się skądinąd, bo wciąż nie wiadomo skąd, i zawsze był akurat gdzie inadziej niż byli wszyscy inni? Potworny odmieniec, tyleż pociągający, co odrażający, od wczesnej młodości idący po liniach ostrych, strzelistych, granicznych, a nigdy drogą na skróty. Widzicie go teraz – bezdomną, kampową dziwkę, która bez przerwy wzywa Was do siebie, wyprowadza z domu, ciągnie na miasto, odbierając Wam to, co zdążyliście w sobie oswoić, w świecie obłaskawić. Bo jest to właśnie ten Wasz wymarzony, spotulony i spolegliwy niewolnik, który w finale – wiem o tym dobrze, dopiero teraz – nieoczekiwanie, a przecież rozmyślnie, zdradza swojego Pana… Zawsze tak wiele, zbyt wiele jest słów pragnących przywoływać to, co powstaje po drugiej stronie, ale trzeba Wam wiedzieć, że Prince – i jest to jedyna chyba granica jego nieumiarkowania – nigdy nie nadużywa języka.
Wyposażony w liczne stypendia i dotacje płynące z urzędu miasta we Wrocławiu (gdzie wówczas studiuje na Akademii), od prezydenta miasta Głogowa (gdzie spędza dzieciństwo na blokowisku, w cieniu wielkiej historii, która w ogóle go nie dotyczy), z kasy Socratesa i Erasmusa (od pierwszego dowiaduje się dość wcześnie o pozytywnych aspektach niewiedzy, od drugiego przejmuje wprost pochwałę głupoty, tyle, że wbrew jego intencjom) czy wreszcie będzie mógł urzeczywistnić marzenia prześladujące go od dzieciństwa? Gdy uzbrojony w całkiem pokaźną sumę ze sprzedanych obrazów w czasie siódmej już wystawy indywidualnej, wspierany nadzieją tych (a jest ich wielu), którzy ulokowali w nim swoje zmarnowane ambicje, a w jego pracach kapitał przeznaczany zwyczajowo na cele pozaestetyczne, wyrusza w swą pierwszą podróż do Francji. Być jak Andy Warhol, jak Jean-Michel Basquiat, chce być jak David Bowie, Michael Jackson… chce być po stronie tych, co z własnego ciała stworzyli corpus sztuki.
I choć nie będzie to jeszcze mityczny, wyśniony Paryż, leżący daleko po drugiej stronie nocy, i tak szaleje z podniecenia, i myśli sobie, że świat wreszcie się przed nim otwiera i odtąd wszystko, tak czuje w swej naiwności, naprawdę wszystko w nim może się zdarzyć. Ma ledwie 23 lata, ale wie, że jeśli nie teraz, to nigdy. W autokarze, w tę szklaną, bezbarwną, zimną noc wertuje słownik polsko-francuski (prezent na tę okoliczność od jednego wielbiciela): jestem Łukasz (je m’appelle Lukasz), jestem artystą (je suis artiste), zerznij mnie albo spieprzaj! (baise-moi ou casse-toi!). Albo-albo (nie zna tego filozofa, ale sam teraz wymyśla jego myśl), bo nie ma już czasu na hamletyzowanie: być albo mieć (tego też nie zna, ale z zasady odrzuca postewangeliczne alternatywy), być albo nie być (piękne, myśli sobie, dramatyczne, może jednak zbyt dosłowne?), i wreszcie – być sobą (co to znaczy – zostań tym, kim jesteś?) albo być kimś innym (tylko co to znaczy – poszukaj innego w sobie?). „Jadę do Orleanu, zaraz wracam” – to tytuł pierwszego wywiadu w gazecie. Wraca po 6 miesiącach, i jakby nigdy nic, a jednak odtąd jest tak jakby nigdy nie wrócił i nikt nie powie mu: „dobrze, że wróciłeś”, bo przecież żaden z nich (niedoszłych kochanków, zazdrosnych sąsiadów) naprawdę nie chciał, żeby wyjeżdżał a po powrocie nagle go nie rozpoznaje. Nie wiedząc nic o tym, co się właściwie stało w Orleanie, nie wie jak teraz ma z nim rozmawiać, bełkocze tylko wikłając się we własne nieporadności, po drugiej stronie napotyka jedynie jego milczenie.
