
Stadiony pobudowane, drogi w miarę przejezdne, tysiące cudzoziemców chwalących Polskę i Ukrainę. Nikt nikogo nie zabił a kibole wyszli ale zaraz się za subtelną namową gumowych kul i pałek schowali. Reprezentacja odpadła ale w boju, a nie na kolanach jak zazwyczaj. Turniej cywilizacyjnego skoku na finiszu. Cud miód i orzeszki. "Jest super, jest super więc o co Ci chodzi"?
REKLAMA
To, co powyżej wypisałem nie jest dla trzeciego sektora jakoś paradoksalnie szczególnie pozytywne. Organizacje pozarządowe nie były i nie są zaangażowane w to, co się dookoła Euro dzieje. W Warszawie kilka organizacji dostało zlecenia na mniejsze lub większe robótki (obsługa Centrum Wolontariatu albo gry miejskiej dla euroochotników), zabrakło jednak większego zaangażowania w mistrzostwa. Szkoda tym większa, że w skali Europy mamy się czym w zakresie działalności organizacji pozarządowych chwalić. Euro zamiast okazją do pokazania się od tej fajnej, obywatelskiej strony pokazało problemy trzeciego sektora.
W największym skrócie stało się tak. Jak Polska długa i szeroka inwestycje w infrastrukturę i inne dookoła eurowe działania wymagały finansowania. Część udało się pokryć z dotacji unijnych no ale kto kiedykolwiek takie dotacje pozyskiwał ten wie, że istnieje instytucja wkładu własnego. Reasumując Państwo Polskie i samorządy musiały się na organizację Euro mocno szarpnąć. Trzeba było ciąć tu i tam albo zadłużyć się (co trudne bo wszyscy patrzą na deficyt budżetowy z drżeniem serca). Włodarze cięli więc gdzie trzeba.
Przykład Warszawy jest tutaj chyba najbardziej dojmujący. Organizacja Euro pochłonęła (zgodnie z obliczeniami ratuszowymi jeszcze sprzed imprezy) 88 milionów złotych. W skali całego budżetu miasta stołecznego to nie za dużo. Mało kto jest na tyle odważny, żeby jakoś radykalnie ograniczać wydatki na transport, zdrowie, oświatę a pieniądze trzeba było znaleźć. No i się znalazły...
Kto próbował zdobyć pieniądze na projekty kulturalne, animacyjne, obywatelskie z budżetu miejskiego ten wie skąd te pieniądze zarządcy miasta wykombinowali. Plotka krążąca wśród organizacji głosiła, że pule na działalność kulturalną i na dotację zmniejszono o 50%. Na rozstrzygnięcia konkursów czekano zdecydowanie dłużej, środków było, jest i będzie mniej jeszcze przez jakiś czas.
To ograniczenie finansowania wpłynęło dość radykalnie na sytuację trzeciego sektora warszawskiego. Istnieją co prawda inne źródła pieniędzy i to zdecydowanie poważniejsze od dotacji miejskich. Są one jednak dostępne przede wszystkim dla organizacji dużych i mocnych, a nie tych naprawdę lokalnych i warszawskich w swoich charakterze. Dla niektórych z nich instytucja małego grantu (do 10 tysięcy zł dwa razy w roku) to być lub nie być. W tej sytuacji raczej nie być.
Szkoda tym większa, że organizacje zamiast zostać zaproszonymi do współpracy przy Euro, zostały zmuszone do intensywnego szukania metod na przeżycie trudne, 2012 roku. Nikt nie pokazał tego ciekawego i oryginalnego oblicza Warszawy trzeciosektorowej, pełnej kreatywności, pomysłów i energii. Nie mówię tu tylko o cudzoziemcach ale i samych warszawiakach często nieświadomych tego co dzieje się obok nich. To już sprawa o tyle zabawna, że odcięto w ten sposób organizacje od możliwości świetnej promocji, a więc i aktywizacji społeczeństwa po to tylko, żeby mogły one zrobić to samo co mogły osiągnąć niskimi kosztami za grube tysiące w ramach projektów europejskich.
Może być też tak, że działania i projekty organizacji pozarządowych nie mieszczą się w wyobrażeniach o turniejach takich jak Euro. Być może UEFA wymaga od organizatorów, żeby w strefie kibica było piwo, kiełbaski i transmisje z meczy, a nie stoiska organizacji pozarządowych. Niezależnie od tego czy tak jest czy nie to wielka strata. Mogło być niesamowicie a wyszło tylko fajnie.
