
Po raz pierwszy opuściłem teren katowickiego OFF-a zawiedziony. Mimo kilku naprawdę dobrych koncertów i rzucającego na kolanach finiszu w postaci mistycznego występu Swans, impreza pozostawiła potężne uczucie niedosytu. Festiwal, który ma pokazywać muzyczną alternatywę i dźwięki nieoczywiste, potraktował artystów bardziej radykalnych, odmiennych od reszty stawki, jako wykonawców drugiej kategorii - umieszczając ich o zbyt wczesnych porach, psując im nagłośnienie czy też po prostu nie dogadując szczegółów występu.
REKLAMA
W stolicy Śląska najlepiej mają wciąż fani gitarowego pipczenia, piosenek i pozbawionych fantazji indie smutków (chociaż w istnienie fanów Fanfarlo nie wierzę). A miał być najlepszy OFF. Lineup na papierze wyglądał niesamowicie - Michael Gira, Blixa Bargeld, Carsten Nicolai, Thurston Moore, Kim Gordon, Marcin Masecki, Ikue Mori, Christian Fennesz... Geniusz na geniuszu. Nie dla gwiazd jednak jeździ się do Katowic, a dla fascynującej sceny eksperymentalnej, na której często można usłyszeć artystów po raz pierwszy i zarazem ostatni w życiu. Ta jednak została potraktowana po macoszemu. Wciąż zbyt mała, by pomieścić wszystkich chętnych, tym razem została tak skandalicznie nagłośniona, że znaczna część występów była po prostu niesłuchalna. Wymagająca szczególnej opieki dźwiękowców muzyka zmieniała się przeważnie w nieprzyjemny warkot, a w najlepszym wypadku traciła detale. O ile detalami można nazwać przygniecione przez perkusję melodie (Piętnastka) czy też istotne dla charakteru utworów sample (Shabazz Palaces).
Nie tylko nagłośnienie przeszkadzało w odbiorze, ale też sam program, który sprawiał wrażenie nieprzemyślanego. Specjalizujący się w klimatycznej elektronice o horrorowych konotacjach Kirk oraz Demdike Stare grali w pełnym słońcu. Profesjonalizm i Colin Stetson, jedni z niewielu okołojazzowych wykonawców, występowali w tym samym czasie. Alva Noto prezentował techno siedzącej publice i kameralne piosenki dla zmęczonym ludziom w dusznym namiocie. Kristen i Napszykłat, dwie sensacje hiszpańskiej Primavery, ustawione zostały nie dość, że w tym samym slocie, to jeszcze o absurdalnie wczesnej godzinie. A przecież pierwsi zjadają bez wysiłku zagraniczne gwiazdy indie rocka, a drudzy zmiażdżyli całą resztę hiphopowego składu. Polska muzyka jest niedoceniana, również na festiwalu, który powinien ją przedstawić zagranicznym gościom. A tych z roku na rok coraz więcej.
Na szczęście OFF to wciąż znakomita lokacja, jaką jest Dolina Trzech Stawów, oraz świetne miejsce do nadrobienia towarzyskich zaległości. To jedyna impreza, na której można spotkać wszystkich, zarówno z branży, jak i znajomych z internetu. Byłoby szkodą jednak, gdyby na festiwalu muzycznym zepchnąć koncerty na dalszy plan. Mimo że dawno już zobaczyłem wszystkich swoich ulubieńców, do Katowic ciągle jeżdżę po doznania.
Bezdyskusyjnie najlepiej wypadli Swans. Ich występ to coś więcej niż koncert, a wypowiedzi Michaela Giry o niemalże religijnych doświadczeniach to nie czcze przechwałki. Potężne, ogłuszające brzmienie, transowe utwory potrafiące trwać po pół godziny - trudno oddać to bez popadania w natchnioną retorykę wywołującą zgrzyt zębów. Szkoda, że w zgiełku gitar nie było za bardzo słychać tego, co robi Thor Harris, bo te kilka szczegółów mogło znacząco ubogacić obezwładniającą ścianę dźwięku, ale i tak był to najbardziej emocjonujący popis w historii tego festiwalu. W końcu ktoś wiedział co zrobić z gitarami, w końcu ktoś włożył w muzykę całego siebie. Dla niewprawionych jazda po bandzie, granie na cierpliwości i sprawdzanie wytrzymałości. Dla fanów uczta i piękna muzyka zagrana z prawdziwą pasją i poświęceniem. Szkoda, że wyłączono ich po blisko dwóch godzinach i nie rozumiem jak można było dać im tak mało czasu w rozpisce - mieli grać tylko osiemdziesiąt minut. Nie dziwi wcale, że Gira przedłużył bezceremonialnie swój występ i chciał hałasować dalej. Występuje w ten sposób nie od dziś i naprawdę można było to wcześniej dogadać, jak Prince’a na Open’erze czy The Cure na dowolnym tegorocznym festiwalu. Tłum ludzi zamiast iść na Fennesza i tak stał oklaskując zbierających sprzęt muzyków.