3 lata wcześniej udaje mu się uzyskać świadectwo dojrzałości w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Zielonej Górze, w województwie lubuskim. I na tym świadectwie następujące „wyniki klasyfikacji końcoworocznej”:

1. religia/etyka – celujący (z pewnością uwierzył, że jest bogiem. Po ujawnieniu swojego pedalstwa w czasie „spowiedzi z całego życia”, członkinie wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym wzywają egzorcystę, księdza Grzyba, a ten z braku odpowiednich narzędzi namaszcza go olejami ostatniej posługi, zapowiadając niejako rychłą śmierć i niemniej rychłe jego zmartwychwstanie, a wyczerpując tym samym wachlarz świętych możliwości odsyła – i słusznie – do psychologa).
2. zachowanie – wzorowe (o bosze, jaki grzeczny jest to chłopiec, jaki milutki, taki słodziutki, chou-chou de la maîtresse, do dziś jedni zwracają się do niego maluszek, inni zaś cherubinek. Widać psycholog nie zawiódł pokładanych w nim nadziei, nauczył go jak ma skutecznie od-twarzać siebie)
3. język francuski – dobry (chyba na wyrost, bo nawet po tylu wyjazdach i tylu usiłowaniach zdarza mu się dość często pomylić rybę (poisson) z trucizną (poison), pewnych konstrukcji (jak subjonctif) unika jak ognia, innych (futur proche, a zwłaszcza passif) nadużywa wbrew ich przeznaczeniu).
4. biologia – bardzo dobry (dosyć to zaskakujące, w końcu wiadomo i to dość wcześnie, że właściwym jego środowiskiem, środowiskiem, by tak rzec, naturalnym, będzie świat rzeczy, które udają coś czym nie są. A może i nie jest to zaskakujące, skoro z tych rzeczy właśnie zrodzi się jego „martwa natura”)
5. wychowanie fizyczne – bardzo dobry (owszem lubi gimnastykę, taniec towarzyski, zabawę w berka, a jednak gardzi futbolem, koszykówką i w ogóle męską grupową rywalizacją, co nie przeszkadza mu chętnie się jej przyglądać)
6. wiedza o życiu seksualnym człowieka – uczestniczył, ale nie otrzymał żadnej noty (ciekawe i trochę dziwne: czy na zajęciach nie potrafił wykazać się dostateczną aktywnością? Czyż przykładnie nie odrabiał lekcji w domu, na trzepaku, w piwnicy u stryjka, w miejskim szalecie?)
7. przysposobienie obronne – celujący (jak trudno w to uwierzyć! Jest taki fotomontaż: klęczący Prince z pistoletem w ustach: „pif paf”, jest też inny: nagi, bezbronny Prince po drugiej stronie frontu, pośród żołnierzy naszego wroga: „miau”)
8. szczególne osiągnięcia – wyróżnienie w „III turnieju Jednego Wiersza o Laur Profesora Kotarbińskiego” („chciałbym być tęczą” napisał w tym wierszu, i będzie tęczą, i z pewnością nie będzie poetą).

