Przez tyle lat żyli obok siebie nic o sobie nie wiedząc, i nieraz zadeptywali swoje ślady w wąskim kwadracie ulic małego miasteczka. Ile razy mogli się spotkać, nigdy się nie spotkali, tyle mogli sobie opowiedzieć, a nic sobie nie opowiedzieli. I gdy wreszcie odkryli swoje istnienie, i wiele więcej, gdy wreszcie rozpoznali się i w swej rozkoszy i w swoim bólu, to idąc śladami, których nic już teraz zatrzeć nie może, rozstali się na zawsze.

REKLAMA
Nie zdążyli powiedzieć sobie wszystkiego, ale to, co sobie powiedzieli zmusiło ich do milczenia.
Poznali się o tyle, o ile, niedość, tylko w jakieś mierze, wystarczającej wszak dla miary tego, co niepoznawalne. I nie jest to opowieść miłosna, ekstatyczna i dramatyczna, pełna olśnień i rozczarowań, ani dziennik przygodnego romansu jakich wiele, to jest historia niespełniona, bogata w sens, który nigdy nie wypowiedział swojego imienia, pełna zdarzeń niezaistniałych, niepełna, wyobrażona.
A działo się to dokładnie rok temu, na Festiwalu Smaków w Kaliszu, gdzie Asia wystawiała swoje prace pod szyldem „Flat Cat” a Igor wystawił się mimowolnie na jej spojrzenie. I choć spotkanie to, całkiem przypadkowe i całkiem niepotrzebne, tak wiele, i może zbyt wiele, zmieniło w ich życiu, ślad po nim mógłby zaginąć, rozproszony w pamięci innych spotkań, gdyby nie jej fotografia i jego świadectwo i moja opowieść.
Zdjęcie pierwsze: Igor ze schyloną głową, pod osłoną długich blond włosów
Pojawił się tego dnia na mieście, a przecież w ogóle tego dnia nie chciał wychodzić z domu, znudzony monotonią swojego życia, przerażony swą innością, zasklepiony w lęku. Pojawił się w horyzoncie jej oczekiwań, pojawił się w obszarze jej poszukiwań, miał w sobie to, czego ona nigdy nie miała, a zawsze chciała mieć, miał to, o czym ona od dawna chciała zapomnieć. Jej praca nie zyskała uznania w Kaliszu, jej zdjęcia kiepsko się tam sprzedawały. Flat Cat (tak nazwała swą markę) znaczy tyle, co rozjechany kot, i właśnie tak wygląda jej Frida, którą kocha nad życie, z powybijanymi zębami, przetrąconą nogą, gruba i nieatrakcyjna, w wiecznej depresji. Sztuka, pomyślała sobie, wybierając imię dla swojej kotki, wymaga ofiar (bo sama jest ofiarą), rodzi się w bólu, toczy w sobie traumę, wystawia na pokaz swoją porażkę. I tego dnia pobiegła za Igorem, i biegła za nim bez aparatu mimo, że od razu wiedziała, że chce mu zrobić zdjęcie (fotograf bez aparatu czasem odnajduje w sobie utraconą empatię), pobiegła za Igorem, uwiedziona i przerażona jego dziwną urodą, pobiegła za nim, tak sądzę, bo rozpoznała w nim sobowtóra, swoją Fridę, Flat Cat. I wcale mnie to nie dziwi, ja też tego dnia pobiegłbym za Igorem, tyle, że tego dnia tam mnie w ogóle nie było.

