Dwa dni temu Polska Agencja Prasowa donosiła o przyznaniu dla Krajowych Naukowych Ośrodków Wiodących (KNOW) dofinansowania w wysokości nawet do 50 milionów złotych. Wyróżnianie wybitnych ośrodków badawczych można chyba chwalić. Ale czy w ten sposób?

REKLAMA
Z jednej strony - chwała za to, że ktoś się o polską naukę wreszcie martwi, a starania badaczy docenia. Z drugiej jednak strony - czy to jest właściwa forma doceniania?
Po pierwsze bowiem, cóż to jest 50 milionów złotych? Liczba może i brzmi kosmicznie, ale tylko dopóki się tego nie rozłoży na części pierwsze: każdy z nagrodzonych ośrodków będzie otrzymywał rocznie 10 milionów złotych, czyli około 2.5 - 3 miliony euro. Większość z nagrodzonych intytucji to konsorcja, w skład którego wchodzi kilka jednostek badawczych. Dla przykładu: Krakowskie Konsorcjum Naukowe im. Mariana Smoluchowskiego to współpraca między jednym wydziałem AGH, dwoma instytutami PAN i dwoma wydziałami UJ. Czyli te 3 miliony euro dzielone będą między 6 instytucji - po pół miliona na łebka.
Nie wiem, nad jakimi dokładnie problemami krakowskie Konsorcjum pracuje, ale z mojego nikłego doświadczenia w naukach ścisłych i przyrodniczych wynika, że tyle pieniędzy rocznie, to im może starczy na waciki.
Ale być może badania, nad którymi nagrodzone konsorcja pracują są po prostu tanie. Tak też się zdarza. Potwierdzić ani zaprzeczyć nie mogę, bo żadne z nich nie posiada strony internetowej, na której informowałoby podatnika uprzejmie, na co te 50 milionów złotych pójdzie. W odróżnieniu od podobnych inicjatyw na zachodzie. To, muszę dodać, jest niemiłym zaskoczeniem w świetle tego, jak niewiele kosztuje założenie i zaprojektowanie dobrze wyglądającej strony internetowej w dzisiejszych czasach. Ale nie, wiodące ośrodki naukowe w Polsce tkwią dalej w średniowieczu (to taki mój mały rant, ale podejrzewam, że wiele osób się ze mną zgodzi).
Kontynuując: czy tego typu wsparcie dofinansowanie to właściwa forma wsparcia? Wydawałoby się, że takie konsorcja, z całym zapleczem, jakie idzie za połączeniem najlepszych wydziałów w kraju, powinny stanowić już solidną konkurencję w podaniach o granty krajowe, a nawet - międzynarodowe. Dlaczego więc, zamiast dopłacić mniejszym placówkom, które także często prowadzą doskonałe badania - a mołgyby prowadzić jeszcze lepsze, gdyby miały za co - Ministerstwo zdecydowało się wesprzeć molochy, które i tak przejadają większość krajowych funduszy idących na naukę? To pozostaje dla mnie zagadką.
I nie zrozumcie mnie źle - nie jestem za tym, żeby wspierać chwiejące się w posadach twory, które nie służą niczemu innemu niż nadawanie pustych tytułów i wysysaniu pieniędzy z budżetu. O nie. Jestem jak najbardziej za tym, żeby dać tutaj działać prawom rynku. Ale mam takie okropne przeczucie, że tutaj ta nagroda mija się z celem - bo jeśli ośrodek badawczy w danym kraju jest wiodący, to powinien być w stanie się wykazać publikacjami w prestiżowych pismach, grantami nie tylko polskimi ale i zagranicznymi, a już najlepiej przemysłowymi, przynoszącymi zyski patentami i spin-offami. A jeśli może - to po co mu jeszcze kieszonkowe?
Na koniec dodam, że mam cichą nadzieję, że pani Minister Kudrycka się do tego odniesie - i wyjaśni na przykład, ilu było do nagród aplikantów, czy było wykonywane jakieś porównianie między nimi co do wielkości aplikującej jednostki i środków, jakimi dysponowały, aby tę aplikację przygotować itd. itp. Albo i sprostować - bo może ja coś źle zrozumiałem i teraz rząd polski nie chce już finansować innej nauki niż ta, która już sama się i tak broni? A trochę więcej o nagrodzie i nagrodzonych możecie przeczytać na blogu pani Minister.