Czy uda się odrobić odwołaną lekcję WF-u?
REKLAMA
Właśnie wystartował wyścig w składaniu oświadczeń w sprawie Wojewódzkiego i Figurskiego. Wygra ten, kto oburzy się najbardziej donośnie. Ponieważ do wyścigu staną także politycy, można spodziewać się istnego festiwalu obłudy.
Ocena moralna zachowania poniżającego Ukraińców jest oczywista: nie ma o czym dyskutować, trzeba tylko szybko, jednoznacznie i szczerze przeprosić.
Z oceną prawną sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo prawo precyzyjnie definiuje tak zwaną winę umyślną, która jest warunkiem nieodzownym skutecznego pociągnięcia do odpowiedzialności za znieważenie – czy to na drodze karnej, czy cywilnej. Do naruszenia czci lub godności prawo wymaga tak zwanego zamiaru bezpośredniego: chcę pohańbić więc znieważam. (Stąd też mówi się w tym kontekście o tzw. zamiarze kierunkowym sprawcy).
Nie ma więc zniewagi nieumyślnej.
Podobnie też nie można nieumyślnie wyszydzać. Słowem z punktu widzenia prawa niezbędne jest, aby zachowanie było umyślne (celowe), a nie tylko – głęboko bezmyślne.
Nie ustanawiam się tu w roli adwokata diabła, a tylko staram się uzmysłowić nie-prawnikom, że choć prawo daje nam wiele recept, to nie na każdą patologię znajdziemy w prawie odpowiedź równie łatwo, jak – w etyce.
I tu właśnie pojawia się prawdziwy problem, jaki uzmysławiają nam bezmyślne wypowiedzi redaktorów Wojewódzkiego i Figurskiego. Nie chodzi o to, że wpadli we własne sidła nieodpowiedzialnie poluzowując do granic wytrzymałości granice akceptowalnych moralnie „żartów”.
Chodzi moim zdaniem o to, że wolność słowa rozumiana jako wolność tylko, a więc bez odpowiedzialności za słowo została u nas doprowadzona do granic anarchii słowa.
Choć powinienem myśleć wąsko, tak wąsko jak myślą prawnicy, przypadek WF wiedzie nie tyle ku refleksji prawnej, ile ku zadumie nad ogólną kondycją współczesnych mediów. Dlaczego w środowisku dziennikarskim etyka zawodowa jest w tak głębokim nieposzanowaniu, by nie powiedzieć mocniej?
Być może wielu się oburzy na tę diagnozę, ale za nią przemawiają dowody empiryczne. Wypowiedzi Wojewódzkiego i Figurskiego nie są aż takim wyjątkiem, aby można powiedzieć, że potwierdzają inną, zdrową regułę. Choć rażą dosadnością, to jednak nagromadzenie poniżających tekstów i audycji jest tak wielkie, że można twierdzić coś wręcz przeciwnego. Że mianowicie wypowiedzi te potwierdzają regułę nihilizmu etycznego, który zaczął toczyć media.
Zawsze tak było, że odpowiedzialność środowiskowa, etyczno-zawodowa była o wiele bardziej skutecznym instrumentem regulującym i powstrzymującym, bardziej skutecznym niż przepisy prawa. Reakcja prawna jest mniej lub bardziej dotkliwa, jednak dotkliwe najbardziej jest napiętnowanie przez dane środowisko odstępstw od etyki [tu: dziennikarskiej], a więc ów szczególny rodzaj naznaczenia, powszechnego naznaczenia negatywnego. Pytanie, czy w mediach mamy z tego rodzaju odruchem do czynienia jest pytaniem niewymagającym odpowiedzi. Odsunięcie od szpalty czy anteny nie są efektem zadziałania odpowiedzialności zawodowej, lecz raczej kojarzą się z obawą wydawcy o zmniejszenie oglądalności. Przyczyny tego rodzaju „wymiaru kary” są natury komercyjnej a nie moralnej, obawiam się.
Przyglądając się biegnącym ochoczo na start do wyścigu oburzonych w sprawie WF, chciałbym jednocześnie zapytać, gdzie też byli, gdy ledwie kilka dni temu media na czołówce kolportowały haniebne, obelżywe słowa kierowane pod adresem premiera rządu, czy też prezydenta stolicy? W tym ostatnim przypadku, w wykonaniu znanego dziennikarza zresztą. Gdy takie rzeczy przechodzą bez reakcji, to WF przestaje być odstępstwem, lecz regułą. Żeby była jasność: pisząc „takie rzeczy” mam na myśli źródła decyzji i motywację, aby z prostackiej zniewagi czynić wiadomość dnia. Tak więc nie pytam o odpowiedzialność autorów obelg, z czym właśnie prawo powinno sobie poradzić (też sobie nie radzi). Pytanie jest skierowane pod adresem tych wszystkich, którzy mają wpływ na przestrzeganie etyki dziennikarskiej, którzy szerzą zwyczaj jej nieprzestrzegania.
Już słyszę: „ten gość bredzi, bo nie rozumie istoty dziennikarstwa informacyjnego”. Pewnie tak jest, ale upraszam się o dowód, od kiedy informacja jest ważniejsza od etyki? A jeśli już to ostatnie słowo zostało zapomniane, to jak się ma powinność informacyjna do poczucia zwykłej przyzwoitości? Czy tak: $$$?
