Ku pokrzepieniu serc wszystkich odchudzających się, tudzież próbujących się odchudzić... Z wielu powodów i ze względów wielu - to prawie jak Pawlikowska Jasnorzewska (Z wielu powodów i dla smutków wielu,/Chciałabym dzisiaj mieć poduszkę z chmielu...), z 53 kg wydarzyło mi się w krótkim czasie 69. Koszmar. Zaczęłam wyglądać, ni mniej ni więcej, tylko jak cielna klępa (bo nogi właściwie długie mam), no ale niekoniecznie dobre to było.

REKLAMA
Samiec łosia poszukujący samicy nie pobiera pokarmu i w okresie rui może stracić jedną piątą masy ciała, więc kiedy mój mąż zaczął gwałtownie chudnąć, przeraziłam się i postanowiłam wziąć się ostro do pracy. Ciąża łoszy trwa około 250 dni i tyle mniej więcej czasu potrzebowałam żeby zbić wagę do 66 kg. Ale to wciąż niesatysfakcjonujące. Tak więc ostrzej do roboty! Tym ostrzej, iż zarówno mąż, jak i ja, pamiętamy aż nazbyt dobrze moją nadobną figurę z okresu wcześniejszego (plejstocenu).
Aby uniknąć efektów o nazwie popularnych zabawek dla dzieci (jo-jo), postanowiłam robić to mądrze i "z głową". To znaczy, żadne tam niejedzenie, tylko regularne posiłki, co nie jest proste, bo łosie żerują w dzień i w nocy, a największą aktywność wykazują bardzo wczesnym rankiem i późnym wieczorem. Ale czego się nie robi by cel osiągnąć! Jem więc regularnie. Prawie wyłącznie niedogotowane warzywa i ryby z rusztu. Praktycznie zrezygnowałam z mięsa. Restrykcyjnie ograniczyłam wino. Prawie żadnych owoców (mają dużo cukru), czasami tylko truskawy i maliny. Makarony wyłącznie razowe, dziki ryż, chleb tylko żytni razowy i od czasu do czasu. Zero nabiału (ja – serożerca!), bo zakwasza organizm i ma laktozę, a to cukier; zamieniłam więc mleko krowie na sojowe i migdałowe. Nie muszę już pewnie pisać, że coś takiego jak słodycze, przestało chwilowo istnieć. Oczywiście piję co najmniej półtora litra wody. Żadnych soków, coca coli i tych wszystkich innych pysznych rzeczy.
Do tego biegam. I to JAK biegam! To już nie jest po 5 - 6 km, jak to drzewiej bywało. Średnia wychodzi mi 12 dziennie, a raz w tygodniu robię ponad 20.
Tak zapinkalam i katuję się od naprawdę dawna; wydaje mi się, iż od niepamiętnych czasów. Ale przecież muszę z 66 zrobić o dwanaście mniej!
Chociaż jestem smakoszem. Uwielbiam jeść i gotować i nieustannie teraz śni mi się już rozdział trzydziesty siódmy mojej powieści "(nie)winna": Gdybyś tylko chciał, miałbyś Veuve Clicquot i Dom Pérignon, w zależności od smaku i chęci, młodą kapustkę (z cebulką, zielem angielskim i liściem laurowym) i tatara z tuńczyka z kaparami i uprażonym sezamem, na zmianę z siekanym własnoręcznie tatarem z polędwicy, aż do znudzenia, i Amarone, które pieści, i Brunello, i co tylko byś wymyślił, i mnie uśmiechniętą, i święty spokój, gdy go potrzebujesz, i młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem, i bez mleka też, z koperkiem, i polędwicę wołową z lekkim sosem pieprzno-czosnkowym, aromatyczną, delikatnie przypieczoną z zewnątrz, nie mówiąc o zrazach z grzybkiem, cebulką i marchewką, takich malutkich, spiętych na jedną wykałaczkę, i stek z tuńczyka owinięty szynką parmeńską miałbyś, taki, jakiego nigdy nie jadłeś, bo zawsze jest suchy, a ten nie jest suchy, bo łosoś to pestka, każdy potrafi, i szparagi na wszystkie możliwe sposoby, a przede wszystkim pod pierzynką z sosu holenderskiego i z jajkiem w koszulce, i mogłabym nawet pastować ci buty, i wątróbki po żydowsku, które robiła twoja mama, a ty już nie pamiętasz, jakie są rewelacyjne, z chrupiącą bagietką i do tego własnej roboty masło czosnkowe (koniecznie też ogórki małosolne do tego), królika mógłbyś mieć z blanszowanymi migdałami duszonego w białym winie i śmietanie, a do tego pęczak z whiskey i warzywami, i makaron z najlepszej pszenicy mógłbyś, z oliwą, czosnkiem i rozmarynem, i makaron w ogóle na sto sposobów ze wszystkim, co tylko… i nawet po trufle mogłabym jeździć, czy latać dla ciebie na koniec świata, chociaż pewnie wystarczy parę przecznic; i ostrygi co czwartek, mimo że ceny windują kosmicznie, i krewetki tygrysie albo królewskie, bo jesteś królem przecież, w sosie z białego porto z szalotkami i natką pietruszki; najlepiej smakują z lekko podgrzaną w piekarniku ciabattą, i vinho verde, gdy upał, i nawet mogłabym cię wachlować, gdyby było ci jeszcze za gorąco, a szpinak?, lubisz szpinak?, bo szpinak z serem pleśniowym, suszonymi pomidorami i orzechami piniowymi… i jeszcze świeżo wyciśnięty zimny sok mieszany z grejpfrutów, granatów i pomarańczy każdego ranka i nawet do łóżka, i taki kulinarny ten list miłosny, bo może, jak już nic cię nie rusza, to przez żołądek do serca, czy też nie.
