Od kilku tygodni poruszam się po stolicy na rowerze. Wróć, od kilku tygodni PRÓBUJĘ poruszać się po stolicy na rowerze. Samochód posłusznie się zepsuł i stoi w warsztacie, pogoda jest piękna, rower też piękny i nawet z przerzutkami. Do komunikacji miejskiej stosunek mam mniej więcej taki jak bohaterka najnowszej powieści Karpowicza: "Nie cierpiała komunikacji publicznej, ludzie bowiem korzystali z autobusów aż do przesady i nigdy w pojedynkę."*

REKLAMA
A co dzieje się w autobusach i tramwajach w (ciepłe) letnie dni… mniejsza o to, ale gdyby był taki przedmiot jak smrodologia obok bakteriologii i toksykologii, z których miałam na uczelni piątki, najpewniej z niego miałabym celujący.
Rower więc. Wiatr we włosach i te sprawy.
Noż spróbujcie wsiąść na rower w Warszawie!
Wiem, to już było, wielu o tym pisało, mówiło, grzmiało i w ogóle wszystko, ale też o czymś muszę. A zdecydowanie najlepiej pisze się o tym, co wkurza.
Oczywiście, jest fatalnie narzekać, nie można narzekać, nie lubię narzekających, ale jak tu nie narzekać.
Taka Żelazna przykładowo ulica. Nie dość, że jest w zasadzie jednopasmowa a kierowcy robią sobie samowolnie dwa pasy, ale też nie wszyscy, więc i tak to jest duży challenge przejechać nią autem, nie mówiąc o puszczeniu się tamtędy na dwóch kółkach. To tylko przykład, takich ulic jest w Warszawie razy ileś i jeszcze do potęgi i silnia i całość.
No to może chodnikiem. Niestety, się nie da bo samochody zaparkowane, a i ludzie muszą chodzić którędyś i trudno bez przerwy dzwonić na przechodniów. A w ogóle to chyba w zasadzie chodnikami nie wolno i można mandat dostać nawet od gorliwych bardziej.
Jestem naprawdę zachwycona, że powstały stacje rowerów miejskich. Mnóstwo ich, tychże stacji. Podobno od 2013 roku w stolicy ma działać 125 stacji na 2100 rowerów. Pierwsze 20 minut korzystania z roweru będzie bezpłatne, kolejne 40 zaledwie za złotówkę. To wspaniale, taniej niż bilet, których ceny nam podnieśli urzędnicy niepotrzebnie, zdrowiej niż samochód i dodatkowo zamknięte tunele wzdłuż Wisły ani dziesiątki innych ulic pozamykanych z powodu niekończącej się budowy drugiej linii metra. I miasto odsapnie od spalin i tłoku. Rewelacyjnie.
Tylko którędy?!
Którędy jeździć.
Po kilku tygodniach spędzonych na rowerze, mam wrażenie, że pytanie powinno brzmieć: KTÓRĘDY DAĆ SIĘ ZABIĆ.
Ścieżki rowerowe kończące się niespodziewanie i gwałtownie NIGDZIE. Tudzież na ścianie. Albo ruchliwej ulicy. Albo bardzo aktywnej babci z parasolką. I co mam się – zdematerializować nagle?
Rozumiem, że kilometr ścieżki to milion. Milion złotych na ścieżce nie leży i nie krzyczy aby go Ratusz czy inny walec rozjechał.
Metr kwadratowy asfaltu to koszt 150 - 250 złotych, więc kilometr to nawet 250 tysięcy. Jeżeli na drodze jest skrzyżowanie ze starą sygnalizacją, trzeba doliczyć 200 - 400 tysięcy. Dodatkowe koszty generuje np. odwodnienie. Ścieżki wymagają pasów, krawężników, znaków. I tak robi się milion. To dużo więcej niż dużo i dużo więcej niż wielka inwestycja, gigantyczne przedsięwzięcie. Chyba go nie rozwalcujemy…
Byłam niedawno w Amsterdamie.
Na rowerach jeżdżą wszyscy. Od biznesmenów w bardzo eleganckich garniturach, przez studentów, kobiety w szpilkach, młodzież, dzieci w wózkach przyczepionych do rowerów (z przodu, z tyłu), kobiety z dziećmi przyczepionymi do brzuchów albo do pleców, mężczyźni zresztą też sobie przyczepiają, po eleganckie i mniej eleganckie staruszki i staruszków. Na ramie, na siodełku, na bagażniku, na barana, jednym słowem wszyscy we wszystkich możliwych konfiguracjach. Ścieżki są wszędzie. I mam na myśli WSZĘDZIE.
Ścieżki nie mają pasów, nie mają krawężników, nie mają odwodnień, nie mają dodatkowej sygnalizacji, SĄ.
Wiem; to inna kultura, może urzędnicy się najarali zioła i wytyczyli te ścieżki. Ale to może nasi też niechby się najarali.

* Ignacy Karpowicz, Ości.