Byłam ostatnio na eleganckiej imprezie z okazji ileśleciajakiejśinstytucji. Wystroiłam się oczywiście, a jakże, sukienka, szpilunie, te rzeczy. Impreza udana, przekąski pyszne, wino lało się strumieniami, ale niezbyt dobre, natomiast prosecco… prosecco było wyśmienite i kieliszek tegoż pojawiał się w mojej dłoni zaraz natychmiast gdy odstawiałam poprzedni. I tak jakoś te bąbelki… no w każdym razie na piechotę się postanowiło wracać do domu i to nie był pomysł najlepszy bo gdy się w głowie kręci to trzeba taksówkę zamawiać...
Diagnoza sympatycznego pana doktora: zerwane więzadła w stawie skokowym, czy coś równie mądrze brzmiącego, sześć tygodni gipsu, raczej polegiwać, nie nadwyrężać, okłady i takie tam.
Było jeszcze więcej „piiip” ale jej powiedziałam, że to maraton był i ja też biegłam, więc się opamiętała.
Oni sami chcą biegać, owi nie biegający, bo zazdroszczą, że my tak a oni nie. Mój przyjaciel od dwóch lat obiecuje, że w piątek na pewno zacznie…
A poza tym podziw. Podziw towarzyski po tekście: „przebiegłem tydzień temu półmaraton”. Nie mówiąc o podziwie, gdy zamienić słowo półmaraton na maraton.
Któż podziwu nie lubi i zachwytu w oczach zebranych. Popijasz winko na imprezie i niedbale rzucasz, że niedawno biegłeś maraton warszawski (florencki robi jeszcze większe wrażenie, nie mówiąc o nowojorskim, czy tokijskim). I nie istotny czas; przebiegłeś. Bo to nie walka z przeciwnikiem, tutaj sam dla siebie jesteś wyzwaniem, trasa jest wyzwaniem, słabości są wyzwaniem. No i ten wiatr we włosach, wiatr w czapce, wiatr…
Koszulki dobrane kolorystycznie do sznurowadeł; może to głupie na pierwszy rzut ucha (bo na pierwszy rzut oka bardzo niegłupie i do tego estetyczne), ale jaka przyjemność, kiedy mija cię taka biegaczka czy biegacz. I te zgrabne męskie pośladki w oddychających spodenkach… co oczywiście nie znaczy że lans być musi, ale zjawisko zaistniało.
A wiecie, że najlepsze pomysły przychodzą właśnie podczas biegania? Nie chcę powiedzieć, że Newton uprawiał jogging kiedy wymyślił swoje prawo jedno czy drugie, ale skąd to wiadomo? Albo że Dostojewski „Braci Karamazow” nie obmyślił podczas jakichś „długich wybiegań” po wzgórzach i dolinach wokół Petersburga?
Oczywiście nic mi się nie rozwiązywało, ale siły miałam wtedy tyle co kobieta po dwudziestogodzinnym porodzie (tak sobie wyobrażam mniej więcej totalny jej brak). Skończyło się dobrze, zaczęłam biegać maratony i mnie wciągnęło. A potem przyszła euforia.
A teraz te szpilki, bąbelki, upadek, doktorek, ech.
Biegajcie a zobaczycie. I się cieszcie latem i pogodą i niepogodą też, a czemu nie. Słońcem i deszczem i towarzystwem i samotnością i światem po prostu, i tym wiatrem we włosach i wiatrem w czapce i wiatrem w uszach. Biegajcie a będzie wam dane.
