
"Tomasz Adamek nie boi się postawić rywala do pionu...", czytamy na jednym z obrazów Pauliny Bachledy zatytułowanym po prostu "Adamek" i możemy się jedynie domyślać, że jest to cytat z prezentera sportowego komentującego walkę. Banalność tej konstatacji wydaje się oczywista, lecz jednocześnie niepokojąca. Czy to, że się nie boi, nie świadczy o jakiejś ułomności?
REKLAMA
W końcu strach jest naturalnym odruchem mającym chronić nas przed czyhającymi niebezpieczeństwami. Bokser powinien się czasami bać, po prostu dla swojego dobra. Zresztą można mieć wątpliwości, czy "stawianie do pionu" rywali jest rzeczywiście tym, czego należałoby wobec zawodnika na ringu oczekiwać. Czy nie powinien raczej przeciwnika sprowadzić do parteru?
Ten dysonans – poczucie, że mamy do czynienia z czymś banalnym, a jednocześnie niepokojącym – jest częsty przy oglądaniu obrazów Pauliny Bachledy. Portrety bliskich, autoportrety, martwe natury z przedmiotami codziennego użytku nie są czymś, czego nie znalibyśmy z historii sztuki, czy tym bardziej jej teraźniejszości, a jednak wyróżnia się, zarówna na tle wszechobecnej turystycznej cepelii, jak i zamkniętego obiegu świata sztuki. Bachleda nie jest artystką, która pragnęłaby brylować w salonach warszawskich, czy krakowskich galeriach, ale równie daleka jest od postrzegania malarstwa jako formy czysto komercyjnej, podporządkowanej bezlitosnym regułom popytu. Jest to świadomie wybrana strategia i niewykluczone zresztą, że jedyna dziś możliwa. Być może tylko na marginesach rynku i systemu sztuki da się nie wpaść całkiem w sidła grant-artu podporządkowanego instytucjom kultury, czy zwykłego chałturzenia.
Prostota malarskich wizerunków łączy się u Bachledy z elementami odrealnienia. Nie wiadomo, dlaczego czerwony bucik zasłużył sobie na otoczenie przez kwiaty. Bynajmniej nie jest to po prostu but wyrzucony na rabatkę. Obraz daleki jest od naturalizmu. Kwiatową inkustrację widziałbym tu raczej jak wyraz czułości wobec przedmiotów codziennego użytku i zwyczajnych spraw.
Podskórna czułość to jedno, narzucająca się atmosfera intymności to drugie. Zapewne najlepszym przykładem jest tu obraz przedstawiający nożyczki i kosmyk obciętych włosów. Nawet u fryzjera obcięte włosy wydają się czymś prawie obscenicznym. Tym bardziej w przestrzeni prywatnej zetknięcie z cudzymi włosami często budzi pewien niepokój. Ale "Obcięte włosy" to tylko przykład. Wielu obrazów Pauliny Bachledy rodzi uczucie obcowania z czymś może aż zanadto intymnym, wejścia w przestrzeń, która – być może – nie powinna być dostępna dla nikogo "obcego". A jest.
Rewersem dla intymności i niepokoju jest radosna kolorystyka obrazów Bachledy. Większość z nich pełna jest żywych kolorów, a nawet te które utrzymane w bardziej pastelowych barwach, czy wręcz są czarno białe, trudno nazwać ponurymi. O ile melancholia może być radosna, to w sztuce Bachledy jest. Prostota, intymność, czułość stanowią do niej słowa klucze.
Ten dysonans – poczucie, że mamy do czynienia z czymś banalnym, a jednocześnie niepokojącym – jest częsty przy oglądaniu obrazów Pauliny Bachledy. Portrety bliskich, autoportrety, martwe natury z przedmiotami codziennego użytku nie są czymś, czego nie znalibyśmy z historii sztuki, czy tym bardziej jej teraźniejszości, a jednak wyróżnia się, zarówna na tle wszechobecnej turystycznej cepelii, jak i zamkniętego obiegu świata sztuki. Bachleda nie jest artystką, która pragnęłaby brylować w salonach warszawskich, czy krakowskich galeriach, ale równie daleka jest od postrzegania malarstwa jako formy czysto komercyjnej, podporządkowanej bezlitosnym regułom popytu. Jest to świadomie wybrana strategia i niewykluczone zresztą, że jedyna dziś możliwa. Być może tylko na marginesach rynku i systemu sztuki da się nie wpaść całkiem w sidła grant-artu podporządkowanego instytucjom kultury, czy zwykłego chałturzenia.
Prostota malarskich wizerunków łączy się u Bachledy z elementami odrealnienia. Nie wiadomo, dlaczego czerwony bucik zasłużył sobie na otoczenie przez kwiaty. Bynajmniej nie jest to po prostu but wyrzucony na rabatkę. Obraz daleki jest od naturalizmu. Kwiatową inkustrację widziałbym tu raczej jak wyraz czułości wobec przedmiotów codziennego użytku i zwyczajnych spraw.
Podskórna czułość to jedno, narzucająca się atmosfera intymności to drugie. Zapewne najlepszym przykładem jest tu obraz przedstawiający nożyczki i kosmyk obciętych włosów. Nawet u fryzjera obcięte włosy wydają się czymś prawie obscenicznym. Tym bardziej w przestrzeni prywatnej zetknięcie z cudzymi włosami często budzi pewien niepokój. Ale "Obcięte włosy" to tylko przykład. Wielu obrazów Pauliny Bachledy rodzi uczucie obcowania z czymś może aż zanadto intymnym, wejścia w przestrzeń, która – być może – nie powinna być dostępna dla nikogo "obcego". A jest.
Rewersem dla intymności i niepokoju jest radosna kolorystyka obrazów Bachledy. Większość z nich pełna jest żywych kolorów, a nawet te które utrzymane w bardziej pastelowych barwach, czy wręcz są czarno białe, trudno nazwać ponurymi. O ile melancholia może być radosna, to w sztuce Bachledy jest. Prostota, intymność, czułość stanowią do niej słowa klucze.
JAŚ KAPELA
Prace Pauliny Bachledy od dziś dostępne w MiTo zobacz
