O autorze
nic prostszego to istniejący od 2009 roku blog naukowy. Autor jest chemikiem z wykształcenia i powołania, biologiem wszelakim z zainteresowania oraz molem książkowym z wychowania, co niewątpliwie bardzo pomaga mu pisać o wielu innych ciekawszych sprawach niż tylko chemia i biologia. Od polityki się raczej odżegnuje, chyba że dotyczy nauki. Ponadto lubi chodzić po górach, a najszczęśliwszy byłby, gdyby w Himalajach był dostęp do baz czasopism. Czasem wpada w dziwny nastrój i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale zazwyczaj szybko mi to mija. W serwisie naTemat piszę po godzinach.

Zapraszam też do zaglądania na okolicznościowy projekt z okazji 60. rocznicy opisania struktury DNA, Podwójna Helisa.

O bakteriach, których nie było (tl;dr;bs)

W grudniu zaprzeszłego (czyt. 2010) roku Felisa Wolfe-Simon, badaczka finansowana między innymi przez agencję NASA, ogłosiła na konferencji prasowej zorganizowanej dosłownie godziny przed publikacją przez magazyn Science pracy z jej wynikami, że odkryła bakterie zdolne do zastąpienia w swoich komórkach fosforu arsenem w sytuacji niedoboru tego pierwszego. Odkrycie miało być bardzo niezwykłe: fosfor jest jednym z sześciu pierwiastków biogennych. Oznacza to, że życie, jakim je znamy na Ziemi, nie może bez niego istnieć. Organizmy potrafiące wykorzystywać zamiast fosforu inne pierwiastki byłyby więc znakiem tego, że są możliwe formy życia oparte na chemii trochę innej niż nasza - a stąd już krótki krok do spekulacji na temat życia pozaziemskiego. W przeciągu dni w internecie pojawiły się pierwsze głosy krytyczne w stosunku do pracy. I to nie byle jakie - jednym z najgłośniejszych był zaś głos kanadyjskiej profesor mikrobilogii Rosie Redfield. Dzisiaj, nieco ponad rok po oryginalnej publikacji, w przedsionku Science czeka na recenzję kontr-praca: wyniki badań Redfield i jej grupy, których celem była weryfikacja rezultatów Wolfe-Simon. Zaś w duchu otwartej nauki - bo jak ujęła to sama Redfield, "Otwartość jest dobra" - manuskrypt pracy został publice udostępniony na serwerach arxiv.org.


Zanim powiem słów kilka o wynikach Redfield, chciałbym tutaj poruszyć nieco inny temat: temat otwartości nauki. Nie próbuję oczywiście zaczynać żadnej dyskusji na ten temat - płone by to były starania, zwłaszcza że dyskusja trwa już od dawna, tocząc się niezależnie od wysiłków Anonymous, niezależnie od - jakże jednak potrzebnych - petycji w sprawie wolnego dostępu do wyników, niezależnie od większości naszej codziennej miałkości.

Dyskusja o otwartości w nauce - cokolwiek by to nie znaczyło, bo oznaczać też może i co najmniej kilka rzeczy - toczy się już od jakiegoś czasu. Rosie Redfield jest tutaj zaś przedstawicielką nurtu, który twierdzi, że najlepiej by było, gdyby naukowcy publikowali wyniki swoich badań na bieżąco, bez nadmiernej korekty i dopieszczania, i pozwolili publiczności wszelkiej maści recenzować tę pracę. Kontr-argumentów jest także kilka. Że na przykład jeśli wyniki będą publikowane wcześniej, to autorzy mogą mieć problemy z ich późniejszą publikacją w pismach fachowych - za które dostają punkty od ministerstw (a za punkty - mamonę na dalsze badania). Że nie wszystko się nadaje do publikacji, bo niektóre pomysły idą ścieżką patentową. Że publiczność blogowa niekoniecznie się kwalifikuje jako recenzent-specjalista.

Profesor Redfield nie tylko głosi, że uczciwi badacze nie powinni się bać czytelników - sama także poświadcza swoje słowa działaniami, publikując często i gęsto postępy z prac swojej grupy na swoim blogu. Kiedy jednak w ciągu dwóch dni od tej niesławnej konferencji NASA opublikowała na swoim blogu miażdżącą krytykę pracy Wolfe-Simon, w mediach i internetach zawrzało.


