Schyłek lata; czas odchodzenia. Wszystko odchodzi - ciepło odchodzi, gęsi odlatują czy inne żurawie, młodość odlatuje, życie ucieka, no schyłek po prostu, więc depresja. Depresja schyłku lata gorsza jest nawet niż jesienna i wiosenna razem wzięte, bo schyłek lata to prawie jak schyłek życia i w ogóle jeśli schyłek, to trzeba się napić i zjeść coś dobrego.
REKLAMA
Schyłek lata też właściwie zszedł już i jesień nastała a od tego ciągłego osładzania i rozwinniania depresji okazuje się, że mam do „urodzenia” całkiem spore dziecko - znajomy na niedawnej imprezie bardzo mi gratulował, że WRESZCIE jestem w ciąży i jak to cudownie. I że on nie jest może fajnym facetem, ale ojcem chrzestnym będzie fenomenalnym. A tu tymczasem żadna ciąża; przytyłam, no, po prostu. Mówię chrzestnemu in spe, że to nie dzidziuś, że to jedynie wypełniające mnie bagietki, sery, ciastka, lody, oraz litry wina czerwonego, którymi osładzałam sobie depresję schyłku lata.
Ale cóż, trzeba wziąć się za odchudzanie, bo depresja depresją, a już mnie na poczcie i w banku w kolejce zaczęli przepuszczać, bo ciężarna.
Nie jest łatwe odchudzanie, kiedy jest się po trzydziestce, a ja po trzydziestce niby jeszcze z tej lepszej strony, ale to już tylko lekko lepsza strona. Po trzydziestce to już NIC w ogóle łatwe nie jest. Jęczę matce, że tragedia; że gruba, brzuch ciążowy, beznadzieja, poczucie iż „znowu w życiu mi nie wyszło”, że dno absolutne. Matka mi na to, że co DOPIERO ona ma powiedzieć i żebym się w głowę puknęła.
Nie jest łatwe odchudzanie, kiedy jest się po trzydziestce, a ja po trzydziestce niby jeszcze z tej lepszej strony, ale to już tylko lekko lepsza strona. Po trzydziestce to już NIC w ogóle łatwe nie jest. Jęczę matce, że tragedia; że gruba, brzuch ciążowy, beznadzieja, poczucie iż „znowu w życiu mi nie wyszło”, że dno absolutne. Matka mi na to, że co DOPIERO ona ma powiedzieć i żebym się w głowę puknęła.
Zaraz wrócę do odchudzania, ale tu dygresja mi się nasuwa, że kobiety 50+, to myślą chyba, że dla nich się życie skończyło, a my (córki itp.) nie mamy prawa narzekać, czuć się brzydkie, gorsze, przegrane, zdesperowane i stare. Że gdy ja chcę okno otwierać i skakać, to na pewno jedynie egzaltacja i głupoty gadam i jak ja mogę mieć poczucie przegranej, straconych szans, że niczego nie osiągnęłam i że stara jestem; jak mogę. No nie mogę, bo mam dopiero trzydzieści cztery lata. A ona może, bo ma pięćdziesiąt pięć.
I tu niezgoda jakaś we mnie. Że niby dlaczego nie mogę; bo jestem młoda i wszystko przede mną? Co przede mną (prócz wizji odchudzania) i jaka młoda! Młody to jest mój znajomy na facebooku; bardzo przystojny, 19 lat; takie „ciasteczko” - rzekłabym. On mi pisze (jestem jego babcią-doradczynią. Na upartego mogłabym być jego matką, tak więc babcia-doradczyni daje pozory, że to jednak dowcipne jest, a nie, że ja taka stara), że z dziewczyną ma kłopoty, bo mu powiedziała, że jest niedojrzały. Że powinien zachowywać się jak mężczyzna, a on jest według niej niczym chłopiec, podczas gdy ona oczekuje dorosłych decyzji i mądrości.
A niby kiedy on ma się zachowywać jak chłopiec, skoro jest chłopcem! Ma na poważne i dorosłe decyzje całą dorosłość, która jeszcze PRZED nim. (A przede mną już nie ma dorosłości bo jestem totalnie w jej trakcie). Oczywiście, że się wściekałam, gdy mi tak mówili kiedyś. Teraz widzę że mieli rację. Pamiętam jak w okresie burzy i naporu mama zabraniała czegoś, a ja z furią trzaskałam drzwiami: „Ale przecież ja mam JUŻ siedemnaście lat!” krzyczałam z pretensją, że jestem TAKA DOROSŁA. Patrzę na to teraz i śmiać mi się chce; jaka głupia byłam.