A zdarza się to wszystko z dala od domu, w obskurnym akadamiku pełnym przemocy pryszczatych heteryków, w kieracie 40-godzinnego tygodnia nauki, w odosobnieniu, w uzależnieniu, w ukryciu. Ma w sobie tupet i pychę prowincjusza, ma w sobie wolę zdobywania, egoizm samorozwoju, chce wiedzieć wszystko, chce robić wszystko. Malarstwo, rysunek techniczny/rysunek zawodowy (kto pozna choćby różnicę między nimi?), kompozycja, rzeźba, kaligrafia, typografia, technologia, fotografia dokumentalna, techniki graficzne, grafika komputerowa, dizjan, aranżacja wnętrza (także wnętrza książki), techniki zdobnicze… jego specjalność to „wystawiennictwo”, wystawiennictwo, czyli przyszła scenografia, scenografia, czyli wszystko, bo wszystko w tym wypadku nie znaczy nic. Czyli co? Wciąż nie wiadomo. W swej pracy bowiem, jak w życiu nigdy nie zrezygnuje z żadnej możliwości, nie oprze się żadnej pokusie, gdy się rozpędzi tysiącem tęsknot, nikt i nic go nie powstrzyma, ani pamięcią niedawnych odkryć, ani nieznośną przyjemnością tego, co dobrze znane, tym mniej swym przywiązaniem, najmniej swoją miłością. Zawsze podziwiałem w nim to pożeranie świata, które wydawało mi się wiecznym dążeniem do pełni poznania, do doskonałości wyrazu, dziś myślę, że było permanentną ucieczką. Zawsze ceniłem odwagę jego wyborów, upór w działaniu, dziś myślę, że były jedynie gorączką frustracji. Ostatnia scenografia przygotowana przez niego do głośnej wystawy wciąż młodych i wciąż najzdolniejszych na scenie polskiej plastyki, do której niestety nie został zaproszony, noszącej tytuł „Powrót do Domu” okazała się, zupełnie nie z jego winy, dość żenującym nieporozumieniem. Do domu, jak wiele razy wcześniej do tego czy innego, a zawsze uwierającego swą nadmierną troską czy monotonną czułością i tym razem nie powrócił. I nie powróci już do tego domu, który tak bardzo pragnął być prawdziwym Domem a rozkoszując się w tym pragnieniu nagle podarowanym od losu szczęściem, w niezłomnej pewności trwania, nigdy wszak nim nie był.
O tym, co się wydarzyło w Orleanie wiadomo niewiele. Jedni mówią, że żył wówczas na marginesie zdarzeń, zasklepiony w przewlekłej depresji, porzucony w chorobie przez współlokatora, któremu przesadnie zaufał, odepchnięty przez środowisko, w którym chciał zaistnieć, szykanowany przez lokalną polonię wymagającą od nowo przybyłych uznania dla własnych dokonań i pokory, której on w sobie nigdy nie mógł znaleźć. Inni mówią, że dopiero wówczas żył jak prawdziwy książę, nosił się dziwnie i nonszalancko, zaczepiał nieznajomych i wzbudzał powszechne zainteresowanie, rozpaczliwie szukał przygody i niemal dzień w dzień napotykał ją na swojej drodze. Sam Prince nie mówi nic wplątując wszystkich w sieć absurdalnych domysłów, które z wolna przybierają kształt czarnej legendy, skrywającej w sobie pamięć wstydliwych początków. Bo jedno nie ulega wątpliwości, to właśnie w Orleanie, niemal bliźniaczym mieście bliskiego mu ciałem i duchem Królewskiego Miasta Krakowa, leżącym ledwie 135 kilometrów od Paryża, pewnego dnia odnalazł w sobie sobowtóra, zatrzymanego dotąd na samym progu świadomości, zamkniętego w paradoksalnej figurze absolutnego oddzielenia i równie absolutnej tożsamości, po drugiej stronie w olśniewającym przebłysku, pod powierzchnią negatywu, z przerażeniem i fascynacją rozpoznał wreszcie swoją twarz. To najszczęśliwszy dzień w jego życiu i pewnie najsmutniejszy w życiu tych, którzy wcześniej go nie znali. Tego dnia narodził się Prince Negatif.
