Odkąd pamiętam moje życie było nieodzownie z Kościołem związane. Nie z wyboru, to oczywiste. Nad rodziną moją całą wielką duch katolicki unosił się nawet wtedy, gdy rodzice brali rozwód trzy lata po tym jak sobie przed Bogiem wierność i miłość aż do śmierci przysięgli.
REKLAMA
Chadzając do kościoła co niedzielę, wysyłana obowiązkowo przez tę rodzinę moją (jako przedstawicielka jedynie- bo oni w tym czasie ważniejsze rzeczy robili), formułki bezwiednie wypowiadając, zawsze z fascynacją przyglądałam się tym Panom w sutannach po ambony drugiej stronie. Byli trochę jak aktorzy na scenie, niedostępni i nierzeczywiści.
Tym bardziej zjawiskowa i abstrakcyjna była dla mnie chwila, w której jeden z nich zjawił się u nas w domu. Miałam około lat ośmiu kiedy Babcia przyprowadziła na kolację rodzinną „Pana-Księdza-Wujka-rodziny Przyjaciela”.
[Tu muszę dygresję kró†ką wstawić. Nie mówię o zwykłej kolacji. U nas „kolacja” to uczta była. Cztery razy w tygodniu co najmniej. Rodzina cała wielka plus różni „ważni ludzie”. To nie były posiadówki przy kiełbasie, ale przyjęcia, o których Warszawa cała mówiła. Kawiory, węgorze, wódka... to były lata osiemdziesiąte- nie ma żartów...]
I gdy ten „Pan-Ksiądz-Wujek-rodziny Przyjaciel” w progi nasze zawitał dnia tamtego, jak się w towarzystwie jego zachowywać mam- pojęcia nie miałam.
Obecność postaci ze „sceny” narzucała pewne ograniczenia behawioralne. Poczucie absurdalnych zobowiązań w głowie miałam, np.: żeby uważać, co mówię przy nim. Natychmiast modlitwy wszystkie wykute na katechezę w myśli powtarzałam, bo pewna byłam, że w każdej chwili odpytywać zacząć może...
Obecność postaci ze „sceny” narzucała pewne ograniczenia behawioralne. Poczucie absurdalnych zobowiązań w głowie miałam, np.: żeby uważać, co mówię przy nim. Natychmiast modlitwy wszystkie wykute na katechezę w myśli powtarzałam, bo pewna byłam, że w każdej chwili odpytywać zacząć może...
Porządek w pokoju obowiązkowo przygotowywałam, i pod żadnym pozorem niewłaściwych myśli przy nim do swojej głowy nie dopuszczałam, bo jeszcze by usłyszał...
Wraz z jego częstym w naszym domu bywaniem eksperymentować zaczęłam. Przeklinałam w myśli i na jego reakcję patrzyłam. Prowokowałam, np.: celowo przy stole wspominałam nagle, że rano pacierza nie odmówiłam. Albo mówiłam w jego obecności, że krzyż, który na ścianie wisi, zupełnie tam nie pasuje i zdjąć go trzeba.
Jego zachowanie natomiast wskazywało na zupełnie inne ograniczenia... A w zasadzie brak ich totalny. Podczas gdy ja wypróbowywałam sztuczki różne, żeby przekonać się o stawianych przez niego granicach, „Pan-Ksiądz-Wujek-rodziny Przyjaciel” zdawał się ich w ogóle nawet nie tyle- nie stawiać- co NIE MIEĆ. Gdy pierwszy raz usłyszałam przekleństwo z ust jego, byłam wstrząśnięta!
Potem wzrok mój przykuła ilość alkoholu wypijanego przez „Pana-Księdza-Wujka-rodziny Przyjaciela”- nie wiem czemu, ale pewna byłam, że Księża nie piją!!!! A już, gdy złamany został kolejny stereotyp: że księża są ubodzy- oszalałam.
„Pan-Ksiądz-Wujek-rodziny Przyjaciel” nigdy na biednego nie wyglądał. Ubrany elegancko i schludnie, zawsze wypachniony, z butelką alkoholu pod pachą do domu naszego wkraczał...
„Pan-Ksiądz-Wujek-rodziny Przyjaciel” nigdy na biednego nie wyglądał. Ubrany elegancko i schludnie, zawsze wypachniony, z butelką alkoholu pod pachą do domu naszego wkraczał...
Im częściej u nas bywał, tym trudniej do kościoła mi się chodziło. Zauważyłam bowiem, że ten niesamowity tajemniczy Pan po tamtej stronie- wzbudzający pierwotnie szacunek i uznanie, że z życia zrezygnował... nagle zaczął niewiarygodny dla mnie być.
I tak oto zyskałam godzinę tygodniowo, bo zamiast do kościoła w niedzielę, na regularne wagary chodziłam.
Który rok wagarowania mija? Nie pamiętam... ale z okazji Świąt czas wolny nad morzem polskim spędziłam, a triduum paschalne celebrowałam w ciszy nad biografią pani Bjork.
Shshshshshsh...its oh so quite...!
Shshshshshsh...its oh so quite...!
