Ku pokrzepieniu serc wszystkich odchudzających się, tudzież próbujących się odchudzić... Z wielu powodów i ze względów wielu - to prawie jak Pawlikowska Jasnorzewska (Z wielu powodów i dla smutków wielu,/Chciałabym dzisiaj mieć poduszkę z chmielu...), z 53 kg wydarzyło mi się w krótkim czasie 69. Koszmar. Zaczęłam wyglądać, ni mniej ni więcej, tylko jak cielna klępa (bo nogi właściwie długie mam), no ale niekoniecznie dobre to było.
Do tego wczoraj – jeszcze przed katastrofą wagową – robiłam kolejne "wietrzenie szafy", czyli porządki i pozbywanie się rzeczy, których nie noszę, i gdy zobaczyłam kontener z Ikei pełen pięknych jeansów, które mogę sobie najwyżej na rękę założyć, to usiadłam i ryczałam przez godzinę. Cóż bowiem mi pozostało.
Pytam grzecznie, czy są jakieś bardziej amortyzujące buty niż te, które mam, bo stawy czasem dają mi się we znaki. ONI pytają ile ważę, więc mówię 64 – 65 kg (ha, to było naiwnie, ZANIM dziś się zważyłam). Wzdychają i mówią, że biegam w butach dla absolutnie najcięższych biegaczy (NAJCIĘŻSZYCH biegaczy; powiedzieli drukowanymi literami) i nie ma już większej amortyzacji niż w moim bucie.
Jutro biegnę rano dwudziestkę w nowych butach. A potem owsianka na wodzie i dwa jajka na półtwardo. Właśnie że tak. I za pół roku przyjdę do NICH (tych superwysportowanych, co to tak z góry na mnie) i poproszę o buty dla najlżejszych biegaczy. A jak nie to…