I tu niezgoda jakaś we mnie. Że niby dlaczego nie mogę; bo jestem młoda i wszystko przede mną? Co przede mną (prócz wizji odchudzania) i jaka młoda! Młody to jest mój znajomy na facebooku; bardzo przystojny, 19 lat; takie „ciasteczko” - rzekłabym. On mi pisze (jestem jego babcią-doradczynią. Na upartego mogłabym być jego matką, tak więc babcia-doradczyni daje pozory, że to jednak dowcipne jest, a nie, że ja taka stara), że z dziewczyną ma kłopoty, bo mu powiedziała, że jest niedojrzały. Że powinien zachowywać się jak mężczyzna, a on jest według niej niczym chłopiec, podczas gdy ona oczekuje dorosłych decyzji i mądrości.
A niby kiedy on ma się zachowywać jak chłopiec, skoro jest chłopcem! Ma na poważne i dorosłe decyzje całą dorosłość, która jeszcze PRZED nim. (A przede mną już nie ma dorosłości bo jestem totalnie w jej trakcie). Oczywiście, że się wściekałam, gdy mi tak mówili kiedyś. Teraz widzę że mieli rację. Pamiętam jak w okresie burzy i naporu mama zabraniała czegoś, a ja z furią trzaskałam drzwiami: „Ale przecież ja mam JUŻ siedemnaście lat!” krzyczałam z pretensją, że jestem TAKA DOROSŁA. Patrzę na to teraz i śmiać mi się chce; jaka głupia byłam.
Może podobnie jest z kobietami 50+. Patrzą na nas (30+) i śmiać im się chce. Że my głupie i niedojrzałe i co tam o życiu wiemy; one to mają patent na wszystko. I jakąż możemy mieć rozpacz i dół; one to dopiero mają. Bo gdy takiej mąż powie, że jej chyba nie kocha, to można pić i się ciąć nawet, a gdy mi powie, to przecież „wszystko i tak przede mną” więc nie ma co rozpaczać. No nie ma zgody na to we mnie; dół mam prawo mieć tak samo duży; czy głęboki. Pouczam dziewiętnastoletnie „ciasteczko” jak ma postąpić z dziewczyną wymagającą męskich zachowań, każę mu doceniać młodość i przeglądam przy okazji profile jego znajomych na facebooku. Patrzę na te „dwudziestki”…
Patrzę i dół mam niczym lej po bombie. ONE znają po 4–6 języków, jeżdżą konno i na nartach, grają w tenisa, pływają, czytają Dickensa w oryginale, już informują jakie studia skończą z jakim wyróżnieniem za sześć lat, mają nogi do nieba (nie wiem, fabrycznie im te nogi takie dają?), są szczupłe niczym osiki ale z dużymi piersiami (jak! Panie Boże JAK!), mają długie włosy, które na każdym zdjęciu rozwiewa wiatr, nic nie rozumiem, to jakiś INNY GATUNEK KOBIETY w ogóle jest.
Siadam na ławce na Plantach i widzę to samo, tyle że na żywo i jeszcze część na rolkach jeździ, śmieją się perliście, są młode, piękne, beztroskie, jak gazele smukłe i jak tu rozpaczy nie mieć i czuć się młodo; jak tu konkurować w ogóle z czymś takim. Jak żyć; panie premierze, jak żyć.
Teraz już nie tyle, że się odchudzać, ale jeszcze sprasować zmarszczki, wyrwać włosy siwe, odmłodzić się; ale to i tak na nic, bo to cyborgi jakieś są te z Plantów i te „ciasteczka” znajome. Matko moja oraz inne matki, uwierzcie, że mamy prawo być w rozpaczy i ta nasza nie mniejsza wcale może być niż wasza.
Siadam na ławce na Plantach i widzę to samo, tyle że na żywo i jeszcze część na rolkach jeździ, śmieją się perliście, są młode, piękne, beztroskie, jak gazele smukłe i jak tu rozpaczy nie mieć i czuć się młodo; jak tu konkurować w ogóle z czymś takim. Jak żyć; panie premierze, jak żyć.
