Miniony tydzień. W czasie urlopu spędzanego na przepięknym Roztoczu z lokalnych mediów dobiegały mnie wiadomości o dramacie toczącym się gdzieś o krok. Samobójstwo księdza, któremu po raz drugi postawiono zarzuty wykorzystywania seksualnego małoletnich ministrantów. I oświadczenie lubelskiej kurii metropolitalnej: "Zwracamy się z apelem o niewydawanie osądów mogących bezpowrotnie pozbawić zmarłego dobrego imienia". Czy dramat śmierci znosi dramat krzywdy?

REKLAMA
Prokuratura w Lublinie postawiła księdzu P. zarzuty wykorzystywania seksualnego małoletnich. Równolegle trwał proces o wykorzystywanie przez księdza P. 11-letniego ministranta. Do kontaktów seksualnych z chłopcem doszło kilka lat temu, gdy ksiądz pracował w Dolnej Bawarii. Zarzuty postawiono księdzu w Niemczech, proces toczył się Polsce. Teraz dwóch kolejnych młodych mężczyzn, którzy 10 lat temu byli ministrantami w podlubelskiej wsi, gdzie ksiądz P. był proboszczem złożyło zeznania przeciwko niemu. Księdza zatrzymała policja, sąd zdecydował, że pozostanie na wolności i będzie odpowiadał z wolnej stopy. Po napisaniu listu pożegnalnego ksiądz podpalił się na grobie swoich rodziców. W związku z samobójstwem oskarżonego śledztwo zostało umorzone.
Trudno nie współczuć człowiekowi, który tak bardzo nie miał siły zmierzyć się z zarzutami, że wybrał śmierć. Nie wiemy, co przeżywał, czego bał się najbardziej – społecznego ostracyzmu, czy życiowej próżni (zawieszono go we wszystkich czynnościach duszpasterskich w związku ze stawianymi zarzutami). Nie przyznał się. Proces w którym jego wina mogła być formalnie udowodniona, bądź odrzucona, przerwała jego śmierć.
Co wiążącego się z tą sprawą wiemy o wykorzystywaniu seksualnym, mimo, iż jeden proces księdza P. się nie zakończył, a drugi nawet nie zaczął? Otóż:
W zdecydowanej większości przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci sprawcy, po ujawnieniu wykorzystywania zaprzeczają, iż do niego doszło. W postępowaniu sądowym w takich sprawach najczęściej jedynym dowodem są zeznania dziecka, sąd kieruje się również opiniami biegłych psychologów. Nieprzyznanie się do winy w żaden sposób nie świadczy o braku winy.
Od początku wieku o problemie wykorzystywania seksualnego dzieci przez księży dowiadujemy się coraz więcej. Słabnące bariery ujawniania takich przypadków skutkują na całym świecie lawinami oskarżeń. Analizy problemu podejmowane przez badaczy, ale również przez gremia powołane przez sam kościół (np. komisja belgijska czy też United State National Catholic Conference of Bishops w 2004) pozwalają głębiej scharakteryzować problem. Zdecydowana większość tych, którzy złożyli skargę na księży o wykorzystywanie seksualne w dzieciństwie to chłopcy (81%), ponad połowa z nich (51%) miała wtedy 11-14 lat, tylko 29% zgłaszało pojedyncze zdarzenie, pozostali deklarowali, że był to wielokrotny proceder*.
Wiemy też, że generalnie chłopcy-ofiary wykorzystywania znacząco rzadziej, niż dziewczynki ujawniają takie doświadczenia. Chłopcy od najmłodszych lat dowiadują się w procesie socjalizacji, że męskość to siła - ten stereotyp znacząco blokuje przyznanie się do bycia wykorzystanym. Ponad to sprawcami wykorzystywania najczęściej są mężczyźni, pojawia się więc również kontekst homoseksualny często uznawany za stygmatyzujący. To dodatkowa blokada.
Wykorzystanie seksualne dziecka często ma poważne konsekwencje – depresje, lęki, zachowania autodestrukcyjne – okaleczenia czy próby samobójcze znacząco częściej dotyczą tych, którzy przeżyli taką traumę. Wykorzystywanie przez księdza, to – jak uznają terapeuci – głębszy poziom krzywdy. Ksiądz jest autorytetem – nie tylko w osobistej relacji z dzieckiem, ale również w lokalnej społeczności. Jest reprezentantem Boga, w którego wiara jest często dla dziecka fundamentalna. Przywoływanie Boga to, jak pokazują analizy strategii manipulacyjnych księży–sprawców wykorzystywania dzieci, sposób na ich zastraszenie i zagwarantowanie milczenia. Oskarżyć księdza to dla dziecka więcej niż pokonanie bariery wstydu i lęku. To wymaga heroicznej odwagi przeciwstawienia się całemu światu. Kogo na to stać?
Było na to stać trzy ofiary księdza P. Wprawdzie dopiero po 10 latach, gdy dorośli, ale ujawnili, co się zdarzyło i oskarżyli sprawcę swojej krzywdy. Skazujący wyrok sądu byłby dla nich bardzo ważny w procesie zdrowienia. Dla ofiar wykorzystywania jest to moment odciążenia z poczucia winy, dowód na sprawiedliwość świata. Dla tych, którzy oskarżyli księdza udowodnienie jego winy byłoby dodatkowo argumentem w sytuacji wrogich reakcji parafian (a takie niestety są niemal regułą). Młodych mężczyzn z podlubelskiej miejscowości nikt już nie przesłucha, nigdy nie dostaną formalnego orzeczenia sądu, że padli ofiarą przestępstwa - sprawiedliwości nie stanie się zadość.
W swoim oświadczeniu lubelska kuria kieruje się troską o dobre imię księdza. Nie osądzajmy go, bo nie przyznał się do winy - apeluje. A ofiary? Jeśli ci młodzi ludzie zostali jako mali chłopcy wykorzystani seksualnie przez księdza, to jego samobójstwo i umorzenie postępowania mogą być dla nich równoznaczne z utratą szansy na zagojenie się traumy dzieciństwa. Chociaż pozostaje margines niepewności, to wobec bardzo wysokiego prawdopodobieństwa krzywdy doświadczonej przed laty, ale trwającej do dziś, chciałoby się usłyszeć w apelu lubelskiej kurii głos troski o ofiary duszpasterza. Bardzo go brakuje.
*Diane J. Shea, Effects of Sexual Abuse by Catholic Priests on Adults Victimized as Children, Walden University, 2006