Przekonujemy naszych europejskich partnerów, że miliardy euro ulokowane w funduszach europejskich to inwestycja w całą unijną gospodarkę, a nie tylko w wybrane kraje

REKLAMA
Kilka najbliższych tygodni minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska spędzi w podróży. Razem ze współpracownikami (w tym i z nizej podpisanym) będzie jeździć do stolic państw-płatników netto i przekonywać, że unijna polityka spójności służy nie tylko odbiorcom unijnych dotcji, ale całej europejskiej gospodarce. W Strasburgu, Brukseli, Hadze, Berlinie, Wiedniu, Luksemburgu i Sztokholmie spotkamy się z przedstawicielami rządów, narodowych parlamentów narodowych, lokalnych think-tanków i mediów. Będziemy opowiadać o wynikach naszych badań, z których wynika, że każde euro wydane na wdrożenie polityki spójności w mniej rozwiniętych krajach Unii przynosi konkretne zyski dla gospodarki państwa wpłacającego. Czasem te zyski są nawet większe niż wpłaty - to przypadek choćby Niemiec, które na za każde 100 eurocentów wydanych na wdrożenie polityki spójności w państwach Grupy Wyszehradzkiej dostają 125 eurocentów z powrotem, w postaci dodatkowego eksportu i kontraktów dla niemieckich firm. Wielu zachodnioeuropejskich polityków może nie zdawać sobie sprawy, że dzięki sensownie zainwestowanym środkom z funduszy europejskich "bronimy" miejsc pracy w ich okręgach wyborczych.
Ale nie tylko o tym będziemy mówić naszym partnerom. Będziemy starali się pokazać, że polityka spójności to znakomite, sprawdzone narzędzie walki z kryzysem gospodarczym. Będziemy przypominać, że wyrównanie poziomu rozwoju w poszczególnych państwach wzmacnia jednolity, europejski obszar gospodarczy. Będziemy przekonywać, przekonywać i jeszcze raz przekonywać.
To bezprecedensowa akcja. Żaden resort - inny niż Ministerstwo Spraw Zagranicznych - nie angażował się dotąd tak mocno w lobbing na rzecz polskiego stanowiska w innych krajach Unii Europejskiej (oczywiście, nasze działania uprzednio skonsultowaliśmy z kolegami i koleżankami z MSZ). Rozpoczynamy "tournée europejskie" bez żelaznych gwarancji sukcesu, bo też i trudno zmierzyć ewentualne osiągnięcia. Ale jesteśmy przekonani o słuszności naszych argumentów. Wierzymy, że zdołamy wpłynąć na polityczne decyzje podejmowane w innych europejskichnstolicach. I jesteśmy przekonani, że jeśli my sami nie spróbujemy zbudować poparcia dla naszych koncepcji - to stracimy szansę. Bo nikt inny za nas tego nie zrobi.