Prawo zamówień publicznych może być niedoskonałe. Ale dlaczego firmy na własne ryzyko świadomie te niedoskonałości wykorzystują, wystawiając się na poważne kłopoty?
REKLAMA
Resort, w którym mam zaszczyt pracować, zorganizował ostatnio przetarg na wykonanie kilku specjalistycznych usług. Nie chcę wchodzić w szczegóły (bo ani to czas, ani miejsce odpowiednie), mogę jedynie zapewnić, że było to dość typowe zamówienie: wartość rzeczonych usług była liczona w pojedynczych milionach złotych, a firm mogących je świadczyć jest na rynku sporo. Ta konkretna branża - przynajmniej teoretycznie - jest ustabilizowana. Choć usługa wymaga określonych umiejętności, SIWZ nie był skomplikowany. Wydawałoby się więc – nic prostszego. Raz, dwa, trzy, przetarg-wygrywasz-Ty.
A jednak musieliśmy go odwołać. Co się bowiem okazało? Jedną z zamawianych usług było wypożyczenie przez usługodawcę sprzętu z możliwością, że trzeba go będzie dowieźć, zamontować i obsłużyć w określonym miejscu na terenie całego kraju.
Sprzęt jest dość specjalistyczny (nie są to stoły lub grabie), ale wiele firm nim dysponuje. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy komisja przetargowa otworzyła oferty. Wypożyczenie sprzętu firmy wyceniły na… 1 grosz za godzinę. W tej cenie mieściło się nie tylko wypożyczenie, ale jego obsługa oraz ewentualny dowóz na terenie kraju.
Oczywiście, mogliśmy – teoretycznie – taką ofertę przyjąć. A potem zażądać wykonania usługi, po cenie z oferty (choć wiemy, że za taką usługę wypożyczenia zwykło się płacić na rynku kilkanaście zł za godz. – sprawdziliśmy to). Ale wówczas firma-kontrahent zostałaby przyparta do muru: nie sądzę, żeby była w stanie wypełnić warunki umowy – nie za tą cenę. My musielibyśmy wtedy egzekwować kary, firma wpadłaby w jeszcze większe tarapaty… wolę nie domyślać się ciągu dalszego.
Woleliśmy przetarg unieważnić powołując się na „cenę rażąco niską”.
Nie umiem wyjaśnić czemu uczestnicy naszego przetargu zaproponowali takie ceny. Może marża na innych elementach kontraktu była łakomy kąskiem? Ale bez względu na to, jaka by nie była, nie potrafię zrozumieć, dlaczego firmy świadomie wystawiły się na ryzyko, że dużą część kontraktu musiałyby jednak zrealizować przy kolosalnej stracie?
Być może obowiązujące prawo zamówień publicznych trzeba zmodyfikować, udoskonalić. Często słyszę i czytam, że w zbyt dużym stopniu kładzie ono nacisk na cenę. I że powinno się uwzględniać także oferowaną „jakość”. Ale jak ją zmierzyć?
To pytanie stawiam całkowicie serio.
A jednak musieliśmy go odwołać. Co się bowiem okazało? Jedną z zamawianych usług było wypożyczenie przez usługodawcę sprzętu z możliwością, że trzeba go będzie dowieźć, zamontować i obsłużyć w określonym miejscu na terenie całego kraju.
Sprzęt jest dość specjalistyczny (nie są to stoły lub grabie), ale wiele firm nim dysponuje. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy komisja przetargowa otworzyła oferty. Wypożyczenie sprzętu firmy wyceniły na… 1 grosz za godzinę. W tej cenie mieściło się nie tylko wypożyczenie, ale jego obsługa oraz ewentualny dowóz na terenie kraju.
Oczywiście, mogliśmy – teoretycznie – taką ofertę przyjąć. A potem zażądać wykonania usługi, po cenie z oferty (choć wiemy, że za taką usługę wypożyczenia zwykło się płacić na rynku kilkanaście zł za godz. – sprawdziliśmy to). Ale wówczas firma-kontrahent zostałaby przyparta do muru: nie sądzę, żeby była w stanie wypełnić warunki umowy – nie za tą cenę. My musielibyśmy wtedy egzekwować kary, firma wpadłaby w jeszcze większe tarapaty… wolę nie domyślać się ciągu dalszego.
Woleliśmy przetarg unieważnić powołując się na „cenę rażąco niską”.
Nie umiem wyjaśnić czemu uczestnicy naszego przetargu zaproponowali takie ceny. Może marża na innych elementach kontraktu była łakomy kąskiem? Ale bez względu na to, jaka by nie była, nie potrafię zrozumieć, dlaczego firmy świadomie wystawiły się na ryzyko, że dużą część kontraktu musiałyby jednak zrealizować przy kolosalnej stracie?
Być może obowiązujące prawo zamówień publicznych trzeba zmodyfikować, udoskonalić. Często słyszę i czytam, że w zbyt dużym stopniu kładzie ono nacisk na cenę. I że powinno się uwzględniać także oferowaną „jakość”. Ale jak ją zmierzyć?
To pytanie stawiam całkowicie serio.
