Chcę benzyny za 12 złotych. Dlaczego? Bo życie będzie wtedy naprawdę piękne.

REKLAMA
-Jedziemy do Poznania – głos z telefonu nie pozostawił żadnej wątpliwości, gdzie (no i w jaki sposób) spędzę cały piątek. Z Warszawy do stolicy Wielkopolski jest 300 km. Pociągiem da się ten dystans pokonać w 3 godziny. Wygodnie, ale ja przecież nie o pociągach... Nie ma siły. Muszę jechać samochodem! Znaczy – zmora, makabra, gabinet strachów, bo te trzy setki kilometrów to coś jak forsowny trening na siłowni prowadzonej przez trenera sadystę. Ale po co od razu tak pesymistycznie? Przecież mam Lexusa (Klimkowski już doniósł, prawda?): dużego, pięknego i szalonego. Nie na moją kieszeń i nie na moje umiejętności, bo i 420 koni (w praktyce kilka więcej), i da się nim pojechać 270 na godzinę (jak ktoś potrafi), i jeszcze ta skóra pachnąca, i zamsz czarny na suficie, i sprzęt audio high end, i sportowe zawieszenie, i 8 przełożeń skrzyni biegów, które zmieniają się niedostrzegalnie a nieszarpliwie (może to nie jest po polsku, ale ten neologizm brzmi ładnie). Klimek do tablicy! Sam przecież napisałeś, że ja lubię technologię, a ty jesteś gadżeciarzem...
No to wsiadam. Mruczy basowo spod maski, a i owszem – bardzo ładnie. Przyspiesza też porażająco. Czuję krew, która przy dodawaniu gazu zdaje się szeroką falą odpływać gdzieś tam, spod przednich partii mózgu. Dobra. Stop! Grzecznie, grzecznie. –Nie jestem przecież Hołowczycem – krzyczy osobisty bezpiecznik pod czaszką. No to radio, żeby się uspokoić! Wciskam guzik, bo to w końcu „haj” no i „end”. Na klasycznych falach Mahler i rozluźniający koncert fortepianowy. Za oknem Polska przesuwa się spokojnie, a statecznie. Jak w fotoplastikonie za szybą przelatują najpierw „kwiaty sztuczne”, potem „miejsce urodzenia Szopen” i moje ulubione, lubieżne „muzeum Sromów 3 km”. Dalej będą jeszcze „RKS dziady”, „Widzew Żydy”, palety sprzedam/kupię, centralne odkurzacze – tanio, Gryll-Bar. I radar. W zasadzie to radar za radarem, mniej więcej co parę kilometrów. Ale ja jestem twardy i nie zwalniam. Nie, nie dlatego, że Jemielity nie ruszy żaden policyjny patrol i że mam w nosie kodeksy i przepisy. Ja po prostu... nie muszę zwalniać. Jadę w morzu TIR-ów (jak ktoś nie wie, tam mówimy nad Wisłą na ciężarówki) i samochodów osobowych. Wszyscy ciągną się noga za nogą. –Do jasnej cholery, wyrzućcie lepiej kluczyki do rowu i poczekajcie aż Ziemia się pod wami obróci. Będzie spokojniej i przyjemniej – denerwuje się we mnie Jemielita narwany. Denerwuje - dodam - podwójnie, bo Mahler się skończył. I Szopen (był tylko przez chwilę) – też. Spokojniejszy Jemielita też się uaktywnił. Druga połowa mojego ja utknęła nad radiem. Jest disco, i jakiś nędzny, osiemset razy powtarzany rock. Dalej więc wduszam guzik na kierownicy (Lexus nie wymaga długiego ramienia do obsługi audio, wszystko jest pod palcem). W końcu łapię coś na kształt wzniosłej pogadanki. –Tak, ojciec ma świętą rację. Źle wydajemy pieniądze na drogi – grzmi z głośnika poseł ugrupowania „niecierpiępremieraijuż”. –Tak, panie pośle. Pan też ma rację. U