Tyle wiem (nie więcej), że właśnie tego dnia wycina swoje zdjęcie z legitymacji szkolnej i dorysowuje sobie książęcą koronę, biegnie do pobliskiego ksero, odbija w negatywnie, raz, dwa, trzy, cztery razy, pięć… Podobizny zaczynają się mnożyć, jedną nakleja na płótno i wiesza na ścianie w akademiku, drugą przykleja do fasady Maison de Jeanne d'Arc, jednej z wielkich postaci jego dzieciństwa, trzecią w pobliskim darkroomie (może wisi tam do dziś?), czwartą… i orientuje się nagle, że te plakaty zapowiadają coś więcej niż pokazują a właściwie są już zapowiedzią ponownego debiutu. Po kilku dniach otwiera pierwszą w swej karierze indywidualną francuską wystawę, na wernisaż w Institut d’art visuel przychodzi facet, który onanizuje się klęcząc przed jego wizerunkiem. Na zajęcia espace du livre przygotowuje projekt książki, w której przedstawia pracę swojej wyobraźni – wojsko bliźniaków dbające o jego bezpieczeństwo oraz porządek w świecie, „zwierzęta refleksyjne” (myślące w lustrzanym odbiciu obcych myśli), bliźniacze okna na strzelistych statywach… odwrotność spojrzenia, świat na wspak, opowieść bez początku i końca, podwojenie i rozwarstwienie. Jego sztuka nie będzie negacją rzeczywistości, lecz jej groteskowym, retrospektywnym przenicowaniem. Poczynając od samej techniki: akryl na pleksi, kładziony zawsze od drugiej, niewidocznej strony obrazu, kończąc na samym przedstawieniu: on sam wystawiony na spojrzenia innych, zatrzymany w powolnej agonii niezbornych części swojego ciała. Jeśli w tradycji sięgającej jeszcze czasów starożytnej Grecji, przejętej gwałtem przez chrześcijańką Europę, „to, co po drugiej stronie” zawsze było po stronie prawdy, raz autentyku, innym razem zbawienia, to jest Prince niewątpliwie tej tradycji perwersyjnym uczniem, bo w jego świecie, świecie kopii bez oryginału, mapy bez terytorium, pod powierzchnią wciąż pogrzebana jest (martwa, a jednak) tajemnica. Jeśli obraz (zawsze pełen miejsc ukrytych, odsyłających do głębi swych sensów) zamienia się dziś tak często w fotografię (zawsze pełną światła, które nigdy nie wyjaśnia swej przezroczystości), to tu dzieje się całkiem odwrotnie: fotografia (patrząc na jego prace myślicie, że to są fotografie, a nie są) stopniowo przechodzi w obraz poszukujący interpretacji po drugiej stronie tego, co pokazuje.

I wówczas, niemal z dnia na dzień, Prince przenosi się na drugą stronę: w Musée des sciences naturelles szkicuje martwe owady, w tym również chrząszcze, w tym zwłaszcza skarabeusze (czy szuka w nich symbolu dawnej świętości, może świadectwa ponownych narodzin?), włóczy się po cmentarzach, schodzi do katakumb, odtwarza zdewastowane nagrobki, odwiedza okoliczne „brocanty” i wśród starych, zdezelowanych mebli, nikomu niepotrzebnych książek, znajduje raz plastikową lalkę wzorowaną na słynnej modelce Twiggy Lawson. Tyle, że ta lalka wcale nie jest „lalką”, bo nosi w sobie przerażająco bliską historię, przyciąga go i odpycha zarazem, fascynuje i budzi wstręt, jej salonowy grymas odsłania dawne zranienia, o których nigdy mi nie opowiedział. Odrzucona przez świat – tak o niej mówi – sama się światu narzuca. Mówicie, że jestem anormalny, amoralny, aspołeczny… a ja Wam mówię: tak, taki właśnie jestem. Prince bowiem nigdy nie przeprasza, gdy chce przeprosić po prostu odchodzi, nigdy nie spazmuje i spazmowania innych nie znosi (raz jeden, gdy oglądaliśmy „Billego Eliota”, widziałem jego łzy, i dobrze pamiętam, że to jest jego historia). Bo siedząc przez tyle lat na próbach w teatrze z takim przejęciem odgrywał w sobie obce dramaty, aż do utraty tchu, aż do zatraty, aż wreszcie do zupełnej obojętności, i nie odróżnia już gestu od ręki, która ten gest wykonuje. Twiggy zabierze do Polski, by zrobić z niej prawdziwą gwiazdę: poświęci jej cykl fotografii (wcześniejsze i późniejsze cykle, jak wiadomo, poświęcał wyłącznie sobie), wprowadzi do „Laodamii” granej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, gdzie przez 3 lata wyrzucana będzie i wciągana z powrotem przez okno Pałacu Kultury, przybije do ołtarza w „Gniewie Dzieci”, skandalicznym (jak zawsze!) spektaklu Teatru Nowego w Krakowie, krzyku ofiar nadużyć seksualnych kleru. I wreszcie umieści na stałe w domu na Podgórzu, u Lady Magi, z którą od niedawna prowadzi na scenie niemy dialog: Prince Negatif plus Lady Maga plus Twiggy równa się rodzina, może nieco dziwna, ale rodzina. Innej raczej nie założy.
***
Od tej chwili, gdy go rozpoznałem, jest dla mnie postacią niesamowitą, dziwaczną, niejednoznaczną: egotyczną i pełną empatii, okrutną i spolegliwą zarazem. Kimś, kto z własnego ciała stworzył corpus sztuki na wzór i podobieństwo największych kampowych bohaterów popkultury. Jest artystą wszechstronnym – scenograf, architekt, malarz, grafik, dizajner, performer, rzeźbiarz. Wystawa w MiTo „Prince Negatif/szukajcie mnie po drugiej stronie“ jest jego pierwszą retrospektywą, która pokazać ma dotychczasowy dorobek, jak również niespełnione obietnice: pokrzyżowane plany, niezrealizowane projekty, dzieła niezaistniałe, idzie po linii jego poszukiwań, a nie gotowych artefaktów. Prócz warstwy estetycznej, performatywnej i dokumentalnej, ma również silny wymiar biograficzny, bez którego z pewnością nigdy by nie powstała. Jest bowiem ostatnim rozdziałem pięcioletniej burzliwej historii łączącej artystę z kuratorem, jej nagłym i nieoczekiwanym finisażem, zaskakującą pointą, która z pewnością nie daje żadnej odpowiedzi. Jeśli opowiada pewną historię, to robi to tylko w pewnej mierze, wystarczającej wszak dla miary tego, co nazywacie bezmiarem. Jeśli wyrazić pragnie więcej niż przedstawia, to robi to tylko do pewnego stopnia, ale akurat w stopniu właściwym temu, co niewyrażalne. Albowiem zwieńczeniem fragmentów dyskursu miłosnego nie może być miłosna dedykacja, zamykająca w jednym miejscu, kogoś, kto był wszędzie i zewsząd się wyłaniał. Zwieńczeniem tym może być jedynie pełne krzyku milczenie, chorobliwe rozpamiętywanie, które nie odnajdzie właściwego wyrazu, nie znajdując nigdy swego kresu. Nie mogę pogrzebać jego obrazu, w którym pogrzebałem samego siebie, ale w pisaniu składam do trumny jego ciało. To jest historia, jakich wiele: rozpoznanie-spotkanie-rozstanie, nadejdzie jednak dzień, – i jestem o tym przekonany – w którym Prince obejmie w posiadanie niejedno królestwo również i w obszarze Waszej wyobraźni, pozostawiając w Waszych ciałach i umysłach wyraźny ślad swej odległej obecności, jak pozostawił go we mnie, na zawsze. Nie znalazłem go gdy był blisko. Teraz szukam go po drugiej stronie.
Sewer Szymon
MiTo

MiTo zaprasza na wystawę
PRINCE NEGATIF/szukajcie mnie po drugiej stronie
kurator: Sewer Szymon
Piątek, 31 maja, 21:00 OTWARCIE
Sobota, 15 czerwca, 21:00 Da capo al fine. Przestrzeń klonowania
(występują: Prince Negatif i Lady Ma-ga; współpraca koncepcyjna: Magda Żółczyńska; światło: Marek Kutnik; muzyka: Teoniki Rożynek; dźwięki oddechów: Zbigniew Kozub; intro film: Edward Umiński)

MiTo art.café.books www.mito.art.pl Ludwika Waryńskiego 28, Warszawa (Metro Politechnika)