Tutaj dodać muszę, że sam byłem do oryginalnej pracy dość entuzjastycznie nastawiony. I wraz z całą rzeszą dziennikarzy i blogerów dałem się złapać na astrobiologiczny hype. Nastawienie mi co prawda przeszło, niesmak trochę pozostał.

Po krytycznym tekście Redfield pojawiło się kilka innych, utrzymanych w podobnym tonie. Krytycy zaś z Wolfe-Simon się nie cackali, chociaż nie można im - a przynajmniej Rosie Redfield - odmówić, że komentowali tylko i wyłącznie badania. Żadnych tam wycieczek ad personam. Światek naukowy zamarł w oczekiwaniu na odpowiedź autorki oryginalnej pracy. Nie doczekał się jej jednak. Autorzy ogłosili, że na krytykę nie odpowiedzą, gdyż praca pojawiła się w piśmie recenzowanym i tylko na opublikowaną w ten sam sposób krytykę będąreagować. I że nie będą się wdawać w potyczki medialne.

Wsadzili w ten sposób kij w mrowisko (o czym też wówczas pisałem). A przyczyny były co najmniej dwie. Po pierwsze, wszyscy, którzy z wielkim hukiem i pompą byli zapraszani na konferencję NASA (czyli po prostu absolutnie wszyscy - konferencję można było obejrzeć online. W życiu się tak nie wynudziłem), poczuli się oszukani. No bo jakże to: ogłaszać wyniki wykorzystując media do granic przyzwoitości można, ale już krytyka upubliczniona z użyciem tych samych mediów jest be? Albo ktoś tu ma schizofrenię albo ja czegoś nie rozumiem. W tenże przepiękny sposób zdołali więc autorzy pracy o arsenowych bakteriach zniechęcić do siebie media. Znacznie bardziej bolesne dla nich w przyszłości może jednak być alienowanie innych badaczy poprzez twierdzenie, że jeśli czyjeś zdanie nie zostało zrecenzowane, to nie ma wartości.

Prawia każda praca naukowa w dzisiejszych czasach jest bowiem recenzowana przez tzw. peers (niespecjalnie przetłumaczalne słowo oznaczające kolegów po fachu: czyli specjalistów pracujących w tej samej dziedzinie). Recenzja taka - po angielsku nazywana peer-review - jest swego rodzaju testem jakości publikacji. Błędne jest jednak przekonanie, że praca, która została opublikowana po takiej recenzji, jest bezbłędna. Oznacza to tylko tyle, że przeszła przez pierwsze sito oceny i staje przed prawdziwym zadaniem: recenzję czytelników. Prawdziwa recenzja, prawdziwy test każdej pracy naukowej zaczyna się bowiem dopiero po publikacji. I to właśnie stało się w przypadku pracy Wolfe-Simon. Dobietnie zaś ujął to dziennikarz naukowy David Dobbs, który powiedział:

Rosie Redfield is a peer, and her blog is peer review.

Redfield przez Wolfe-Simon została zaś potraktowana co najmniej protekcjonalnie. No bo wyobraźmy sobie taką sytuację: Jasio robi eksperyment, w którym upuszcza z ręki na podłogę ołowianą kulę. Kula jednak nie spada! Jasio powtarza i powtarza i w końcu dochodzi do wniosku, że nasze zrozumienie fizyki od czasów Newtona było błędne. Zdobywa finansowanie Narodowego Centrum Nauki (z grantów dla młodych naukowców) i poparcie profesora Bralczyka, który w mediach wyjaśnia, jakie są inne znaczenia słowa spadać. Wreszcie publikuje swoje wyniki w Acta Polonica Absurdica. Maciuś, który jest wiernym czytelnikiem APA, dostrzega jednak pewien problem i na swoim naukowym blogu coś trudniejszego donosi: Jasiu, chyba nie masz racji. Zauważyłem, że w metodach napisałeś, że musiałeś kulę podhaczyć na sznurku, bo bałeś się, że gdyby jednak spadła, to zrobiłaby dziurę w parkiecie (Jasiu doświadczenia robił w domu, żeby oszczędzić trochę pieniędzy na wyjazd na konferencję na Bermudach) i Twoja mama przetrzepałaby ci skórę i obcięła kieszonkowe. Co może jednak tłumaczyć, dlaczego powinniśmy dać nieco więcej wiary w prawa fizyki, nie sądzisz? Na co Jasiu się obraża: no bo przecież tak nie można. On tu publikuje w poważnym piśmie naukowym, że Wszechświat nie ma prawa istnieć, a Maciuś mu będzie na nędznym blogu wypominał błędy. O nie, na taką dyskusję szanowany naukowiec się godzić nie może.

