Napisałam w niedawnym felietonku, iż nadużyłam prosecco i dlatego skręciłam kostkę. Mój tata tym samym upewnił się, iż jednak chleję i mam problem (w rzeczywistości prosecco było na potrzeby fabularyzowanego felietonu; bez alkoholu byłoby mniej ciekawie). Poprzednio opisałam potencjalne (koszmarne) sukienki ślubne przyjaciółki i dwa dni po publikacji, zadzwoniła mocno zestresowana przyjaciółka przyjaciółki, czy uważam, że rzeczywiście tamta będzie fatalnie wyglądać i czy można coś zaradzić, bo przecież musi być najpiękniejsza. Wcześniej mój były opinkolił mnie, że doprawdy nikczemne jest wykorzystywanie naszej przeszłości do celów felietonowych, szczególnie, że on nie wypada w tym opisie medalowo. Jeszcze przedtem napisałam o flirtowaniu z panem od chemii, co postawiło na nogi większość moich byłych koleżanek ze studiów, które próbowały dowiedzieć się, czy to na pewno była chemia czy może fizyka i czy dlatego zdałam i w ogóle JAK MOGŁAM.
Po drugie – czy znajomi pomyślą, że to o mnie i zdradzam męża, czy to o byłym, którego zdradzałam z obecnym, czy to nie o mnie, tylko o którejś z koleżanek (i wszyscy zaczną inwigilować swoje żony), czy to wyssane z palca, a jak wyssane to dlaczego wyssałam – może myślę o tym żeby zdradzać męża?
Analizując przykłady z opublikowanych przeze mnie felietonów – wszyscy pomyślą sobie oczywiście NAJGORSZE. I teraz co – zamieniać pierwszą osobę na trzecią, dać mniej szczegółów z własnego życia (kiedy to różne świetne szczegóły są i warte opisania!!), zamienić kochanka na kochankę, albo na dwie kochanki, role odwrócić (że to mąż zdradza mnie?). Zastanawiam się, czy przejmować się tym już teraz, czy dopiero potem. I czy w ogóle.
Z jakiegoś jednak powodu przy każdym felietonie Szymona Majewskiego jest gwiazdka i pod spodem – „to nie jest felieton o mnie i o mojej żonie”. No właśnie (a nawet jeżeli jest, to co komu do tego); opisuje się problem albo historię i z czego mamy czerpać jak nie z własnego życia, doświadczenia, obserwacji?
A później skończy się jak z Esterką. Niby nie o niej a pewnie o niej. Ale może nie o niej jednak, ale za to ciekawa postać i epizod. No i co – pisać o takiej czy nie pisać, bo zaraz sądy i inne. To przykład oczywiście ekstremalny, bo pan na skandalu chciał wypromować książkę, ale chodzi o samo opisanie kogoś czy też właśnie nie kogoś tylko stworzenie fikcyjnej postaci „opartej na”.
Albo taki Świetlicki Marcin. Wspaniały moim zdaniem poeta i pisarz. I jego Jedenaście, Dwanaście – świetne. Ale potem się tłumaczył, że to nie o nim wcale i niech się nie doszukuje nikt tego, czego nie ma i niech się wszyscy w ogóle odwalą, bo on sobie będzie pisał o czym chce i to nie jest ważne czy prawda czy fikcja – skoro jest czytane i się sprzedaje, to znaczy dobre i o to chodzi.
Czy Jerzy Pilch. Czy Philip Roth. Czy inni; tysiące innych, których nie sposób wymienić.
Mam znajomego, który opisał w książce swój romans i to w dodatku w dosadny sposób. Problem w tym, iż żona owego znajomego jest moją znajomą (nooo, teraz dopiero się zacznie! Analizowanie przez wszystkich znajomych ilu znajomych pisze książki; na szczęście wielu, ha). No i właśnie: mam się na niego wściec i zbuntować, i przez solidarność ze znajomą znienawidzić, czy się nie wściekać i postarać się pisarza zrozumieć – miał potrzebę, czuł że historia jest fantastyczna, piękna, jedyna w swoim rodzaju i po prostu MUSI ją opisać, że jest warta opisania, że trzeba o tym opowiedzieć, niezależnie od wszystkiego. Nie wiem – może nie myślał, że zrani kilka osób, czy też myślał, ale zbyt mocno chciał pisać, czy jest obłąkany po prostu.
A przepraszać tylko za prawdziwą prawdę, czy przepraszać też za wymyśloną prawdę?
Kiedy nawet na zajęciach z pisania mówił prowadzący – piszcie o tym, na czym naprawdę się znacie, o czym wiecie, albo co przeżyliście, czego byliście blisko – inaczej wszystko będzie nieszczere; będzie fałszem. I przez to będzie po prostu złe.
No a jak mam pisać o tym bez przywoływania przykładów, bez powoływania się na PRAWDZIWĄ rzeczywistość.
Z drugiej strony – dużo bym pokolorowała, bo w literaturze trzeba kolorować. Po to literatura jest żeby kolorować! Po to wyobraźnia!!
I z drugiej strony – zawsze miałam ciągoty „literackie”, więc trochę fabularyzowałam i już nie wiem nawet co gorzej – gdyby ktoś przeczytał tę fikcję i zaczął sobie wyobrażać, że to prawda. Tak źle i tak nie dobrze.
Czy nie.
