Nie żebym się chciał jakoś specjalnie tłumaczyć od razu na samym początku, ale obiektywizmu nie będzie. Przepraszam bardzo, ale jak ktoś szuka obiektywizmu, to niech zajrzy do tabelki z danymi technicznymi. Zawieszenie takie, a takie, moc taka, a taka. Wszystko ładnie i elegancko, można sobie dopasować cyferki do własnych upodobań. I ocenić. Ja tak nie umiem.

REKLAMA
Nie wiem dlaczego. Może nie przemawia do mnie aksjomat, że dziennikarz musi być obiektywny? Może za dużo się naoglądałem jednego takiego brytyjskiego programu o samochodach, w którym to jeden z prowadzących drze zdjęcia różnych aut i nie przejmuje się mówiąc przy tym "straszny chłam"? A może za dużo przesiedziałem na corocznych zebraniach zacnego jury plebiscytu Samochód Roku PLAYBOYA?
Te zebrania - powiem Wam - to jest kwintesencja mojego widzenia motoryzacji. Sześciu facetów, którzy znają się od lat i najczęściej sześć odmiennych zdań. Dlaczego? Nie wiem, czy powinienem zdradzać szczegóły, ale raz kozie śmierć. W jury zasiadają: Włodek Zientarski, który motoryzacją pasjonuje się i zajmuje zawodowo dłużej, niż ja żyję. Obok niego Krzysztof Hołowczyc i Andrzej Koper, których praktyczna wiedza na temat rajdówek (i aut w ogóle) jest tak ogromna, że nie wypada się nawet odzywać. Czasami, jak zaczynają rozmawiać ze sobą o amortyzatorach, natychmiast wołam kelnera. No i jeszcze Andrzej Borowczyk i współautor tego bloga Rafał Jemielita, którzy zęby zjedli na dziennikarstwie motoryzacyjnym oraz niżej podpisany.
Siadamy, gadamy o tym co u kogo, jakie plany, co dobrego, co gorszego. Zamawiamy coś na ząb. I wtedy ja wyciągam listę nominacji, czyli wszystkie samochody, które pojawiły się ostatnio (chodzi o okres kilku miesięcy) na rynku lub dopiero się na nim pojawią, a my mieliśmy okazję wcześniej je obejrzeć lub objechać.
No i się zaczyna!
Skakania sobie do gardeł co prawda nie ma, towarzystwo jest kulturalne i na poziomie. Ale jak bardzo inne podejście do konkretnych modeli. Jak skrajnie różne opinie! Taki na przykład Chevrolet Camaro. Ja ściskałem nogi, bo tak mi się podobał. A Krzysztof Hołowczyc tylko się śmiał, że to samochód, który nie skręca. Swoje trzy grosze dodał ktoś inny, twierdząc, że będzie się psuł. No to ja nieśmiało: - Ale jaki ładny za to. I po chwili okazało się, że nie dla każdego.
I tak było ostatnio, rok temu, jeszcze rok wcześniej. Każdy jeden samochód budził emocje, o każdy jeden kłóciliśmy się, mówiąc w jednej chwili, jeden juror - Fantastyczny! A drugi - Tragedia! Przykładów mógłbym podać tysiąc.
Po co o tym piszę? Tylko po to, żeby powiedzieć Wam, że uważam (i akceptuję ten fakt), że motoryzacja, samochody w ogóle, każdy z nich, od taniego po drogi, to emocje. Mogę godzinami słuchać o zaletach BMW 5 GT, ale jak na niego patrzę, to pusty śmiech mnie ogarnia, chociaż to samochód za 400 tys. Wygląda pokracznie i już. I odwrotnie - KIA Sportage. Pewnie są lepsze SUV-y, pewnie zrobione z lepszych materiałów, czy lepiej się prowadzące. Ale mnie się ten podoba i nic na to nie poradzę. I fajnie mi się nim jeździło.
Mam więc dla Was propozycję. Za każdym razem, kiedy nadepnę komuś na odcisk i skrytykuję auto, które jest w czyjejś opinii dziełem sztuki lub odwrotnie - pochwalę fatalny według kogoś wóz, niech czytelnik w swojej łaskawości wróci do tego tekstu i zechce mi wybaczyć. To po prostu nic osobistego, że kocha się lub nienawidzi od pierwszego wejrzenia lub po tygodniowej przejażdżce.
Marcin Klimkowski