Wiele osób oczekuje, że budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie powinien być monumentalnym, awangardowym projektem, który swoim rozmachem ma szansę wywołać w stolicy Polski „efekt Bilbao”. To mrzonki. Co najmniej z dwóch powodów.

REKLAMA
Przede wszystkim, choć brzmi to banalnie - Warszawa to nie Bilbao. Zupełnie inna przestrzeń, inne potrzeby, inna energia. W 1997 roku w baskijskim mieście otwarto Muzeum Guggenheima zaprojektowane przez Franka Gehry'ego. Ten nowy niebanalny budynek, rzeźba wykonana z polerowanego tytanu, stał się symbolem portowego miasteczka. Bryła przyciągała i wciąż przyciąga większą uwagę niż zbiory, które są prezentowane w jej wnętrzu. Awangardowy projekt wykonany przez wielkiej sławy architekta miał być przepisem na sukces Bilbao i jego wielką metamorfozę. Pisano o przekształceniu prowincjonalnego, postindustrialnego miasteczka w mekkę miłośników sztuki współczesnej, światową metropolię kulturalną.
Muzeum Guggenheima miało ożywić, stać się sercem tej martwej w latach 90. tkanki miejskiej. Warszawa takiej metamorfozy nie potrzebuje. Już dziś jest tętniącym życiem, aktywnym miastem. Bliżej nam do różnorodnego Berlina, niż sennego, portowego miasteczka w Hiszpanii.
Dlaczego jeszcze w dyskusjach o MSN nie ma co powoływać się na efekt Bilbao? Bo efektu Bilbao nigdy nie było. W przypadku hiszpańskiego miasta szybko wyszło na jaw, że muzeum to nie bezpośrednia przyczyna zmian, jakie dokonały się w metropolii, a tylko ich symbol. Tezę potwierdzają powstałe niedawno raporty „Set in Stone”, przygotowany przez University of Chicago oraz ten opublikowany przez „The Art Newspaper”. Z obu wynika, że to architektura praktyczna, a nie spektakularna, lepiej sprawdza się w promocji kultury i miast.
Od siedmiu lat przyglądamy się sporowi, który toczy się wokół projektu na Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Na początku 2013 roku miasto ma ogłosić kolejny konkurs na projekt budynku. Wiadomo już, że ma być mniejszy o 1/3 w stosunku do tego, co wcześniej zakładano. Zrezygnowano też z drogich podziemnych pięter. Wkrótce zacznie się pewnie na nowo debata na temat tego, jak budynek powinien wyglądać. Cała trudność polega na wkomponowaniu muzeum w istniejącą już przestrzeń Placu Defilad. Nie chodzi o wygraną z Pałacem Kultury. Budynek powinien stanowić element całej „śródmiejskiej estrady”, być jej sceną. Spełniać funkcje kolejnego organu, który musi współpracować z pozostałymi. Pytanie, co na to opinia publiczna? Projekt Kereza był krytykowany za to, że jest zbyt prosty i przypomina supermarket. Mówiono, że potrzeba nam efektu Bilbao, a nie zwykłego blaszaka. Bohaterowie jednego z rysunków Marka Raczkowskiego narzekali: „Jesteśmy z żoną rozczarowani werdyktem. Liczyliśmy, że zwycięży jakiś odważny i awangardowy projekt”. Wiceprezydent mówi, że Warszawa czeka na budynek piękny i wyjątkowy. Nie zapominajmy jednak, że należy się jej przede wszystkim projekt mądry i użyteczny.