Wczoraj miałam na sobie moje ulubione rajstopy. Bardzo drogie rajstopy czarne, obciskające, kryjące, z lekkim połyskiem. Świetne rajstopy, w których nogi wyglądają równie świetnie. No dobrze, pod warunkiem, że są choć odrobinę świetne. Moje są.

REKLAMA
Tak więc te rajstopy. Ostatnio pojawiła się w nich niestety dziura, a co za dziurą idzie to oczko i ono było na pięcie lewej, wielkie i długie niczym dżdżownica, która wyszła zaraz po deszczu na chodnik i rozciągnęła się na nim czekając na Godota.
Rajstopy drogie, jak już wspominałam, a ja nie po to przecież dostałam przelew od korporacji, dla której tyram, żeby wydawać co drugi dzień na rajstopy, szczególnie, że pozostała część tychże prezentuje się znakomicie.
Starym więc sposobem naszych babć (choć nie wiem, czy lakier do paznokci już był, gdy mojej babci leciały oczka w rajstopach. Wtedy rajstopy oddawało się chyba do repasacji a nie lakierowało. Mało tego – samemu się repasowało czy repasacjowało – nie ma sensu abym sprawdzała poprawność odmiany tego słowa; nasze dzieci bankowo i tak nie będą go już znały); wracając do problemu – sposobem mam więc, a przynajmniej mojej mamy, która rajstop zużywała osiemnaście tysięcy par rocznie – pomazałam oko rajstopowe lakierem do paznokci; a miałam tylko malinowy, aby dalej nie poszło. Genialnie proste. Czemu miałam wyrzucać kapitalne rajstopy.
Tak więc wczoraj je włożyłam; moje świetne kryjące rajstopy z zalakierowanym na malinowo okiem idącym. Do tego kalosze, sukienka i wszystko pięknie.
Traf chciał, że wybrałam się z moją Przyjaciółką Pierwszą na ulicę Mokotowską, słynącą ze sklepów ekskluzywnych a nawet jeszcze bardziej ekskluzywnych. Weszłyśmy się do bardzo, bardzo, obrzydliwie wręcz ekskluzywnego sklepu z butami. Nawet w nazwie tego sklepu czai się snobizm. A na półce czaiły się szpilki Jimmy Choo. 50% off. Słownie: pięćdziesiąt procent off.
Szpilki stworzone dla mnie.
Aksamitne.
Z kryształkami.
Zdejmuję kalosze.
ZDEJMUJĘ kalosze.
Pięta.
Lewa. Moja lewa stopa był taki film, więc wyświetla się w mojej głowie remake Moja lewa piąta i już wiem, że jest tragedia. Malinowe ZALAKIEROWANE idące oko dżdżownicy wyłaniające się na światło dzienne.
Jakże ja się sprawnie wygięłam w tym sklepie w paragraf i na szczęście nawet nie oparłam się na ekskluzywnym manekinie ani na niczym innym, które jego było. Oko pozostało niezauważone, zrobiłam wszystko zwinnie i szybko, pomogło mi w tym małoletnie dziecko przyjaciółki, które w tym czasie wjechało wózkiem w drugiego manekina, a skończyło się tym, że buty z kryształkami stworzone dla mnie wylądowały w papierowej torbie ze snobistyczną nazwą sklepu większą prawie niż sama torba, a torba w moim ręku. No cóż.
Akcja numer dwa.
Ten sam dzień, jestem już bez przyjaciółki z dzieckiem wjeżdżającym wózkiem w manekiny, zupełnie inny sklep, brak manekinów, brak zamieszania, tylko ja, niezliczona ilość luster i obłędne szpilki skórzane z granatowymi kokardami.
Nie wspominałam wcale wcześniej, że NIE JESTEM pieprznięta na punkcie butów; jestem, no trudno. Co prawda kupiłam już piekielnie drogie (chociaż przecenione) szpilki Jimy Choo z kryształkami, ale to będą od męża na Gwiazdkę czyli pod Choinkę (no niby jeszcze półtora miesiąca, ale poczekają, słowo, że poczekają) i przysięgam iż zapłaciłam nawet jego kartą kredytową z banku o nazwie jakdobrzemiećbogategomęża.
No a potem? Czy to moja wina, że szłam kupić – słowo honoru – ziemniaki, i tam stały na wystawie TE SZPILKI i krzyczały do mnie kokardami, przysięgam że krzyczały i dlaczego stały na wystawie po drodze do ziemniaków, no to nie moja przecież wina.
Tak więc ja, moje nogi, szpilki z kokardami, niezliczona ilość luster w sklepie, dwóch sprzedawców z czego jeden bardziej zniewieściały od drugiego i cztery panie; panie kupujące, panie mierzące, panie wybrzydzające, panie sięgające. Panie SIĘGAJĄCE po BUTY Z KOKARDAMI, KTÓRE KRZYCZAŁY DO MNIE. Byłam szybsza, setki luster, kryształowe żyrandole, zniewieściały pan sprzedawca pierwszy podaje mi kokardy, ja zdejmuję kalosze I NIE UKRYŁAM JEJ.
Dżdżownicy.
Oczywiście, że kupiłam te buty TYLKO dlatego, że WSZYSCY w sklepie, absolutnie wszyscy, zobaczyli moją zalakierowaną dżdżownicę, gdyż zniewieściały pan sprzedawca drugi zapiał cienkim głosikiem jakie niesamowite są te kokardy na obcasach i wtedy wzrok wszystkich spoczął na moich nogach, a tam – wychylająca się zza kokardy malinowa dżdżownica.
TE buty nie były ani trochę przecenione.
Morał jest taki – nie noście dziurawych skarpetek bo skutkuje to dziurawym portfelem.