Ale, choć cierpię i wzdycham, trzymam się twardo. No i wchodzę dziś na wagę.
Uwaga!!!
65,8 kg.
No macie pytania?
Przecież teraz to już tylko najeść się niemal do zemdlenia, a potem skoczyć z okna.
Do tego wczoraj – jeszcze przed katastrofą wagową – robiłam kolejne "wietrzenie szafy", czyli porządki i pozbywanie się rzeczy, których nie noszę, i gdy zobaczyłam kontener z Ikei pełen pięknych jeansów, które mogę sobie najwyżej na rękę założyć, to usiadłam i ryczałam przez godzinę. Cóż bowiem mi pozostało.
Ale! Że nic nie leczy tak jak zakupy, i nic nie pomaga tak jak dobra motywacja, i przecież nie poddaję się, pojechałam do sklepu dla biegaczy i spędziłam tam ponad dwie godziny w nadziei na podniesienie na duchu, etc. Są wakacje i nie ma tłoku, więc wszyscy oni (super wysportowani sprzedawcy i sprzedawczynie) mnie obskakiwali.
Pytam grzecznie, czy są jakieś bardziej amortyzujące buty niż te, które mam, bo stawy czasem dają mi się we znaki. ONI pytają ile ważę, więc mówię 64 – 65 kg (ha, to było naiwnie, ZANIM dziś się zważyłam). Wzdychają i mówią, że biegam w butach dla absolutnie najcięższych biegaczy (NAJCIĘŻSZYCH biegaczy; powiedzieli drukowanymi literami) i nie ma już większej amortyzacji niż w moim bucie.
Rozumiecie, jaki strzał, psiamać, w kolano.
Mówię, że no tak, chcę zrzucić… Patrzą na mnie z góry i mam wrażenie, że nie ma na to wpływu fakt, że ja siedzę, a oni stoją, i mówią, nooo, przydałoby się tak przynajmniej do 57.
Psiamać czujecie strzał w drugie kolano. I w mózg już.
Przydałoby się. Powiedzieli.
Chromolę! Buty kupiłam i tak; dwie pary. I zamówiłam trzecie - bajecznie kolorowe startówki, rewelacyjne nawet na triathlon. Jak umierać, to z klasą.
Nie poddajemy się. Nie poddawajcie się. Nigdy się nie poddawaj. Nigdy, nigdy i jeszcze raz nigdy!; powiedział Winston Churchill i miał absolutną rację. Życie jest ciężkie. A potem się umiera. A jeśli w tak zwanym międzyczasie przyjdzie się jeszcze odchudzać, to koszmar, no ale trudno, trzeba znaleźć pozytywy (mam większe piersi niż WTEDY, w okresie plejstocenu) i walczyć. Mimo, że waga nie drga, mimo że się nie chce, mimo, że zdarzają się chwile słabości (tort bezowy w MiTo...).
Jutro biegnę rano dwudziestkę w nowych butach. A potem owsianka na wodzie i dwa jajka na półtwardo. Właśnie że tak. I za pół roku przyjdę do NICH (tych superwysportowanych, co to tak z góry na mnie) i poproszę o buty dla najlżejszych biegaczy. A jak nie to…
To sklep zmienię.
I zrobię tego królika w białym winie.