Zdjęcie drugie: Igor en face, wzniesione wysoko ramiona, usta otwarte szeroko, i wciąż w zupełnym ukryciu
Niełatwo przekonać go teraz, by został modelem, mimo, że tak bardzo pragnie być modelem, ale nie takim, (nie)przypadkowym, wybranym w dziwnym, niezrozumiałym zachwycie, raczej ze względu na różnicę, a nie podobieństwo, rozziew zamiast przyległości. On chce być „prawdziwym” modelem, jak sobie go wyobraża, wpisanym do jasno określonego kanonu piękna, zgodnym z właściwym rozmiarem i wymaganą proporcją. Początek sesji jest więc przełamywaniem jego onieśmielenia, subtelną, kokieteryjną grą z jego delikatnością, przekraczaniem wstydu, stopniowym rozluźnianiem napiętego ciała. Dlaczego za mną pobiegła? – z pewnością myśl ta nie daje mu spokoju – dlaczego akurat mnie wybrała? Właściwie dlaczego za nim pobiegłaś? Dlaczego akurat jego wybrałaś? Czy wtedy już chciałaś wystawić go na pokaz w prywatnym gabinecie osobliwości, obok Fridy i obok siebie? Jego nieufność odsłania moje podejrzenia, jego wycofanie i jego oddanie jest niemym krzykiem ofiary, echem Twojej przemocy i przemocy samej Fotografii.
Zdjęcie trzecie: Igor z profilu, twarz odsłania w połowie, w połowie zasłania, patrzy jakby z ukosa i jakby wprost na mnie
Tego dnia nad rzeką Prosną, było dużo słońca i jej ulubiony Nikon z obiektywem 50 mm wdzierał się z wolna w najdalsze zakamarki jego życia. Ma wówczas niespełna 20 lat, i chyba udało mu się zrobić maturę, ale studiów nie planuje, i często zmienia prace, i często gra w piłkę i pali jak smok, jak ja. Tyle wiem, nie więcej. O wiele więcej przynosi mi nieumiarkowana gra wyobraźni, pisanie przywołujące nieistniejące, dokładnie w ten sposób, w jaki jej aparat sprawia, że staje się dla mnie – i pewnie wbrew swej woli – odległym fetyszem. Zdziwienie zdążyło już oswoić świat i ze zdziwienia zrodziła się w nim ciekawość. I co teraz będzie? Albo opowie mi wszystko, albo odejdzie w milczeniu, jak wiele razy wcześniej odchodził od ludzi przerażonych jego przerażeniem. Jego spojrzenie ma w sobie obojętność pierwszego spojrzenia, ale – i w tym cała moja nadzieja – ma też stłamszoną rozpacz spojrzenia ostatniego.
Zdjęcie czwarte: Igor uchwycony z dołu, spojrzenie zawieszone w oddali, ale i wbite w siebie, głęboko
Jest prawie pewne, że wygrałby casting na Chrystusa. Jest w nim tyle niezawinionej winy, tyle ufności, oddania przegranej sprawie, że z pewnością dostąpi zbawienia. Zapomniał już, że jest podglądany (nigdy jednak nie zapomina, że jest podejrzany) i daje się poznać w tym, czego wcale nie chce pokazać. Jest męczennikiem, więźniem, ofiarą. Nie chciał, – tak mówi Asia – aby w kadrze znalazła się jego klatka piersiowa, nosząca w swych dolnych partiach ślady niedawnego wypadku, pełna blizn, poskręcana śrubami, osadzona w koronie z drutów. Ale samo zdjęcie w subtelnej grze cieni umieszcza go za kratami, w klatce jego potworności, w więzieniu jego niewinności. Przed nim już tylko śmierć – wie o tym aż nazbyt dobrze – czymże jest to spojrzenie, jeśli nie rozpaczliwą próbą spojrzenia śmierci prosto w twarz, wyzwaniem rzuconym losowi, który sprawił, że jest tak, a nie inaczej, że jest tu, a nie gdzie indziej.

Zdjęcie piąte: Igor lekko przechylony i lekko wzniesiony, usta sklejone w grymasie zniecierpliwienia, czoło ściągnięte, cały otwarty na świat
I wreszcie, i już. Nie szukam już znaków odnoszących do innych znaków, bo jest ich zbyt wiele, albo i wreszcie nie ma ich wcale. Tak zdjęcie nieoczekiwanie stapia się z samą powierzchnią zdarzeń, i zamiast zdejmować coś z rzeczywistości, odsłaniać to, co rzeczywistość w sobie skrywa, przywraca jej utraconą przygodność, banalność, idiotyczność. I zamiast od-twarzać, pozbawiać twarzy na rzecz ikony, z której wygnano wszelką materialność ciała, sprowadza ją znów do tego, co widzę, a nie do tego, co wiem. Igor jest tu i teraz i wobec jego natrętnej obecności, tracę bogactwo fantazmatycznej jego nieobecności. Patrząc na niego, dopiero teraz uświadamiam sobie, że Asia w ogóle go nie zna, a ja w przeciwieństwie do Asi nigdy nawet go nie poznałem.
sewer szymon
W MiTo w poniedziałek 29 lipca
otwarcie wystawy Joanny Korzeniowskiej, na której pojawi się Igor