Byłam ostatnio na eleganckiej imprezie z okazji ileśleciajakiejśinstytucji. Wystroiłam się oczywiście, a jakże, sukienka, szpilunie, te rzeczy. Impreza udana, przekąski pyszne, wino lało się strumieniami, ale niezbyt dobre, natomiast prosecco… prosecco było wyśmienite i kieliszek tegoż pojawiał się w mojej dłoni zaraz natychmiast gdy odstawiałam poprzedni. I tak jakoś te bąbelki… no w każdym razie na piechotę się postanowiło wracać do domu i to nie był pomysł najlepszy bo gdy się w głowie kręci to trzeba taksówkę zamawiać...

REKLAMA
Upadek z wysokości szesnastocentymetrowej szpilki nie należy do miłych. Lewy but się zgniótł, prawe kolano zdarte, ostatni kilometr na bosaka. Imaginujcie sobie; elegancka suknia za milion dolarów, czerwona szminka, brylantowa kolia i na bosaka zapinkalam przez centrum stolicy. No dobrze, trochę przesadziłam może z inscenizacją, ale mniej więcej tak to właśnie wyglądało. Kolano zdezynfekowane, sukienka na szczęście nie ucierpiała, ja natomiast następnego dnia nie wstałam z łóżka.
A niespodzianka, bo wcale nie kac. To znaczy kac też, ale lewa kostka przez noc urosła do rozmiarów kostki średnio wyrośniętej słonicy, a ból przy próbie wstania taki, że w zasadzie przyjemniej byłoby młotkiem puknąć sobie w czaszkę.
Diagnoza sympatycznego pana doktora: zerwane więzadła w stawie skokowym, czy coś równie mądrze brzmiącego, sześć tygodni gipsu, raczej polegiwać, nie nadwyrężać, okłady i takie tam.
TAKIE TAM. A parę godzin wcześniej kupiłam sobie najnowszy model butów biegowych. Oraz koszulkę oddychającą. Za dwa miesiące maraton i jak to się mówi – jestem w środku fazy treningowej. Z resztą chrzanić tę fazę – bieganie to moje życie jest, a pan doktor mi, że za osiem tygodni być może (BYĆ MOŻE!) będę mogła zacząć lekko truchtać. Powiedzieć, że mój świat legł w gruzach to pompatycznie, patetycznie, egzaltowanie i parę innych przysłówków, a trzeba ich w tekstach unikać, jednakowoż legł.
O bieganiu można pisać wiele i wielu pisało; wiem, ale że biegamy, to się pisze. Moda na bieganie jest, chociaż oczywiście nie wszyscy wcale biegają, moja mama nie wiem czy umie biegać w ogóle na przykład. Ale ci co nie biegają to mają przyjaciół co biegają, albo przynajmniej widują biegających, bywają staranowani przez biegających, w korkach stoją przez biegających. Koleżanka mało nie urodziła w samochodzie, bo - jak napisała potem na facebooku: „ulice pozamykane, bo nagle (piiip) tysiącom ludzi zachciało się (piiip) zrobić przebieżkę przez środek miasta!”
Było jeszcze więcej „piiip” ale jej powiedziałam, że to maraton był i ja też biegłam, więc się opamiętała.
Oni sami chcą biegać, owi nie biegający, bo zazdroszczą, że my tak a oni nie. Mój przyjaciel od dwóch lat obiecuje, że w piątek na pewno zacznie…
Zazdroszczą, bo jak nie zazdrościć! Kiedy my (biegacze) w zachwyceniu, oszołomieniu, w egzaltacji i że przeżycia niemal transcendentalne, metafizyczne; hormony szczęścia, endorfiny, euforia, wiatr we włosach, wiatr w czapce, wiatr w uszach.
A poza tym podziw. Podziw towarzyski po tekście: „przebiegłem tydzień temu półmaraton”. Nie mówiąc o podziwie, gdy zamienić słowo półmaraton na maraton.
Któż podziwu nie lubi i zachwytu w oczach zebranych. Popijasz winko na imprezie i niedbale rzucasz, że niedawno biegłeś maraton warszawski (florencki robi jeszcze większe wrażenie, nie mówiąc o nowojorskim, czy tokijskim). I nie istotny czas; przebiegłeś. Bo to nie walka z przeciwnikiem, tutaj sam dla siebie jesteś wyzwaniem, trasa jest wyzwaniem, słabości są wyzwaniem. No i ten wiatr we włosach, wiatr w czapce, wiatr…
Bo właśnie kto nie biega ten nie wie i zrozumieć nie może mojej rozpaczy po diagnozie sympatycznego doktora. Osiem tygodni. Lekki truchcik. Kiedy ja potrzebuję tego wiatru we włosach! I bycia sama ze sobą; ja i moje stopy (w nowych butach!), droga i wolność. Tak, to tak właśnie się czuje, wiedzą ci co wiedzą, a ci co nie wiedzą to niechże zazdroszczą, no po prostu.