Numer dwa to Alva Noto, współzałożyciel Raster-Noton, oficyny specjalizującej się w eksperymentalnej elektronice z pogranicza glitchu i mikrodźwięków, tym razem w swoim najbardziej tanecznym wcieleniu. Potężny ekran prezentował graficznie słyszane dźwięki - wyjątkowe techno utkane z dziesiątek sonicznych drobinek. Chciało się bawić, ale nie było jak, koncert zorganizowano w Centrum Kultury Katowice.
Tego samego wieczora wystąpił również Matthew Herbert ze swoim projektem “One Pig”. Dzień wcześniej byłem na Madonnie, ale nie spodziewałem się, że lepszego show dostarczy brytyjski ekscentryk. On sam stał raczej z boku i kontrolował przebieg wydarzenia manipulując pokrętłami. Na środku sceny ustawił jednak klatkę zbudowaną z elastycznych przewodów, które uruchamiały sample i rozmaite chrumknięcia. Między nimi znajdował się zmieniający kitle z nazwami miesięcy muzyk-świnia obsługujący instalacje i będący praktycznie główną gwiazdą występu. To on walnie przyczynił się do interesującego brzmienia kompozycji, oscylującej w okolicach jamowej elektroniki w stylu Moritza von Oswalda. Gdy świnia poszła pod nóż, na scenę wszedł kucharz, który zaczął przygotowywać wieprzowinę w sosie grzybowym z kapustą, wypełniając zapachem całą salę. Jakby mało było angażowania zmysłów, specjału można było potem spróbować.
W pamięci zostanie też na pewno drugi z występów Alva Noto, tym razem w towarzystwie Bliksy Bargelda, wokalisty legendarnego Einstürzende Neubauten. To idealne połączenie dwóch światów - niezwykłej elegancji niemieckiego wokalisty i bezkompromisowości jego produkującego kliknięcia rodaka, w efekcie czego powstaje wyjątkowa mieszanka i piękna opozycja dla beznamiętnych pieśniarzy z gitarami.
Po raz kolejny olbrzymie wrażenie zrobił na mnie Profesjonalizm Marcina Maseckiego. Tym razem w strugach deszczu i na dużej scenie, ale z równie wielkim luzem płynącym z jej desek. Fascynującym jest, jak bardzo rozrywkowy charakter przyjmuje muzyka jazzowa pod dyrekcją wirtuoza odzianego w spodenki wuefisty z lat 90-tych.
Choć Masecki grał na klawiszach krzesłem, najbardziej szalonym występem było i tak show Shangaan Electro. To nic, że z płyty. Dzikie popisy tancersko-wokalne Afrykanów rozpaliły do czerwoności namiot niczym Omar Souleyman w zeszłym roku. Znakomita odskocznia od naszej zachodniej muzyki, w której szalonych pląsów w rytmie 189 uderzeń na minutę jak kot napłakał.
To jednak nie wszystkie pamiętne momenty, bo świetni byli również Forest Swords, Piętnastka, Napszykłat, Container czy Spectrum, ale to i tak znacznie mniej niż w poprzednich latach, kiedy to biegało się od sceny do sceny z wywieszonym językiem, by nie spóźnić się na kolejny koncert. Teraz albo narzekało się na stracone występy nakładających się artystów, albo spacerowało między miejscami występów, nie mogąc znaleźć niczego dla siebie. Może w przyszłym roku przydałaby się kolejny namiot, w którym mogliby prezentować się polscy wykonawcy? A może trzeba po prostu wyrzucić kilkunastu trzecioligowych grajków i zrobić większy luz w programie? Zamiast płacić w dolarach miernotom pokroju Dominique Young Unique czy Fanfarlo, można postawić na grających za grosze pasjonatów, których występy zapiszą się na pewno w historii imprezy. Coś na pewno musi się stać, by Off nie zamieniał się w towarzyski spęd. W tym roku gdyby nie Swans, nie jadąc do Katowic tak naprawdę żałowałbym jedynie chwil spędzonych z przyjaciółmi.