Teraz już nie tyle, że się odchudzać, ale jeszcze sprasować zmarszczki, wyrwać włosy siwe, odmłodzić się; ale to i tak na nic, bo to cyborgi jakieś są te z Plantów i te „ciasteczka” znajome. Matko moja oraz inne matki, uwierzcie, że mamy prawo być w rozpaczy i ta nasza nie mniejsza wcale może być niż wasza.
Od czegoś trzeba zacząć jednak próbę wychodzenia z doła i depresji, bo ten znajomy i moja nibyciąża i że on tym chrzestnym, no i te osiki na rolkach… Tak więc odchudzanie.
Dieta, sport i masaże wspomagane wynalazkami - mam świadomość, że samo nie zrobi się, jak kiedyś, gdy wszystko samo się robiło i nawet litr lodów sam się spalał w dziesięć sekund, góra dwanaście; po trzydziestce cudów nie ma, jest tylko skalpel.
Zanim skalpel, postanowiłam jednak przetestować „wynalazki”. Dziwnym więc urządzeniem przystojny magister rehabilitacji, masowania, klepania i ugniatania jeździ mi po różnych partiach ciała. Trzy minuty jeździ. Trzy minuty po jednej partii. Magister jest bardzo przystojny. Magister ma takie ręce, że od samego dotyku czuję jak chudnę. Magister ubiera zielony mundurek i wygląda w nim trochę „lekarsko” (och, doktor House…). Ja dostaję okropne jednorazowe stringi, w których wyglądam strasznie, ale tłumaczę sobie, iż to prawie lekarz jest. Gdy kończy jeżdżenie, co boli okrutnie (musi mnie trzymać za drugie udo jeżdżąc po tym pierwszym gdyż wierzgam) to wciera w miejsca strategiczne specjalistyczny specyfik. Drogi jak jasna cholera, więc na pewno działa. Wciera długo i z namaszczeniem, a ja chudnę po całości z entuzjazmu, podniecenia i dziwnych innych uczuć i odczuć.
Po wcieraniu przyjmuje ode mnie zylion złotych polskich za jeżdżenie, trzymanie drugiego uda gdy jeździ po pierwszym i wcieranie, nic za darmo. Dziesięć wizyt; nie ma lekko.
Dieta, sport i masaże wspomagane wynalazkami - mam świadomość, że samo nie zrobi się, jak kiedyś, gdy wszystko samo się robiło i nawet litr lodów sam się spalał w dziesięć sekund, góra dwanaście; po trzydziestce cudów nie ma, jest tylko skalpel.
Zanim skalpel, postanowiłam jednak przetestować „wynalazki”. Dziwnym więc urządzeniem przystojny magister rehabilitacji, masowania, klepania i ugniatania jeździ mi po różnych partiach ciała. Trzy minuty jeździ. Trzy minuty po jednej partii. Magister jest bardzo przystojny. Magister ma takie ręce, że od samego dotyku czuję jak chudnę. Magister ubiera zielony mundurek i wygląda w nim trochę „lekarsko” (och, doktor House…). Ja dostaję okropne jednorazowe stringi, w których wyglądam strasznie, ale tłumaczę sobie, iż to prawie lekarz jest. Gdy kończy jeżdżenie, co boli okrutnie (musi mnie trzymać za drugie udo jeżdżąc po tym pierwszym gdyż wierzgam) to wciera w miejsca strategiczne specjalistyczny specyfik. Drogi jak jasna cholera, więc na pewno działa. Wciera długo i z namaszczeniem, a ja chudnę po całości z entuzjazmu, podniecenia i dziwnych innych uczuć i odczuć.
Po wcieraniu przyjmuje ode mnie zylion złotych polskich za jeżdżenie, trzymanie drugiego uda gdy jeździ po pierwszym i wcieranie, nic za darmo. Dziesięć wizyt; nie ma lekko.
Co prawda jeszcze nie schudłam, ale od tego jeżdżenia, wcierania i rąk przystojnego pana magistra, wychodzę z depresji schyłku lata i nawet na Plantach przychylnym wzrokiem patrzę na osiki na rolkach i jem lody, a co tam, migdałowe; i myślę, że życie nie kończy się w wieku 30+ ani 50+ i trzeba wszędzie szukać pozytywów, bo możliwości są RÓŻNE i ZAWSZE. I trzeba cieszyć się i jesienią i odlatującymi gęsiami nawet, a i poodchudzać się można. Kiedykolwiek.
