Po upływie prawie roku od światowej premiery na międzynarodowym festiwalu w Walencji, 15 kwietnia będzie miała miejsce polska premiera filmu „5 dni wojny”. Obraz w reżyserii Renny Harlina (Szklana pułapka 2) opowiada o wojnie rosyjsko-gruzińskiej z sierpnia 2008 roku.
REKLAMA
Jeśli już muszę obejrzeć film wojenny, to zdecydowanie bardziej interesują mnie w nim wątki miłosne. Nie do końca też rozumiem prawie obsesyjną (w niektórych cieższych przypadkach ;)) fascynację mężczyzn czołgami, samolotami, okrętami i żołnierzami w okopach (obowiązkowo umazanych błotem i krwią). Moja mama powiedziała mi po obejrzeniu „1920 Bitwa Warszawska”, że gdyby to kobiety rządziły światem, to wojen nigdy by nie było.
„5 dni wojny” ma gwiazdorską obsadę: Andy Garcia jako Micheil Saakaszwili, jest także Val Kilmer oraz Rupert Friend. Ponieważ znam osobiście Pana Prezydenta Saakaszwilego, muszę przyznać, że dla mnie Andy Garcia jest trochę za stary do tej roli (aż 11 lat różnicy).
Film został zrobiony z rozmachem w przepięknych gruzińskich krajobrazach.Jak to w kinie wojennym, jest w nim wszystko, co widzowie chcą zobaczyć. Żołnierze strzelają, czołgi dymią i rozjeżdżają wszystko po drodze. Samoloty i helikoptery robią dużo huku i strzelają do wszystkiego, co się rusza. Jest też i miłość – amerykańskiego dziennikarza i młodej gruzińskiej dziewczyny (Emmanuelle Chriqui).
To była dziwna wojna. Wojna, którą nikt się nie zainteresował. Był to czas olimpiady w Pekinie, kryzysu finansowwego w USA - ludzie mieli inne rzeczy na głowie, niż jakaś wojna nie wiadomo o co, gdzieś na krańcu świata. Stanęłyt naprzeciw siebie armie: pięcio milionowego narodu gruzińskiego i 30 razy większej Rosji. Wynik tego konfliktu był przesądzony zanim się w ogóle zaczął. W filmie wyraźnie widać tę wielką przewagę militarną po stronie Rosji. Po obu stronach giną niewinni cywile i żołnierze. Rosjanie wkraczają i zajmują gruzińskie miasto Gori. Jest w tym wszystkim jakaś piekielna symbolika.
To właśnie w Gori urodził się Józef Stalin - największy dyktator Rosji Sowieckiej. Tu oficjalnie znajduje się też jego ostatni pomnik. Społeczność międzynarodowa apeluje o pokój. Gruzja ogłasza jednostronny rozejm. Rosjanie odpowiadają – rozejmu nie zamierzamy nawet rozważać i zajmują nowe miejscowości na terytorium Gruzji. Gori, Zugdidi, Senaki - bombardują i blokują port w Poti. Jesteśmy świadkami dramatycznej sceny, w której Saakaszwili czując się opuszczony przez europejczyków i amerykanów nakazuje swoim żołnierzom odwrót i obronę stolicy kraju Tbilisi.
Wydaje się, że nic już nie uratuje Gruzji przed klęską. 12 sierpnia w centrum Tbilisi zebrał się 150 tysięczny tłum. Saakaszwili wygłosił wzruszające, patriotyczne przemówienie. Mówił, że jeśli nawet Gruzini zostaną pokonani militarnie, to i tak jako naród pozostaną wolni. Dla swoich rodaków miał też niespodziankę. Powiedział – wspiera nas cała Europa i jest z nami pięciu prezydentów!
Dopiero kiedy oglądałam ten film dotarło do mnie, jak wielkiej odwagi wymagało wsparcie Gruzinów i przyjazd tam, prosto w samo serce wojny. Zrozumiałam wtedy dlaczego Renny Harlin reżyser filmu na festiwalu w Walencji zadedykował go pamięci Lecha Kaczyńskiego - inicjatora podróży i wsparcia Gruzinów. Szkoda, że w filmie tak niewiele się o tym mówi. Po tym wiecu świat nie mógł już milczeć. Nie mogła także milczeć Rosja. Do wszystkich chyba dotarło, że tamtej wojny nie można było wygrać, nawet jeśli wygrałoby się ją militarnie. W trzy dni po wiecu w Tbilisi podpisano porozumienie o zawieszeniu broni.
W filmie występuje kilka historycznych postaci, choć na pewno nie jest to fabularyzowany dokument. Brakuje w nim przede wszystkim nawet z grubsza pokazanego punktu widzenia Rosjan na tę wojnę. Jest natomiast w nim wszystko co powinno być w tego rodzaju gatunku: wojna, miłość, przyjaźń, honor, poświęcenie, no i dobre zakończenie. Gruzja pozostała niepodległym państwem.
