
Nie lubię świąt. Nie będę owijać w bawełnę, że okres świąteczny to katusze dla mnie i dla mego portfela. To już nie święto Bożego Narodzenia, to święta konsumpcji i udawania, że się wszyscy kochamy i na 48 godzin pozostaniemy w tej cudownej świątecznej symbiozie.
REKLAMA
Pewnie wielu z Was powie, że powinnam się leczyć na głowę pisząc takie słowa, albo najlepiej powinnam jak najszybciej znaleźć się w gabinecie psychologa.
Nie mam jakiejś szczególnej traumy z dzieciństwa, moja rodzina mimo iż była zwariowana, ogólnie uchodziła za kochającą się.
Niestety czas przygotowań do świąt od dzieciństwa kojarzy mi się z czymś bardzo stresującym, z awanturami i ogromnym wysiłkiem fizycznym, który musiałam włożyć w sprzątanie domu moich rodziców, a potem w mielenie maku jakąś paskudną maszynką do mielenia, która nigdy dobrze niczego nie zmieliła prócz moich szczerych chęci.
Moja mama dostawała co roku "zlecenie" od taty na zabicie ośmiu niewinnych karpii, a następnie przygotowanie kilometrów kwadratowych półmisków karpia w galarecie. Obraz mojej matki tłukącej walczące w ostatnim tchnieniu karpie wyrył mi się na tyle mocno w mej pamięci, iż podjęłam decyzję o zaprzestaniu konsumpcji tejże ryby. Poza tym karp nie smakował mi nigdy i kiedy pytam znajomych czy lubią jego smak, zazwyczaj wszyscy wyrażają się o jego błotnym smaku ze wstrętem. Więc po co się katować ?
Nie lubię świąt do tego stopnia, iż w tym roku zdecydowałam się nie robić absolutnie nic i z uśmieszkiem przyznam, iż dobrze mi z tym.
Zamówiłam sobie ciasta i inne takie, tak tylko po to, by nie ryzykować rozwodem;-)
Dostałam za to w tyłek od niewidzialnych sił, gdyż okazało się, że zamówione ciasta miały zakalce, uszka miały piasek, a do pasztetów wdały się kamienie.
Redakcja Natemat.pl przysłała mi na święta ciastko, które okazało się najlepsze smakiem wśród tych wszystkich świątecznych wypieków ;-) Za co bardzo z synkiem dziękujemy.
Nie mam jakiejś szczególnej traumy z dzieciństwa, moja rodzina mimo iż była zwariowana, ogólnie uchodziła za kochającą się.
Niestety czas przygotowań do świąt od dzieciństwa kojarzy mi się z czymś bardzo stresującym, z awanturami i ogromnym wysiłkiem fizycznym, który musiałam włożyć w sprzątanie domu moich rodziców, a potem w mielenie maku jakąś paskudną maszynką do mielenia, która nigdy dobrze niczego nie zmieliła prócz moich szczerych chęci.
Moja mama dostawała co roku "zlecenie" od taty na zabicie ośmiu niewinnych karpii, a następnie przygotowanie kilometrów kwadratowych półmisków karpia w galarecie. Obraz mojej matki tłukącej walczące w ostatnim tchnieniu karpie wyrył mi się na tyle mocno w mej pamięci, iż podjęłam decyzję o zaprzestaniu konsumpcji tejże ryby. Poza tym karp nie smakował mi nigdy i kiedy pytam znajomych czy lubią jego smak, zazwyczaj wszyscy wyrażają się o jego błotnym smaku ze wstrętem. Więc po co się katować ?
Nie lubię świąt do tego stopnia, iż w tym roku zdecydowałam się nie robić absolutnie nic i z uśmieszkiem przyznam, iż dobrze mi z tym.
Zamówiłam sobie ciasta i inne takie, tak tylko po to, by nie ryzykować rozwodem;-)
Dostałam za to w tyłek od niewidzialnych sił, gdyż okazało się, że zamówione ciasta miały zakalce, uszka miały piasek, a do pasztetów wdały się kamienie.
Redakcja Natemat.pl przysłała mi na święta ciastko, które okazało się najlepsze smakiem wśród tych wszystkich świątecznych wypieków ;-) Za co bardzo z synkiem dziękujemy.
Pomyślałam sobie, że na święta przeciętny Polak wydaje ponad połowę swojej pensji tylko po to aby zastawić stół nadprogramową liczbą dań, które zostały wyprodukowane w ilościach przemysłowych, więc po dwóch dniach świąt lądują w koszu, bądź w misce dla psa. Kiedy pomyślę o milionach niedożywionych osób na świecie, czy chociażby o zwykłych bezdomnych, wobec naszej świątecznej nadkonsumpcji trafia mnie cholerny szlag.
Dlatego w tym roku udało mi się przekonać rodzinę, iż liczba 12 dań jest idiotyczna, a prezentów nie będzie. Zamiast kupować kolejne "śmierdzidełko" kompletujemy paczkę z artykułów pierwszej i drugiej potrzeby i wysyłamy ją do ubogiej rodziny spod Ciechanowa. Z całym szacunkiem dla wszystkich wierzących uważam, że produkowanie tak wielkiej masy żarcia w święta jest po prostu niemoralne. Nawet nie uda nam się tego spalić w biegu do tramwaju po świętach ;-)
Dlatego w tym roku udało mi się przekonać rodzinę, iż liczba 12 dań jest idiotyczna, a prezentów nie będzie. Zamiast kupować kolejne "śmierdzidełko" kompletujemy paczkę z artykułów pierwszej i drugiej potrzeby i wysyłamy ją do ubogiej rodziny spod Ciechanowa. Z całym szacunkiem dla wszystkich wierzących uważam, że produkowanie tak wielkiej masy żarcia w święta jest po prostu niemoralne. Nawet nie uda nam się tego spalić w biegu do tramwaju po świętach ;-)
Ciąg dalszy jeszcze nastąpi :-)
