Kiedy pomyślę o kultowych miejscach na mapie Wrocławia zazwyczaj wyobrażam sobie siebie, nastolatkę odkrywającą smak owocu zakazanego w nieistniejących już klubach muzycznych Wrocławia. Aby móc bez problemu wejść do klubu nocnego musiałam sfałszować swoją szkolną legitymację dodając sobie trzy latka więcej zabytkową maszyną do pisania mojego ojca. Mój wygląd na szczęście pozostawiał złudzenie osoby pełnoletniej, to pewnie dzięki włosom ufarbowanym na czarno i kredce do oczu podprowadzonej mamie. I tak oto stałam się stałą bywalczynią klubu Rocker i Samo Życie, w czasach kiedy moje szkolne koleżanki śpiewały jeszcze do dezodorantów piosenki Salt'n' Pepy, ja już mierzyłam się z prawdziwym mikrofonem we „wrocławskich klubach marzeń”.
Pamiętam dość dobrze to miejsce, gdyż ojciec mój często zabierał mnie do biura PSJ ( Polskie Stowarzyszenie Jazzowe ), którego był wtedy prezesem. Klub mieścił się wtedy w innym lokalu, a właściwie tuż obok zamkniętej „nowej” Rury.
Miejsce to było nieprzeciętne, pamiętam jak ojciec kiedyś wspominał, że Andrzej Zaucha nazwał to miejsce „koszmarnym”, to pewnie przez graffiti na ścianach, albo nowoczesnym rozwiązaniu architektonicznym wejścia do toalety ( sic ), z którego ponoć było widać wszystko. ( :-D )
Nie mniej jednak mnie, jako siedmioletniej wówczas dziewczynce kojarzyło się z rajem, gdyż tata zajęty sprawami w biurze zamawiał mi niezliczone ilości butelek Pepsi, po to abym grzecznie czekała aż skończy robotę, więc nigdy nie marudziłam snując się po Rurze.
Przyznam szczerze iż tęsknię za Rurą bardzo. Może dlatego, że odebrałam tam wiele pozytywnych wrażeń zarówno jako artystka dająca koncerty, ale także jako osoba z publiczności. Rzadko zdarzają się miejsca tak otwarte na nowe i młode dźwięki, a ostatni właściciele w moim odczuciu wiele pomogli młodej wrocławskiej scenie muzycznej ( i może nawet nie stricto jazzowej ) w dotarciu do pierwszych odbiorców.
Zapytałam o zdanie na temat zamknięcia Rury wieloletniego przyjaciela mojego ojca, który był mocno związany z tym klubem od samego początku, byłego prezesa PSJ i działacza jazzowego Wojtka Siwka, co sądzi o zniknięciu Rury z mapy miasta.
WS: Rura zniknęła trochę niespodziewanie z jazzowego Wrocławia. To znaczy ludzie z nią blisko związani przeczuwali, że stanie się coś niedobrego z ich „domem”, mimo że działalność trwała. Budynek z Rurą miasto wystawiło na sprzedaż , ale przez kilka lat kupca nie było więc nie trzeba było jej zamykać. Mogła Rura grać nawet do dzisiaj. Poszło o pieniądze – dobrze działający do tej pory ostatni ajent Rury Marcin Giemza zadłużył lokal wobec PSJ i Miasta w sposób tragiczny. Zamiast wybrnąć z pułapki i zawalczyć o kontynuację, PSJ odpuścił i dopuścił do likwidacji.
Teraz z RURY zostało tylko wspomnienie i nazwa.
Podobny los spotyka właśnie słynny warszawski Tygmont.
Więc szansą dla Rury jest fanatyk jazzu z kasą. Może taki jednak się objawi.
Miastu zależy ( ale bardzo teoretycznie ) na uratowaniu kultowego miejsca. Prezydent Dutkiewicz wielokrotnie obiecuje, że myśli i zaproponuje miejsce.
Niestety są to tylko sympatyczne deklaracje niepoparte żadnymi konkretami.
W międzyczasie Miasto zaadaptowało kompleks w Przejściu Garncarskim (tam był m.in. tzw Czarny Salon) , w którym głównie urzędują literaci. Na Grobli znalazło się miejsce na Studio Instytutu im. Jerzego Grotowskiego. Wielkie fundusze pochłania nowy Teatr Capitol, powstają Galerie (np.Współczesna na pl. Strzegomskim) a na jazzclub, który sławił Wrocław w Europie nie ma pomysłu i kasy.
Teraz była fantastyczna szansa (nie tylko dla jazzu) kadłubowa organizacja ZSP wystawiła na sprzedaż klub Pałacyk (to tam narodził się wrocławski jazz), miasto miało prawo pierwokupu. Nie skorzystało. Za niewielkie pieniądze Pałacyk kupiła jakaś wietnamska firma z Warszawy.
A tak w kontekście Pałacyku: na siedzibę Biura Europejskiej Stolicy Kultury Miasto wybrało miejsce po Barze Barbara (idiotycznie przez niektóre media określanym jako kultowy – kultowa garkuchnia?) a Pałacyk który spełniał wszystkie kryteria ( i jest naprawdę kultowym dla wrocławskiej kultury) poszedł w nawet nie europejskie ręce.
Czyli nie wiem czy Miastu zależy na jazz clubie i powrocie RURY.
W Rurze grano w pierwszych latach kilka razy w tygodniu czyli mnożąc wychodzi około 200 koncertów rocznie. W nowej Rurze – po remontach przeciętnie były 2 koncerty tygodniowo czyli w roku około setki. Do tego trzeba doliczyć Rure jako klub festiwalowy Jazzu Nad Odrą i innych festiwali nie tylko jazzowych, nie tylko muzycznych.
To już sprawa indywidualna każdego bywalca. Nie lubię odpowiadać na pytania typu
„kogo bardziej kochasz mamusie czy tatusia”
Ja pamiętam doskonale otwarcie w 1980 roku.
Koncert zespołu Zbyszka Namysłowskiego – (83 lub 84 rok) kiedy Rura dosłownie pękła w szwach.
Tu zagrali Urbaniak z Niemenem w duecie.
Jubileusz 25 lecia Rury w 2005 roku to pasmo fantastycznych koncertów,
koniec 2005 roku to pamiętny spontaniczny koncert po pogrzebie Andrzeja Pluszcza.
Żal mam do nich, bo tam działo sie wiele przez te lata, a ja dołożyłem swoja cegiełkę do otwarcia i prowadziłem ostatniego sylwestra jak kapitanowie juz zeszli z pokładu „tonącej” Rury...
To było świetne miejsce integracji całego środowiska, nie tylko jazzowego, choć miało swoje lepsze i gorsze czasy.
Przykro to mówić ale artysci nie powinni zajmowac się interesami za wyjatkiem swoich. Ale faktem jest, że pozamykano sporo miejsc, które istniały od zawsze... Ja tego nie lubię ale zmian nie da sie już zatrzymać. Jednakże w wypadku Rury to PSJ sam powinien bić się w piersi i to mocno! Wiem, że to pogląd niepopularny..."