nas drogi są pod opieką konserwatora zabytków – dodaje męski (choć wciąż święty do bólu głos). Wtedy dociera do mnie prawda. Radio z Torunia zdjęło mi – przypadkowo – zasłonę z oczu. Dociera do mnie dlaczego kierowcy nie przekraczają pięćdziesiątki-sześćdziesiątki nawet poza terenem zabudowanym. Polak po prostu oszczędza, bo benzyna droga aż portfel boli. Gotowi jesteśmy pójść na rewolucję, rozsypywać ziarno i palić na asfalcie opony, bo jest za drogo: –Nie zarabiamy tyle, co Niemcy. Nie stać nas - płaczą Nowakowie, Szymańscy i Kowalscy (ci tzw. statystyczni). Rozumiem ich, bo sam płacę za swoją benzynę. Rozumiem, ale wiem że taniej już nie będzie. Nie pomogą skrzętne wyliczenia podatków i wrzaski niezadowolonych. Moim zdaniem będzie jeszcze drożej. Tak drogo, że korzystanie z samochodu na obecną skalę przestanie się opłacać. Wrócimy więc najpierw do pekaesów, pekape i innych „transludów i zerdeksów”. Gdy cena jeszcze bardziej skoczy – wrócimy do rowerów. A potem społeczeństwo wróci do swoich chat i w ogóle nie będzie z nich wyściubiać nosa. Dlaczego? Bo się nie będzie opłacało pracować (dojazdy będą za drogie). Produkcja, automatycznie, z braku siły roboczej, też zaraz spadnie. I co z tego? Czy ceka nas era kurnej chaty i neo-Kazika Wielkiego, który „zastał Polskę murowaną, a zostawił drewnianą”? Nie tak szybko. Zanim drogowa insfrastruktura się zestarzeje i nieuchronnie zniknie w burzanach, minie sporo czasu. Może nawet to będzie kilkanaście lat? To będzie czas tych, którzy już dziś rozbijają się Leksusami, Porsche 911 czy Ferrari! Po co budować autostrady, skoro na zwykłych drogach za jakiś czas zrobi się totalnie pusto? Wystarczy, że benzyna będzie droższa i zaraz człowiek sobie gazu pociśnie i - już, tuż - Poznań. Radiowozy tymi „szybkimi” (albo jak chcecie - uprzywilejowanymi) interesować się nie będą, bo nie dość, że nie będzie czym gonić piratów, to jeszcze i na nalewanie do baku zapewne w budżecie zabraknie... Nowi Rosjanie powiedzieliby (upojeni wizją tej oczywistej przyjemności): -Kłass! Jakaż to szansa przed Polacy z górnych majątkowych rejestrów! Walcie więc już dziś drzwiami i oknami do dilerów, żeby nie dać się wyprzedzić zazdrosnym (a równie bogatym sąsiadom). Zwiększajcie statystyki sprzedaży. Niech Ferrari znowu się pochwali, że nasz krajowy salon sprzedał kilkadziesiąt aut, każde za minimum "set tysięcy". Kryzys szaleje, gazety się nie sprzedają, a takie cudeńka schodzą niemal na pniu! Lexus, choć tańszy, też się nada. Bo ten cały IS-F, miły a i owszem, pachnący, skórzany, ale kosztuje sporo, a na drodze do Poznania połknął mi 16 litrów na setkę (yyle wyszło na jazdę z prędkością 60 km/h plus wyprzedzanie kilometrowych konwojów ciężarówek). Gdyby litr „bezołowiowej” kosztowałby, powiedzmy, 12 złotych, po „poznańskiej” jeździłyby tylko dobre auta. Ciekawe tylko, do której grupy mógłbym się wtedy załapać? Bo jeśli tylko na rowery to ją z tą ceną, hmm, żartowałem. Chyba jednak za dlugo jechalem do Poznania. Człowiek za kierownicą Lexusa łatwo odrywa się od rzeczywistości...
Jemielita