„Być może nie wyglądał na odpowiednio zamożnego” – napisał pod ostatnim wpisem pan komentator. Najbardziej aktywny z resztą. Pomijam, że tak jak ja kiedyś – nie wie pan komentator przez jakie ŻET pisze się świeży, no ale tak, tak, bo ja rzeczywiście lecę tylko i wyłącznie na zamożnych (naprawdę – to aż tak widać na zdjęciu?) A swoją drogą – kiedy jest już ODPOWIEDNIO zamożny? Musi mieć milion euro na koncie, czy wystarczy złotych polskich.

REKLAMA
Jakże bardzo uwielbiamy stereotypy. Pan aktywny najbardziej komentator wywołał pierwszy, o którym i tak chciałam kiedyś napisać - bogaty facet. Co ja poradzę, że jest bogaty. Czy to moja wina jest. Ale no tak - poleciałam na kasę. Oczywiście. Leżę teraz i pachnę opływając w luksusy a bogaty mąż spełnia wszystkie moje zachcianki; poczynając od torebek LV a kończąc na wannie wypełnionej Veuve Clicquot. A nie dość jeszcze, że bogaty, to jest starszy ode mnie. Sporo starszy. Drżyjcie narody, jest starszy o pokolenie. No, to poległam.
Niezależnie od tego ile i jak długo tudzież intensywnie bym tłumaczyła, że nie poleciałam na pieniądze, to przecież oczywista oczywistość iż poleciałam. Może powinnam nosić w portfelu wydruk z wariografu i to rozwiałoby wątpliwości, ale przecież nie tylko ja mam ten problem, a już im bardziej znana para – tym gorzej, ale innymi nie przejmuję się aż tak jak sobą i gdy mi koleżanka wyjeżdża z tekstem „no przecież ty masz wszystko” i z wyrzutem patrzy na mój nowy samochód, to szlag mnie trafia, bo wiem co myśli, a tymczasem ja ten samochód sama z własnego niczym nieprzymuszonego kredytu kupiłam. I w ten sposób problem jest naprawdę problemem, ponieważ sprawia niejednokrotnie dużą przykrość, a jeśli coś sprawia przykrość to jest problemem.
Problem szufladkuje. Na dodatek dostałam ostatnio piękną plakietkę Fundacji Wisławy Szymborskiej „wolę szuflady” i dumnie noszę na lewej piersi, i bynajmniej nie dlatego, że sama siebie zaszufladkowałam; zaszufladkowano mnie. Nie będę się tłumaczyć z wyborów życiowych, ale wścieka mnie fakt zaszufladkowania. Nie, nie jestem naiwna, ale dlaczego, DLACZEGO, kiedy trzydziestoletnia kobieta spotyka się z trzydziestoletnim bogalem to wszystko jest w porządku i nikt nie komentuje, że poleciała na kasę. A kiedy trzydziestoletnia kobieta spotyka się z bogatym pięćdziesięciolatkiem to poleciała. Co jest!?
Nie chcę dyskutować o (rzekomej) wyższości trzydziestolatków nad pięćdziesięciolatkami, to jakaś bzdura. No i co z mężczyznami, którzy wolą starsze od siebie kobiety; też lecą wyłącznie na pieniądze?
Być może mężczyźni wolą blondynki i nie trzeba Marilyn Monroe i Jane Russell aby to udowadniać, ale to też stereotyp i niejeden powie, że idiotyzm. NO I WŁAŚNIE – jedne wolą młodszych, inne starszych, jedne wysokich blondynów, inne niskich brunetów, jedne napakowanych Szwarcenegerów a inne przeintelektualizowanych Woody Allenów; tak było, jest i będzie, nihil novi. Ja przykładowo wolę starszych; Freud miałby pewnie używanie po takim wyznaniu, ale nic nie poradzę i pan Krzysio z wypożyczalni kaset video za Megasamem był moją pierwszą wielką miłością i tak mi zostało. W sensie nie Krzysio mi został, ale – by tak rzec – brak zainteresowania równolatkami. I wkurwia mnie, że wsadzają mnie do worka, do którego nie chcę być wsadzona. I na nic się zda tłumaczenie, wszyscy i tak wiedzą lepiej ode mnie.
Czy byłoby lepiej gdyby mąż miał tyle lat co ma, ale był nędzarzem, czy może być krezusem, byle by był w moim wieku – kiedy byłoby w porządku. Otóż prawdopodobnie jednak nigdy, bo uwielbiamy zazdrościć, podejrzewać, gmerać w czyimś życiu; doszukiwać się skandalików, smrodków i innych takich, nawet jeśli ich nie ma. A już szczególnie gdy w grę wchodzą pieniądze. Pieniądze, pieniądze! PIENIĄDZE.
Oczywiste, że pieniądze są ważne. Ale wielokrotnie ważniejsze są inne rzeczy. Być może, że jedynie człowiek, któremu pieniędzy nie brakuje może powiedzieć to z pełną odpowiedzialnością; TO jest tak naprawdę najbardziej przykre. Ale trzeba się starać.
