Czasy nastały takie, że trzeba odwoływać się do zysków, żeby bronić europejskiej polityki spójności. Mówienie potrzebie o solidarności już nie działa

REKLAMA
Występując wczoraj na forum Clingendael Institute, zacytowałem słowa jednego z ojców-założycieli europejskiej wspólnoty: "It would be wrong , as well as dangerous to underestimate the difficulties of achieving the integration of Europe. To achieve success we shall need a great deal of tenacity and patience, both within our own countries and in negotiations between the Governments themselves". 
Nieprzypadkowo wybrałem właśnie te słowa Schumana. Prawda jest taka, że my naprawdę potrzebujemy dużo cierpliwości i zaangażowania, żeby przekonać naszych europejskich partnerów do wdrożenia ambitnej - także w wymiarze finansowym - polityki spójności w perspektywie budżetowej 2014-20.
Kryzys gospodarczy pozostawił po sobie spustoszenia polityczne. Działając pod naciskiem populistycznej opozycji, równie populistycznych "mediów tabloidowych" (bardziej lub mniej zbliżonych do polskiego "Faktu"), zachodnioeuropejscy politycy zapominają (oby chwilowo, pod impulsem kryzysu) o podstawowych wartościach, na których Unia była przez lata budowana. Jak gorzko zauważył J.M.Wiersma, holenderski polityk, współuczestnik wczorajszej debaty: - Kiedyś polityki spójności broniono, mówiąc o "solidarności. Teraz to już nie działa, trzeba mówić o zyskach, jakie polityka spójności przynosi". 
I tak też robimy. Spokając się w Hadze z politykami, przedstawicielami rządowej administracji, think-tankami i mediami holenderskimi, starannie wyjaśnialiśmy, jak dużo gospodarska Królestwa czerpie z wdrażania polityki spójności. Opieraliśmy się na naszym raporcie, w którym oszacowaliśmy zyski z wdrażania PS w krajach Grupy Wyszehradzkiej.
W przypadku Holandii jest to 6,4 mld euro dodatkowego eksportu i ponad 100mln euro w kontraktach dla holenderskich firm, realizujących projekty w Polsce (projekty dofinansowane z funduszy unijnych).
Czas pokaże, jak mocno zdołaliśmy naszych holenderskich partnerów przekonać. Jednak już teraz jednego jesteśmy pewni: w dzisiejszej debacie europejskiej nie wystarczą argumenty typu "dajcie nam 300 miliardów bo się nam należy i już", nie pomoże żadne walenie pięścią w stół ani powoływanie się na jakieś wydumane (bądź nie) historyczno-filozoficzne argumenty.
Pozostaje żałować, że nie wszyscy uczestnicy debaty publicznej w Polsce to rozumieją.