A i lans biegowy jest, a jak; chociaż niby biegać można we wszystkim, jedynie buty są ważne bo można sobie nogi zniszczyć, a strój mało istotny. Nic bardziej mylnego. Ostatnio nawet jedna z wiodących firm sportowych wypuściła – uwaga – spódniczki do biegania! Otóż tak, drogie panie, biegamy w spódniczkach i uważam, że to wcale nie jest śmieszne, tylko szalenie kobiece. Dlaczego przy tenisie nie buntujemy się na sukieneczki, falbanki i pliski, a do biegania mamy do wyboru tylko te lub inne szorty/spodnie? Bądźmy dziewczynami, biegajmy w spódniczkach; bosko!
Koszulki dobrane kolorystycznie do sznurowadeł; może to głupie na pierwszy rzut ucha (bo na pierwszy rzut oka bardzo niegłupie i do tego estetyczne), ale jaka przyjemność, kiedy mija cię taka biegaczka czy biegacz. I te zgrabne męskie pośladki w oddychających spodenkach… co oczywiście nie znaczy że lans być musi, ale zjawisko zaistniało.
Podobnie jak zjawisko wzajemnego pozdrawiania się przez biegaczy. Otóż biegacze są jak motocykliści – pozdrawiają się podczas biegu (jesteśmy w tej samej drużynie, jesteśmy jednością, elitą, tralalala). A no i właśnie; motocykliści na ścigaczach nigdy nie pozdrawiają tych na Harleyach. Ha, no bo czy to jest możliwe aby BIEGACZ pozdrowił NORDIC-WALKERA!? Nigdy. (uczciwie trzeba przyznać – czujemy się lekko wywyższeni i lepsi… ale to tak jak ci, którzy przebiegną maraton, patrzą z góry na tych, co biegają w „biegnij Warszawo” na dziesięć kilometrów. I nie ma na to siły, takie są prawa rywalizacji i czego tam jeszcze macie ochotę aby to prawa były).
Czy maraton czy nie; czy dziesięć kilometrów czy trzy - dajcie się wciągnąć, a sami zobaczycie. Ta wolność bycia z samym sobą. Wolność nieograniczona. Tylko ty i własne myśli. Ty i twoje słabości. Pokonaj je kilometr po kilometrze.
A wiecie, że najlepsze pomysły przychodzą właśnie podczas biegania? Nie chcę powiedzieć, że Newton uprawiał jogging kiedy wymyślił swoje prawo jedno czy drugie, ale skąd to wiadomo? Albo że Dostojewski „Braci Karamazow” nie obmyślił podczas jakichś „długich wybiegań” po wzgórzach i dolinach wokół Petersburga?
Dajcie się wciągnąć; mnie wciągnął mój przyszły niedoszły były mąż, który robił codziennie kilka kilometrów i zaczęło mnie to wkurzać, więc postanowiłam robić z nim te kilometry. Na początku było okropnie, po pięciu minutach rozwiązywała mi się sznurówka i musiałam stawać by ją zawiązać, a gdy zawiązałam w jednym bucie to po paru minutach rozwiązywała się w drugim.
Oczywiście nic mi się nie rozwiązywało, ale siły miałam wtedy tyle co kobieta po dwudziestogodzinnym porodzie (tak sobie wyobrażam mniej więcej totalny jej brak). Skończyło się dobrze, zaczęłam biegać maratony i mnie wciągnęło. A potem przyszła euforia.
A teraz te szpilki, bąbelki, upadek, doktorek, ech.
No w każdym razie; ponieważ ja przez osiem tygodni mogę tylko smętnie upijać się prosecco nad moimi nowymi butami do biegania, więc wy za mnie biegajcie.
Biegajcie a zobaczycie. I się cieszcie latem i pogodą i niepogodą też, a czemu nie. Słońcem i deszczem i towarzystwem i samotnością i światem po prostu, i tym wiatrem we włosach i wiatrem w czapce i wiatrem w uszach. Biegajcie a będzie wam dane.
*wiem, że poprawna forma zdrobnienia to felietonik, ale felietonek jest takie "moje" :)