Bo ważne są małe rzeczy, pierdoły. Życie składa się z pierdół. Nie najważniejszy jest pięciogwiazdkowy hotel, ale rozgwieżdżone niebo, nie najnowsze buciki od Prady, ale rozgrzany piasek pod bosymi stopami, dotyk deszczu na skórze, radość ze stokrotki, a niekoniecznie z bukietu stu róż. Życie składa się z drobiazgów, które wcale dużo nie kosztują. Ważne żeby znaleźć człowieka, z którym tymi drobiazgami można się cieszyć i nie istotne czy ten człowiek ma dziewiętnaście lat czy pięćdziesiąt dziewięć, czy jest bibliotekarzem, listonoszem, czy prezesem. Jeśli umie docenić i cieszyć się małymi rzeczami... bo przecież kto tak umie żyć bieżącą chwilą i kto tak przyjaźnie i troskliwie potrafi docenić każdy przydrożny kwiatek, każdy – choćby najdrobniejszy – zabawny moment, temu życie już nic złego zrobić nie może – i to nie jest „tylko dla obłąkanych” z Wilka Stepowego Hessego. Trzeba się cieszyć z najmniejszych spraw – bo w nich jest piękno i uczucie. I to właśnie trzeba odnajdywać i nie poradzę nic, że niektóre kobiety odnajdują to u boku starszych bogatych mężczyzn. Co za różnica.
Bo w czym tak naprawdę jest jego miłość; w tym, że kupi mi kolejny markowy zegarek, kolczyki od Tiffannyego, szpilki od Loubutina, zabierze na wystawną kolację do bardzo drogiej restauracji? W tym jest? W tym, że da mi pieniądze żebym sobie coś kupiła? Czy może w tym, że usiądzie ze mną na plaży, nakarmi mandarynką, a potem pogłaszcze po policzku. Och fuj, jakie łzawe, ckliwe i harlequinowe, prawda? A jednak w tym właśnie jest uczucie. W spojrzeniu, które NIC NIE KOSZTUJE, w dotyku dłoni, w tym, że pogłaszcze po włosach i przyniesie koniczynkę, albo zostawi gałązkę bzu za wycieraczką, a nie w tym, że zawiesi na mojej szyi najdroższe perły czy naszyjnik z brylantów; to są dodatki – piękne i wspaniałe, ale nie mieszka w nich miłość.
Miłość mieszka w spojrzeniu, którym mnie obdarza znad stolika w obskurnym pubie, w którym żarówka niemal spala mi włosy a musujące wino, które udaje szampana jest za ciepłe i za słodkie; jest w wierszu, który napisze dla mnie, jest w słowach, które dla mnie wymyśli i w jego łzach kiedy dedykuje mi piosenkę Georgea Michaela – i w tym można się zakochać! I do tego nie trzeba wcale kasy. I dlatego „wolę szuflady” za Wisławą Szymborską i niech sobie ludzie myślą co chcą, ja i tak wiem swoje.
I uwielbiam się cieszyć każdą małą rzeczą; pąkiem na drzewie, chmurami, jego rumieńcem, mszą h-moll Bacha, wiosennym deszczem, tym, że niesamowicie wyjdą mi kotlety mielone, tym, że wiatr szumi w sosnach, biała czekolada smakuje wybornie a pan hejnalista z Wieży Mariackiej pomachał trąbką i wyszło słońce. To są malutkie sprawy, ale z takich głównie składa się świat wokół nas. Wielkich jest bardzo mało. Trzeba jedynie chęci, jedynie inwencji, jedynie spontaniczności. Wiem; nie każdy musi mieć w sobie szaleństwo, ale można wykazać trochę spontaniczności, która nie musi być wariactwem. Bo czy szaleństwem jest rozebranie się i ganianie na boska po lesie podczas pierwszej letniej ulewy? Nie, to jest po prostu piękny moment do zapamiętania; BEZCENNY. Trzeba się jedynie odważyć i chcieć chociaż trochę.
I naprawdę nie potrzeba do tego pieniędzy.
Dookoła bywa szaro, buro, smutno i beznadziejnie i jeśli nie matka rzucająca dzieckiem to pijany dróżnik, a jak nie dróżnik to Breivik, a jak nie Breivik to Al-Kaida, a jak nie, to trzęsienie ziemi i ktoś umarł i zdewastowali dom i giełda padła, autostrada pękła i nie wiem co jeszcze, ciotce smalec ukradli...
W każdym razie - to make a long story short (już teraz to... sic!) - chodzi o to, że życie jest wystarczająco trudne, zagmatwane i skomplikowane i trzeba starać się znaleźć i wycisnąć z niego jak najwięcej pięknych chwil, ale jak temu nie pomożemy no to ni cholery nic z tego nie będzie. Natomiast pieniądze; pieniądze naprawdę DO TEGO nic nie mają.
A zegareczek tyka…