Jesteśmy coraz bardziej – modne słowo: wyluzowani. Coraz mniej nas razi, na coraz więcej sobie pozwalamy. Przesuwamy granice. Ale gdzieś kończy się luz, a zaczyna się brak taktu, brak smaku, chamstwo. Czy pokazanie za przeproszeniem połowy tyłka na publicznej imprezie to jeszcze luz, czy raczej brak szacunku dla reszty gości.

REKLAMA
Owa, skądinąd całkiem ładna pupa dziewczyny celebryty (mój Word nie zna takiego słowa, o Bogowie!), która zdominowała fotorelację z jednej z warszawskich imprez, skłoniła mnie do refleksji.
logo

Nie chcę się czepiać, nie jestem pruderyjna ani zaściankowa, ale mam wrażenie, że często zapominamy gdzie jesteśmy, po co, i jak w związku z tym należałoby się zachować czy ubrać.
Mój ulubiony bohater felietonów, uroczy Karol, był ostatnio z małżonką w pięciogwiazdkowym hotelu w Kazimierzu Dolnym. Jakież było ich zdziwienie, kiedy na śniadanie do sali restauracyjnej wparowało dwóch kolesi, bo inaczej nie mogę ich nazwać, w samych kąpielówkach, czyli tak zwanych gaciach, po prostu. Rozsiedli się w najlepsze i z radością pałaszowali gorące bułki i jajecznicę. Karol nie zwrócił im uwagi, myślę zresztą że nie Karol powinien to zrobić, chociaż jajecznica przestała mu już smakować, ale obsługa sali. Klient nasz pan, ale chyba są jakieś granice.
Być może przewijanie dziecka i pokazywanie zawartości pieluchy wewnątrz stacji benzynowej przez Annę Muchę, miało zwrócić uwagę na to, że brakuje w toalecie przewijaka, ale. Granice dobrego smaku, granice, granice, granice. Kiedyś nie było przewijaków w ogóle i jakoś nikt za przeproszeniem kupą nie epatował w miejscach publicznych.
Nie wiem, czy bym zwróciła takiej pani uwagę. Niby jestem asertywna, ale chyba bardziej w swoim własnym mniemaniu niż w rzeczywistości. Generalnie, przy tym całym wszechogarniającym luzie, boimy się reagować.
Boimy się reagować w sytuacjach, które nas bezpośrednio dotyczą, nie mówiąc o tym, że nas poza dotyczeniem dotykają, a nawet czasem kopią.
Najczęstszym miejscem takich sytuacji jest komunikacja miejska, a już pociągi są wręcz stworzone, wydaje się, do kopania nas w różne części ciała; w tym w mózg.
Wagon bezprzedziałowy (najlepszy bo można nogi wyciągnąć swobodnie jak się ma długie, a nawet jak się nie ma to też można tym bardziej), duszno nie jest, blisko okna zawsze siedzi się, nawet jeśli nie siedzi się blisko, absolutna rewelacja. Jadę bezprzedziałowym. W rzędzie obok siedzi pan i ogląda w laptopie relację ze swojej wspinaczki górskiej (wiem, że ze swojej, bo widzę pana w rzędzie obok i identycznego pana widzę na ekranie laptopa).
Chichocze przy tym wyluzowany pan co jakiś czas i ten chichot nawet zły by nie był, jednak pan ogląda swoje wyczyny bez słuchawek, więc mniej więcej trzy czwarte pasażerów wagonu słyszy dzikie jego okrzyki dobywające się z laptopa, pomieszane z narastającymi jeszcze dzikszymi okrzykami, piskami, jękami, chichotem tudzież rechotem dobywającym się bezpośrednio z pana.
Oczywiście nikt mu nie zwrócił uwagi.
O pociągach można bez końca. Weźmy na przykład wagon przedziałowy i przedział w tymże. Sześć osób siedzi zamkniętych w przestrzeni kilku metrów kwadratowych (bardzo mało tych metrów tam jest jak wiadomo). Naturalnie, jeśli do Zdzisi zadzwoni przyjaciółka, wszyscy w przedziale możemy dowiedzieć się, jakie krosty wyskoczyły Zdzisi, i w których miejscach, co się z nich sączy, a magister w aptece idiota bo dał złą maść i teraz te krosty…, i wiele tym podobnych.
Brak taktu? Wyluzowanie?
Bywam czasami w Teatrze Wielkim, ostatnio na premierze Snu Nocy Letniej. Było nie było, premiera. Było nie było, Teatr Wielki Opera Narodowa. A tu panie w kozakach, legginsach, panowie w jeansach i wełnianych swetrach. Ałaaa.
Jeśli do klubu nie wpuszczają w trampkach czy bluzie, a bramkarz lustruje groźnym wzrokiem wszystkich i robi tak zwaną selekcję, to dlaczego do teatru można przyjść w czymkolwiek, i nikt nie ma z tym problemu.
Takich przykładów, związanych z tym jak się ubieramy, w jakich miejscach rozmawiamy przez telefony komórkowe, tym, w jaki sposób się do siebie odnosimy i jak zachowujemy się w miejscach mniej lub bardziej publicznych, mnożyć można naturalnie w nieskończoność, ale kończę tę refleksję, do której skłonił mnie goły tyłek.
Kiedy dupa skłania do refleksji, to coś jest na rzeczy, mogłabym napisać (napisałam) i pewnie to słowo (dupa) niewielu zszokuje czy zniesmaczy. Raczej rozbawi. Bo tak się właśnieśmy wyluzowali, że już wszystko prawie wszędzie można napisać i powiedzieć i tylko fejsbuk blokuje jeszcze gołe piersi. Take czasy. Nie wiem czy to dobre czasy, nie chciałabym, naturalnie, wrócić do tego, aby mówić do taty panie ojcze, i całować go w rękę, jednakowoż.
Może zamiast uczyć w szkołach różnych idiotyzmów, takich jak na przykład ilość oraz kolejność żołądków krowy, warto by zwrócić uwagę na stary i zapomniany przedmiot jakim jest savoir-vivre. Bo jak z domu nie wyniesiemy, to może ze szkoły wynieślibyśmy. Jak nie, to dupa.