Tak mniej więcej wyglądała reakcja Wolfe-Simon na recenzję Redfield. Nic dodać, nic ująć. Zadość Rosie Redfield uczynił wkrótce tygodnik Nature, który we wstępniaku stanął po stronie blogerów i publiczności internetowej, uznając ją pełnoprawnym uczestnikiem debaty naukowej. Redaktorzy pisma napisali wówczas:

Bloggers and online commentators have an important part to play in the assessment of research findings, and many researchers’ blogs, in particular, contain better analyses of the true significance of a scientific finding or debate than is seen in much of the mainstream media. Science journalists who repeated NASA’s claims on the arsenic bacterium and did not tap into the widespread criticisms, did little to defend themselves from claims of reporting by press release.


No i możnaby powidzieć, że sprawa jest zamknięta, gdyby nie to, że Redfield nie mogła tego tak zostawić. Zamiast się jednak obrażać na Wolfe-Simon, wysłała swych usłużnych do labu mówiąc: idźcie i replikujcie! Wyniki oczywiście. I przez ostatni rok na bieżąco donosiła o postępach prac, których celem nie było zaprzeczenie wynikom artystów z NASA, o nie! Ich celem była weryfikacja. Bo to właśnie weryfikacja cudzych wyników jest tym prawdziwym fundamentem, na którym stoi nauka.

Pod koniec stycznia zaś manuskrypt został wysłany do Science - i jeśli się wkrótce ukaże, a nie widzę, dlaczego by nie miał, to być może tuż obok znajdzie się wreszcie replika Felisy Wolfe-Simon. I miejmy nadzieję, że będzie to odpowiedź sensowna, bo w końcu na jej przygotowanie autorka miała ponad rok. A będzie też miała na co odpowiadać, bowiem artykuł Redfield, który dla chętnych dostępny jest na serwerach arxiv.org, jest dość bezlitosny: pokazuje, że niemożliwe było powtórne uzyskanie takich samych wyników, jak te prezentowane w oryginalnej pracy. W dodatku do metod analitycznych użytych w pracy Wolfe-Simon grupa Redfield zastosowała jeszcze kilka innych - w detale wdawał się tutaj nie będę, ale dodam, że nieprzeprowadzenie pewnych dość podstawowych analiz do oryginej publikacji było jednym z bardzo krytycznych argumentów.

Profesor Redfield jest od zeszłego roku moją bohaterką. Teraz zaś powinna wyrosnąć na bohaterkę całego ruchu Otwartej Nauki. Nie dlatego, że się postawiła. Nie dlatego, że sama wyniki publikuje w sieci. Nie dlatego, że dała dętemu systemowi w japę.

Dlatego, że ignorując prztyka w nos zrobiła to, co każdy naukowiec robić powinien, a co robimy coraz rzadziej - wzięła się do roboty i sprawdziła, czy cudze wyniki da się zreplikować. Replikacja wyników to coś, co nam coraz częściej umyka - bo nie ma glorii i chwały w potwierdzaniu tego, co już wszyscy wiedzą. Problem jednak polega na tym, że jeśli nie będziemy weryfikować, będziemy musieli polegać tylko na słowie honoru innych. I chociaż w tym środowisku trzeba mieć do siebie trochę zaufania, to jednak przypadki czarnych owiec pokazują, że nie możemy być bezgranicznie bezkrytyczni.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0Skąd ten zachwyt nad Zandbergiem? 12 mocnych cytatów z wystąpienia lidera Lewicy
0 0"Śpieszmy się kochać kandydatów do TK". Chojna-Duch kpi z decyzji PiS
Żółty Tydzień 0 0Jeden organ, 500 funkcji. Taka jest wątroba. Jakie choroby mogą ją zniszczyć?
0 0Chorujesz na jaskrę i uwielbiasz jogę? To połączenie może nie być dobre dla oczu
WYWIAD 0 0"Zachowanie Klarenbacha było chamskie". Posłanka Wiosny wyjaśnia, dlaczego uparcie chodzi do TVP
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno